Minęło10 lat od wstąpienia Polski do Unii Europejskiej. Z tej okazji « superresort » wicepremier Elżbiety Bieńkowskiej zlecił nakręcenie spotu, z którego wynika, że przed wejściem Polski do Unii Europejskiej w naszym kraju panował niedostatek, a wręcz bieda; z kolei 10 lat po wejściu Polski do Unii Europejskiej nasz kraj stał się krainą mlekiem i miodem płynącą, kraina ogólnej szczęśliwości, kraina ludzi szczęśliwych.
Przystąpienie Polski do Unii Europejskiej było wielkim wydarzeniem, otwierającym dla naszego kraju i jego obywateli nowe możliwości i nowe perspektywy. Jednak należy przypomnieć, iż nie wszystkie państwa tak, jak Wielka Brytania (nie omieszkał nam tego wypomnieć premier David Camerone) otwarły natychmiast swoje rynki pracy dla Polaków. Zaś kontrolę na granicy zostały zniesione dopiero pod koniec grudnia 2007 roku, kiedy to Polska przystąpiła do strefy Schengen.
Członkostwo Polski w Unii Europejskiej nie jest czymś dobrym, ani czymś złym. Analiza tego faktu w takich kategoriach byłaby nie trafiona. Członkostwo Polski w UE jest dla Polski po prostu czymś koniecznym. Albowiem żyjemy w zglobalizowanym świecie, w którym państwa coraz częściej łączą swoje siły, tworząc organizacje i wspólnoty regionalne. Tak jest w Europie, tak jest na kontynencie amerykańskim, tak jest również w Afryce. Małe czy średnie państwo, które nie jest potęgą regionalną albo supermocarstwem nie jest w stanie samo sobie poradzić w zglobalizowanym świecie, zdominowanym przez zglobalizowaną gospodarkę. Ktoś mógłby podać przykład Norwegii czy Szwajcarii, jednak byłby w błędzie. Zarówno Norwegia, jak i Szwajcaria są ściśle związane z Unią Europejską i z systemem Schengen. Nierzadko można spotkać się ze stwierdzeniem, że tak naprawdę Norwegia i Szwajcaria są członkami Unii Europejskiej, chociaż żadnego traktatu akcesyjnego do UE nie podpisały. Przykładowo, w Szwajcarii stosowane są wszystkie reguły i postanowienia systemu Schengen.
Nie warto debatować nad tym, czy decyzja przystąpienia Polski do Unii Europejskiej była słuszna, czy niesłuszna. Wiadomo, że ta decyzja była konieczna, a więc - co za tym idzie - słuszna. Jednak warto poświęcić więcej uwagi analizie polskiego dziesięcioletniego członkostwa w Unii Europejskiej. Czy Polska należycie wykorzystała swoją szansę? Moim zdaniem - nie i bardzo jej do tego daleko.
Od momentu przystąpienia Polski do Unii Europejskiej wszystkie polskie rządy zauważają jedynie aspekt finansowy naszej obecności we wspólnocie europejskiej. Najbardziej wymowne w tym kontekście jest hasło wyborcze Polskiego Stronnictwa Ludowego z kampanii wyborczej sprzed kilku lat: « Wyciśnijmy Brukselkę ». Właśnie do tego nawoływał PSL.
Środki unijne są dla Polski bardzo istotnym atutem. Ale nie mniejszym atutem może być to, jak te środki mogły być, są i będą w przyszłości zagospodarowane. Nie mniejszym atutem będzie to, jaką pozycję Polska sobie wywalczy w Unii Europejskiej. I nie mniej ważne jest to, jak Polska będzie potrafiła korzystać ze wszystkich instrumentów, które ofiaruje Unia Europejska, choćby w sporach z Rosją.
Urzędujący premier i jego rząd są tak bardzo zaabsorbowani « wyciskaniem Brukselki », że nawet nie zauważają, iż Unia Europejska - prócz funduszy unijnych - ma obowiązek udzielić swoim członkom pomocy unijnej w sporach (w tym w gospodarczych) z podmiotami trzecimi i innymi państwami. Polskie władze nie korzystają w wystarczającym stopniu z unijnych instrumentów w sprawie rosyjskiego embarga na polską wieprzowinę. W tej sprawie polski rząd powinien domagać się stanowczej interwencji Komisji Europejskiej. Przecież Komisja Europejska jest zobowiązana - jako krajowi członkowskiemu w UE - udzielić Polsce pomocy. Jednak o działaniach Komisji Europejskiej, idących w kierunku odblokowania rosyjskiego embarga na polską wieprzowinę, jakoś niespecjalnie słychać. Dlaczego?
