zbigniewstefanik zbigniewstefanik
1534
BLOG

10 lat członkostwa w UE. Czy Polska wykorzystała swoją szansę?

zbigniewstefanik zbigniewstefanik Polityka Obserwuj notkę 7

 

 

 

Minęło10 lat od wstąpienia Polski do Unii Europejskiej. Z tej okazji « superresort » wicepremier Elżbiety Bieńkowskiej zlecił nakręcenie spotu, z którego wynika, że przed wejściem Polski do Unii Europejskiej w naszym kraju panował niedostatek, a wręcz bieda; z kolei 10 lat po wejściu Polski do Unii Europejskiej nasz kraj stał się krainą mlekiem i miodem płynącą, kraina ogólnej szczęśliwości, kraina ludzi szczęśliwych.

Przystąpienie Polski do Unii Europejskiej było wielkim wydarzeniem, otwierającym dla naszego kraju i jego obywateli nowe możliwości i nowe perspektywy. Jednak należy przypomnieć, iż nie wszystkie państwa tak, jak Wielka Brytania (nie omieszkał nam tego wypomnieć premier David Camerone) otwarły natychmiast swoje rynki pracy dla Polaków. Zaś kontrolę na granicy zostały zniesione dopiero pod koniec grudnia 2007 roku, kiedy to Polska przystąpiła do strefy Schengen.

Członkostwo Polski w Unii Europejskiej nie jest czymś dobrym, ani czymś złym. Analiza tego faktu w takich kategoriach byłaby nie trafiona. Członkostwo Polski w UE jest dla Polski po prostu czymś koniecznym. Albowiem żyjemy w zglobalizowanym świecie, w którym państwa coraz częściej łączą swoje siły, tworząc organizacje i wspólnoty regionalne. Tak jest w Europie, tak jest na kontynencie amerykańskim, tak jest również w Afryce. Małe czy średnie państwo, które nie jest potęgą regionalną albo supermocarstwem nie jest w stanie samo sobie poradzić w zglobalizowanym świecie, zdominowanym przez zglobalizowaną gospodarkę. Ktoś mógłby podać przykład Norwegii czy Szwajcarii, jednak byłby w błędzie. Zarówno Norwegia, jak i Szwajcaria są ściśle związane z Unią Europejską i z systemem Schengen. Nierzadko można spotkać się ze stwierdzeniem, że tak naprawdę Norwegia i Szwajcaria są członkami Unii Europejskiej, chociaż żadnego traktatu akcesyjnego do UE nie podpisały. Przykładowo, w Szwajcarii stosowane są wszystkie reguły i postanowienia systemu Schengen.

Nie warto debatować nad tym, czy decyzja przystąpienia Polski do Unii Europejskiej była słuszna, czy niesłuszna. Wiadomo, że ta decyzja była konieczna, a więc - co za tym idzie -  słuszna. Jednak warto poświęcić więcej uwagi analizie polskiego dziesięcioletniego członkostwa w Unii Europejskiej. Czy Polska należycie wykorzystała swoją szansę? Moim zdaniem - nie i bardzo jej do tego daleko.

Od momentu przystąpienia Polski do Unii Europejskiej wszystkie polskie rządy zauważają jedynie aspekt finansowy naszej obecności we wspólnocie europejskiej. Najbardziej wymowne w tym kontekście jest hasło wyborcze Polskiego Stronnictwa Ludowego z kampanii wyborczej sprzed kilku lat: « Wyciśnijmy Brukselkę ». Właśnie do tego nawoływał PSL.

Środki unijne są dla Polski bardzo istotnym atutem. Ale nie mniejszym atutem może być to, jak te środki mogły być, są i będą w przyszłości zagospodarowane. Nie mniejszym atutem będzie to, jaką pozycję Polska sobie wywalczy w Unii Europejskiej. I nie mniej ważne jest to, jak Polska będzie potrafiła korzystać ze wszystkich instrumentów, które ofiaruje Unia Europejska, choćby w sporach z Rosją.

