Dwa miesiące dzielą nas od wyborów do europarlamentu, trudno więc się dziwić, że kampania wyborcza w Polsce nabiera tempa, a jej przebieg zapowiada się niezwykle emocjonująco. Można powiedzieć - ze stosunkowo dużą dozą prawdopodobieństwa - że o ile do eurowyborów nie wydarzy się nic nadzwyczajnego (lub nieprzewidzianego), to kampanię wyborczą do Parlamentu Europejskiego zdominuje szeroko rozumiana „kwestia wschodnia” oraz sprawy społeczne.
Wywoływanie emocji to nieodłączny element każdej kampanii wyborczej. Okazuje się bowiem, iż nierzadko to nie fakty, ale sposób w jaki są one interpretowane przez wyborców czyni z kandydatów zwycięzców i przegranych.
Za interpretacją przekazu politycznego stoją emocje, które politycy usiłują wywołać u wyborców. Jednak dotychczasowe kampanie dowodzą, iż stosowanie strategii wzbudzania emocji pośród elektoratu może okazać się albo bardzo korzystne, albo niezwykle fatalne dla ugrupowania, które taką taktykę stosuje. Warto również zauważyć, iż polityczna strategia zbudowana na niewywoływaniu emocji u wyborców również może okazać się albo niezwykle opłacalna, albo wyjątkowo niekorzystna dla partii biorących udział w wyścigu wyborczym.
Kilka przykładów.
W 2005 roku kampania prezydencka Lecha Kaczyńskiego zawierała bardzo dużą dozę emocji. Sam Lech Kaczyński nie uciekał od tematów kontrowersyjnych (czyli wzbudzających emocje) i prezentował jasne stanowisko. Jego dyskurs polityczny nie pozostawiał wyborców obojętnymi. U jednych jego przekaz polityczny wywoływał emocje pozytywne - aprobatę, a czasem wręcz podziw. Zaś u innych przekaz płynący z jego kampanii wywoływał dezaprobatę, niekiedy nawet wrogość. Jednak strategia wywoływania emocji u wyborców okazała się dla Lecha Kaczyńskiego korzystna, bowiem udało mu się zaprezentować siebie jako tego kandydata, który – po zwycięstwie - będzie stał na straży sprawiedliwości, uczciwości i dekomunizacji. Tymczasem jego konkurent, Donald Tusk, obrał strategię, która była nastawiona na niewywoływanie emocji i wybory prezydenckie przegrał.
Jednak pięć lat później, kiedy odbywał się kolejny wyścig o fotel w Belwederze, okazało sie, że zwyciężyła strategia pozbawiona emocji. Dlaczego?
Jarosław Kaczyński, ówczesny kandydat Prawa i Sprawiedliwości na prezydenta RP, był wówczas (zresztą jest nim nadal) politykiem wywołującym emocje, nierzadko wzbudzającym wręcz skrajnie sprzeczne odczucia. Okazało się, pomimo ocieplenia wizerunku prezesa PiS-u, że jego elektorat negatywny (a więc ci, u których Jarosław Kaczyński wywoływał emocje negatywne) - przeważył. Nie udało się zbudować „nieemocjonalnego” wizerunku Jarosława Kaczyńskiego, albowiem prezes Prawa i Sprawiedliwości trwale wpisał się w polską przestrzeń publiczną jako ten polityk, który kojarzony jest z emocjami (czasem wręcz skrajnymi emocjami), co doprowadziło do jego przegranej w tych wyborach prezydenckich. Wyścig ten wygrał Bronisław Komorowski, polityk, który nie wywoływał skrajnych odczuć, a można nawet odnieść wrażenie, iż nie wywoływał on w ogóle żadnych emocji. I właśnie to okazało się być jego głównym atutem (zresztą z tego atutu urzędujący prezydent nadal korzysta).
Bronisław Komorowski bezpośrednio nie uczestniczy w debacie politycznej w Polsce. Otwarcie nie opowiada się po żadnej ze stron: nikogo nie popiera, nikogo nie potępia, nikogo nie zwalcza. Nie promuje praktycznie żadnej idei, ani żadnej idei (praktycznie) się nie sprzeciwia. Efekt: jeśli wierzyć sondażom z ostatnich miesięcy, to urzędujący prezydent jest najbardziej popularnym politykiem w Polsce. Dlaczego? Otóż w sytuacji, kiedy mamy do czynienia z bardzo emocjonalną dysputą polityczną pomiędzy Platformą Obywatelską oraz Prawem i Sprawiedliwością, to odbiorcy przekazu politycznego preferują ten podmiot, który w tej debacie nie uczestniczy. Tam, gdzie dwóch się kłóci, tam trzeci korzysta. Świadome niewywoływanie emocji u odbiorców, które płynie z jego politycznego przekazu, zdaje się być więc największym atutem prezydenta Bronisława Komorowskiego.