Polska nie skorzystała również z pomocy Unii Europejskiej w pierwszych dniach po katastrofie smoleńskiej. Taką pomoc proponowała przecież Komisja Europejska. Jednak polski rząd wolał liczyć na swoje własne siły przy negocjacjach z Rosją, dotyczących smoleńskiego śledztwa. No i się przeliczył. Polska strona została przez stronę rosyjską całkowicie ograna, a niewykluczone, że wręcz totalnie oszukana, o czym może świadczyć (pozostający nadal na terenie Federacji Rosyjskiej) wrak prezydenckiego Tupolewa. Jeśli polski rząd przyjąłby wówczas pomoc, którą proponowały instytucje unijne (w tym Komisja Europejska) to być może sprawy potoczyłyby się całkowicie inaczej. Być może Rosja przekazałaby polskiej stronie wrak, czarne skrzynki i pełną dokumentację ze śledztwa i nie robiłaby polskiej stronie tylu problemów, nie stawiałaby w smoleńskim śledztwie tylu przeszkód.
Polska nie potrafiła skorzystać z instrumentów unijnych, kiedy to były narażone na szwank prawa polskiej mniejszości na Litwie. Przecież w tej sprawie polskie władze mogły poprosić Komisję Europejską o arbitraż. Przecież w tej sprawie władze litewskie ewidentnie łamały prawo europejskie, które bardzo obszernie reguluje prawa i swobody mniejszości narodowych. Jednak polski rząd o arbitraż Komisji Europejskiej w tej sprawie nie zabiegał. Dlaczego?
Rząd Donalda Tuska wynegocjował korzystną dla Polski europejską perspektywę budżetową 2014-2020. Polska ma do wykorzystania pulę liczącą ponad sto miliardów euro. Pytanie brzmi jednak, czy „superresortowi” wicepremier Bieńkowskiej uda się tak wykorzystać tę pulę, żeby skorzystała na tym cała Polska, a nie tylko ściana zachodnia i wielkie miasta, takie jak Wrocław, Katowice, Poznań czy Warszawa. Warto wspomnieć, że wiele polskich miast, miasteczek i gmin nie może skorzystać ze środków unijnych. Albowiem korzystanie z owych środków wymaga wkładu własnego. A na taki wkład wiele samorządów, szczególnie na wschodzie i południowym-wschodzie Polski, po prostu nie stać. Tak więc fundusze unijne zasilają głównie większe miasta i bogatsze obszary, które stać na wkład własny przy realizacji unijnych projektów.
Można odnieść wrażenie, iż rząd Donalda Tuska i „superresort” wicepremier Bieńkowskiej koncentrują się jedynie na tym, jak skonsumować środki europejskie, czyli jak je wydać. Ale zdaje się, iż polski rząd nie ma żadnych planów dotyczących stworzenia dla polskiej gospodarki nowego impulsu za pomocą środków unijnych. Mówiąc wprost, rząd Donalda Tuska i Elżbiety Bieńkowskiej planuje jak unijne środki wydać, ale nie planuje, jak na owych środkach polska gospodarka mogłaby zarobić. Europejskie fundusze są wydawane na rozwój infrastruktury drogowej i kolejowej, na naukę i projekty z nią związane, na turystykę i produkowanie spotów mających promować Unię Europejską w Polsce. To wszystko.
A gdzie kapitał ludzki? A gdzie walka z bezrobociem? Gdzie rozwój obszarów wiejskich? A gdzie rozwój systemu stosowania energii odnawialnych? A gdzie wsparcie dla małej i średniej przedsiębiorczości? Gdzie wsparcie dla polskiej innowacyjności? Gdzie wsparcie dla polskiego sektoru Reserch and Development „RED”? Nie ma...
Można zadać pytanie, czy po dziesięciu latach członkostwa Polski w Unii Europejskiej polskie władze i ich przedstawiciele przy instytucjach unijnych rozumieją, jakie panują obyczaje w UE? Nie ma czegoś takiego, jak interes Unii Europejskiej. W UE każdy kraj stara się w jak największym stopniu realizować swoje cele i dążyć do - mówiąc kolokwialnie - swoich własnych interesów narodowych. Niektórym krajom, takim jak Niemcy czy Francja, wychodzi to lepiej. Innym krajom, takim jak Włochy czy Hiszpania, wychodzi to gorzej. Zaś jeszcze innym krajom, takim jak Polska, w ogóle to nie wychodzi!
Polska nie potrafi bronić swoich interesów (szczególnie tych gospodarczych) w Unii Europejskiej, czego najlepszym dowodem jest podpisanie - szczególnie niekorzystnego dla Polski - pakietu klimatycznego. Polska nie potrafi bronić swoich produktów zagrożonych niemądrymi decyzjami brukselskich technokratów. Jest tutaj mowa między innymi o polskiej wędzonej wędlinie, ale nie tylko... Polska nie potrafi dostatecznie i skutecznie wspierać polskiego biznesu, który coraz bardziej rozwija się na terenie całej Unii i potrzebuje ze strony władz promocji i wsparcia. Niemcy i Francuzi wspierają swój przemysł i swój biznes. A Polacy nie potrafią nawet obronić w Unii Europejskiej swoich produktów żywnościowych...