Emocje mogą być największym przyjacielem, ale również największym wrogiem politycznego sukcesu. Warto więc zastanowić się komu i jakiej partii podczas kampanii wyborczej do europarlamentu mogą sprzyjać emocje, a dla kogo emocje w tej kampanii mogą okazać się największym wrogiem.
Sojusz Lewicy Demokratycznej i jego przewodniczący Leszek Miller nie potrafili skutecznie włączyć się w debatę dotyczącą Ukrainy i rosyjskiej aneksji Krymu. W chwili obecnej ani Miller, ani jego partia nie potrafią skutecznie włączyć się w debatę o sprawach społecznych oraz w dyskusję wywołaną protestem rodziców dzieci niepełnosprawnych. Można odnieść wrażenie, że (obecnie) w polskiej przestrzeni publicznej SLD nie przebija się ze swoim przekazem. Czyni to z tej partii i jej liderów wielkich nieobecnych kampanii wyborczej do europarlamentu. Partia Millera nie wywołuje żadnych emocji. To może okazać się dla tego ugrupowania bardzo niekorzystne. Jednak jeśli podczas tej kampanii wyborczej miałoby dojść do ostrego (i bardzo emocjonalnego) starcia pomiędzy Platformą a Prawem i Sprawiedliwością, to Sojusz Lewicy Demokratycznej mógłby stać się wielkim beneficjentem tej batalii. Część wyborców partii Donalda Tuska - znudzonych, bądź zniesmaczonych konfliktem PO-PiS – mogłaby zagłosować na ugrupowanie Millera właśnie dlatego, że nie wywołuje ono żadnych emocji. W takiej sytuacji emocje stałyby się największym wrogiem politycznego sukcesu Platformy Obywatelskiej. Zaś ich brak stałby się największym atutem kampanii wyborczej SLD.
Z kolei Twój Ruch Janusza Palikota cały swój przekaz polityczny zbudował na emocjach związanych z antyklerykalizmem. Jednak zdaje się, iż taka strategia staje się coraz mniej skuteczna. Albowiem partia Palikota, jeśli zmobilizuje elektorat antyklerykalny, to jednocześnie wrogo nastawi do siebie elektorat umiarkowanie związany z Kościołem, jednak nieakceptujący brutalnej, antyklerykalnej retoryki Palikota i jego ugrupowania. Twój Ruch nie zdołał zbudować innego przekazu niż ten, który nie jest związany z antyklerykalizmem. Partia Palikota nie dołożyła wystarczających starań, aby przebić się ze swoim przekazem dotyczącym kryzysu ukraińskiego, a tym bardziej tym, który dotyczy protestu rodziców dzieci niepełnosprawnych (co zresztą sam Palikot przyznaje). Tak więc w przypadku Twojego Ruchu emocje mogą okazać się największym wrogiem jego politycznego sukcesu. Albowiem ugrupowanie to jest kojarzone wyłącznie z antyklerykalizmem, a ów emocjonalny przekaz zdaje się tracić odbiorców.
Polskie Stronnictwo Ludowe już tradycyjnie i świadomie prowadzi kampanię wyborczą pozbawioną emocji. W przeszłości taka strategia okazywała się dla Ludowców skuteczna i korzystna, albowiem PSL-owi udało się zbudować własną bazę wyborczą złożoną ze stałego elektoratu. A więc można zaryzykować stwierdzenie, iż emocjonalna strategia wyborcza nie była Ludowcom potrzebna. Jednak owa taktyka, niegdyś największy atut PSL-u, może okazać się obecnie ich największa kulą u nogi. Albowiem Polskie Stronnictwo Ludowe coraz bardziej kojarzy się z partią bezbarwną, partią władzy, która nie reprezentuje żadnej ideologii i żadnej grupy społecznej. Taka etykieta może okazać się dla Ludowców niezwykle niekorzystna w wyborczym starciu z partią Jarosława Kaczyńskiego, która depcze po piętach ugrupowaniu pod przywództwem Piechocińskiego (i to nawet w dotychczasowych „politycznych bastionach” PSL-u).
Polityczny przekaz Prawa i Sprawiedliwości jest z kolei niemal w całości zbudowany na emocjach. Nastąpiło silne związanie ugrupowania Jarosława Kaczyńskiego z tematyką katastrofy smoleńskiej i śledztwa związanego z tą tragedią. Ta strategia okazała się dla PiS-u skuteczna. W ten sposób udało się bowiem zbudować tej partii dużą grupę wiernych wyborców. Jednak emocje okazały się wrogiem politycznego sukcesu PiS-u. O ile emocje związane z szeroko rozumianą tematyką smoleńską zgromadziły wokół PiS-u wielu odbiorców, to jednocześnie zbudowały nad PiS-em szklany sufit, który stanowi największy polityczny problem ugrupowania Kaczyńskiego.
PiS-owi udało się przebić ze swoim przekazem w debacie o ukraińskim kryzysie. Przedstawiciele Prawa i Sprawiedliwości konstruują również dość skuteczny przekaz dotyczący spraw społecznych; czyli - w pełni uczestniczą w debacie toczącej się w ramach kampanii wyborczej. Jednak w tym momencie dyskretny konflikt pomiędzy PiS-em i związanymi z nim środowiskami a Tadeuszem Rydzykiem oraz grupy skupionej wokół „Ojca Dyrektora” może doprowadzić na prawicy do rozchwiania emocji. To z kolei może doprowadzić do dezorientacji prawicowego wyborcy, któremu trudno będzie zrozumieć istotę tego konfliktu. Ów konflikt może z kolei działać demobilizująco na prawicowy elektorat. A więc - w nadchodzącej kampanii wyborczej - emocje mogą okazać się wrogiem politycznego sukcesu Prawa i Sprawiedliwości oraz Jarosława Kaczyńskiego.
Tymczasem z politycznego punktu widzenia Donald Tusk podjął bardzo ryzykowną grę. Jak dotąd urzędujący premier budował swój polityczny przekaz w kontrze do Jarosława Kaczyńskiego. Skoro prezes PiS-u był utożsamiany z emocjonalnym przekazem, to Donald Tusk starał się robić wszystko, aby na trwałe być kojarzonym z przekazem „nieemocjonalnym”. Jednak to się zmienia. Można odnieść wrażenie, że Donald Tusk próbuje - z punktu widzenia swojego dyskursu politycznego - wejść w buty Jarosława Kaczyńskiego.
Przewodniczący Platformy Obywatelskiej w swojej politycznej strategii wyborczej postawił na emocje związane z kryzysem na Wschodzie. Przyjął postawę „twardego męża stanu” i bardzo zdecydowanego polityka, który nie zamierza ustępować zewnętrznemu agresorowi. Z drugiej strony, urzędujący premier manifestuje swoją empatię wobec rodziców dzieci niepełnosprawnych, którzy protestują w Sejmie. Spotyka się z nimi, pokornie wysłuchuje ich żalów, pretensji, zarzutów i ostrych slow; próbuje znaleźć polityczne rozwiązanie. A więc Donald Tusk to polityk - z jednej strony - twardy i bezkompromisowy wobec zewnętrznego zagrożenia, a z drugiej - pełny wrażliwości i empatii wobec nieszczęścia i problemów społecznych. Tak brzmi najnowszy polityczny przekaz partii rządzącej.
Przywódca Platformy Obywatelskiej przyjął bardzo ryzykowną strategię, albowiem świadomie wywołując emocje, zrywa on ze swoim dotychczasowym wizerunkiem i wręcz rezygnuje ze swojego długoletniego „nieemocjonalnego” przekazu politycznego. Jednak skoro Donald Tusk przyjmuje polityczną strategię wywoływania emocji, to jak to rozumieć w kontekście dotychczasowego przekazu PO, którego główną cechą było manifestowanie postawy umiarkowanej, a nie ideologicznie zaangażowanej? Skoro Donald Tusk przyjmuje ostrą retorykę sugerującą, iż Polsce może grozić wojna, to jak się to ma do długoletniego przekazu Donalda Tuska i jego partii, który promował postawę spokojną i zdroworozsądkową? Skoro Donald Tusk wchodzi w polityczne buty Jarosława Kaczyńskiego i pełnymi garściami czerpie z jego emocjonalnego przekazu politycznego, to w jaki sposób przewodniczący Platformy Obywatelskiej ma pozostać antytezą prezesa PiS-u?
Emocje mogą się więc okazać największym wrogiem Donalda Tuska, który - używając ostrego i emocjonalnego dyskursu politycznego - może zniechęcić część elektoratu Platformy Obywatelskiej poprzez odejście (nawet chwilowe) od dyskursu spokojnego, nie ideologicznego i - w swej wymowie - zdroworozsądkowego.
Emocje – czy to wróg, czy przyjaciel politycznego sukcesu?
W polityce odnosi sukcesy ten, kto potrafi tak szarżować, aby nie przeszarżować. W polityce zwycięża ten, kto potrafi tak przeginać, żeby nie przegiąć.
* * *
Niepublikowane na portalu Salon24 teksty mojego autorstwa znajdą Państwo na moim blogu, pod adresem:
http://www.zbigniew-stefanik.blog.pl/
oraz w serwisie informacyjnym Wiadomości24, na stronie:
http://www.wiadomosci24.pl/autor/zbigniew_stefanik,362608,an,aid.html
Zapraszam Państwa do ich lektury i merytorycznej dyskusji.



Komentarze
Pokaż komentarze