Polski rząd, z urzędującym premierem na czele, sprawiają wrażenie, jakby nie rozumieli, że Unia Europejska jest Europą co najmniej dwóch prędkości. Europa pierwszej prędkości jest głównym biegunem decyzyjnym w Unii Europejskiej. A więc, jeśli Polska chce, żeby jej głos został usłyszany (a przynajmniej wysłuchany), to musi należeć do Europy pierwszej prędkości, która koncentruje się wokół wspólnej waluty euro. Wspólna waluta to nie tylko przedsięwzięcie gospodarcze, ale również - a być może przede wszystkim - przedsięwzięcie polityczne. Kto należy do strefy euro, ten ma coś do powiedzenia w Unii Europejskiej. Kto do niej nie należy jest automatycznie spychany do Europy drugiej prędkości i ma statut mniej ważnego i słabszego członka UE. Albowiem, wraz z prawem wspólnotowym, wspólna waluta to jeden z głównych filarów, na którym zbudowano europejską wspólnotę i na którym ową wspólnotę nadal się buduje. Kto nie chce euro, ten nie chce Europy - taki komunikat nieustannie wysyła Europa pierwszej prędkości i nie można tego komunikatu lekceważyć. Jednak polski rząd sprawia wrażenie, jakby tego komunikatu nie zauważał. Z kolei co do ewentualnej daty przystąpienia Polski do eurogrupy, słyszymy ze strony władz polskich: może za kilka lat, albo jeszcze później, może kiedyś, zobaczymy... Przy takiej postawie trudno oczekiwać, aby eurozona, czyli Europa pierwszej prędkości, traktowała Polskę serio.
Polska musi wyzbyć się swoich kompleksów i zrozumieć, że jest pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej. Muszą to zrozumieć również polskie władze, które nierzadko sprawiają wrażenie jakby tego... nie rozumiały.
Stare przysłowie głosi: „jak się weszło między wrony, trzeba krakać jak i one”. I tego właśnie Polska musi się nauczyć. W Unii Europejskiej każdy liczący się członek tej wspólnoty broni swoich interesów narodowych, w tym swoich interesów gospodarczych i swojego rodzimego biznesu. Polska musi robić to samo, jeśli chce zacząć liczyć się w twardej konkurencji gospodarczej, która obowiązuje w Unii Europejskiej.
Dzisiaj Polska jest gigantyczną montownią, która montuje dla koncernów z całego świata. To musi się zmienić. Należy jak najszybciej stworzyć strategię rozwoju gospodarczego Polski, która wyprowadzi nasz kraj ze „stanu montażowego”, żeby ją doprowadzić do „stanu konstruktywnego”. W tym mogą pomóc (i pomóc powinny) fundusze unijne. Nie tylko drogi i kolej zapewnią Polsce ekonomiczną prosperitę. Zamiast stawiać niemal wyłącznie na zagranicznych inwestorów, należy stawiać na rodzimy biznes, rodzimy przemysł i rodzime produkty. I nie ma w tym niczego szowinistycznego czy obciachowego. Tak właśnie robią największe kraje Unii Europejskiej. W taki sposób najsilniejsze kraje Unii Europejskiej wygrywają. Jeśli Polska chce wygrać, to musi robić tak samo, w przeciwnym razie pozostanie na zawsze krajem Europy B; Europy drugiej prędkości.
Polska jest w Unii Europejskiej od dziesięciu lat. Jednak Rzeczpospolita nie potrafiła w sposób dostateczny wykorzystać swoją szansę, czy też wykorzystała swoją szansę w stopniu minus dostatecznym.
„Jeśli chce się szacunku innych, to wpierw należy samemu się szanować” - tak zwykł mówić śp. Prezydent Lech Kaczyński.
Jeśli Polska chce szacunku swoich europejskich partnerów, to wpierw musi sama zacząć się szanować. Niestety, polityka europejska rządu Donalda Tuska jest bardziej nacechowana poprawnością polityczną wobec partnerów europejskich, niż twarda obrona polskiego interesu narodowego, interesu polskiej gospodarki i polskich podmiotów gospodarczych. Właśnie dlatego Polska w pełni nie wykorzystuje swojej szansy wynikającej z członkostwa w Unii Europejskiej. Właśnie dlatego Polska przez cały czas przegrywa konkurencję gospodarczą w Unii Europejskiej. Ową konkurencję wygrywają takie państwa jak Niemcy czy Francja, które nie wahają się twardo przedstawiać na arenie europejskiej (i to bez względu na to czy to przeszkadza ich europejskim partnerom, czy nie) swoich racji oraz twardo i bezwarunkowo bronić swojego interesu gospodarczego.
Jeśli Polska chce się liczyć w Unii Europejskiej, to musi postępować tak jak ci, którzy w Unii Europejskiej się liczą. Dlaczego? Ponieważ „jeśli chce się szacunku od innych, to wpierw należy samemu się szanować”.
* * *
Niepublikowane na portalu Salon24 teksty mojego autorstwa znajdą Państwo na moim blogu, pod adresem:
http://www.zbigniew-stefanik.blog.pl/
oraz w serwisie informacyjnym Wiadomości24, na stronie:
http://www.wiadomosci24.pl/autor/zbigniew_stefanik,362608,an,aid.html
Zapraszam Państwa do ich lektury i merytorycznej dyskusji.



Komentarze
Pokaż komentarze (7)