Urzędujący premier i jego rząd są tak bardzo zaabsorbowani « wyciskaniem Brukselki », że nawet nie zauważają, iż Unia Europejska - prócz funduszy unijnych - ma obowiązek udzielić swoim członkom pomocy unijnej w sporach (w tym w gospodarczych) z podmiotami trzecimi i innymi państwami. Polskie władze nie korzystają w wystarczającym stopniu z unijnych instrumentów w sprawie rosyjskiego embarga na polską wieprzowinę. W tej sprawie polski rząd powinien domagać się stanowczej interwencji Komisji Europejskiej. Przecież Komisja Europejska jest zobowiązana - jako krajowi członkowskiemu w UE - udzielić Polsce pomocy. Jednak o działaniach Komisji Europejskiej, idących w kierunku odblokowania rosyjskiego embarga na polską wieprzowinę, jakoś niespecjalnie słychać. Dlaczego?

Polska nie skorzystała również z pomocy Unii Europejskiej w pierwszych dniach po katastrofie smoleńskiej. Taką pomoc proponowała przecież Komisja Europejska. Jednak polski rząd wolał liczyć na swoje własne siły przy negocjacjach z Rosją, dotyczących smoleńskiego śledztwa. No i się przeliczył. Polska strona została przez stronę rosyjską całkowicie ograna, a niewykluczone, że wręcz totalnie oszukana, o czym może świadczyć (pozostający nadal na terenie Federacji Rosyjskiej) wrak prezydenckiego Tupolewa. Jeśli polski rząd przyjąłby wówczas pomoc, którą proponowały instytucje unijne (w tym Komisja Europejska) to być może sprawy potoczyłyby się całkowicie inaczej. Być może Rosja przekazałaby polskiej stronie wrak, czarne skrzynki i pełną dokumentację ze śledztwa i nie robiłaby polskiej stronie tylu problemów, nie stawiałaby w smoleńskim śledztwie tylu przeszkód.

Polska nie potrafiła skorzystać z instrumentów unijnych, kiedy to były narażone na szwank prawa polskiej mniejszości na Litwie. Przecież w tej sprawie polskie władze mogły poprosić Komisję Europejską o arbitraż. Przecież w tej sprawie władze litewskie ewidentnie łamały prawo europejskie, które bardzo obszernie reguluje prawa i swobody mniejszości narodowych. Jednak polski rząd o arbitraż Komisji Europejskiej w tej sprawie nie zabiegał. Dlaczego?

Rząd Donalda Tuska wynegocjował korzystną dla Polski europejską perspektywę budżetową 2014-2020. Polska ma do wykorzystania pulę liczącą ponad sto miliardów euro. Pytanie brzmi jednak, czy „superresortowi” wicepremier Bieńkowskiej uda się tak wykorzystać tę pulę, żeby skorzystała na tym cała Polska, a nie tylko ściana zachodnia i wielkie miasta, takie jak Wrocław, Katowice, Poznań czy Warszawa. Warto wspomnieć, że wiele polskich miast, miasteczek i gmin nie może skorzystać ze środków unijnych. Albowiem korzystanie z owych środków wymaga wkładu własnego. A na taki wkład wiele samorządów, szczególnie na wschodzie i południowym-wschodzie Polski, po prostu nie stać. Tak więc fundusze unijne zasilają głównie większe miasta i bogatsze obszary, które stać na wkład własny przy realizacji unijnych projektów.

Można odnieść wrażenie, iż rząd Donalda Tuska i „superresort” wicepremier Bieńkowskiej koncentrują się jedynie na tym, jak skonsumować środki europejskie, czyli jak je wydać. Ale zdaje się, iż polski rząd nie ma żadnych planów dotyczących stworzenia dla polskiej gospodarki nowego impulsu za pomocą środków unijnych. Mówiąc wprost, rząd Donalda Tuska i Elżbiety Bieńkowskiej planuje jak unijne środki wydać, ale nie planuje, jak na owych środkach polska gospodarka mogłaby zarobić. Europejskie fundusze są wydawane na rozwój infrastruktury drogowej i kolejowej, na naukę i projekty z nią związane, na turystykę i produkowanie spotów mających promować Unię Europejską w Polsce. To wszystko.

A gdzie kapitał ludzki? A gdzie walka z bezrobociem? Gdzie rozwój obszarów wiejskich? A gdzie rozwój systemu stosowania energii odnawialnych? A gdzie wsparcie dla małej i średniej przedsiębiorczości? Gdzie wsparcie dla polskiej innowacyjności? Gdzie wsparcie dla polskiego sektoru Reserch and Development „RED”? Nie ma...

Można zadać pytanie, czy po dziesięciu latach członkostwa Polski w Unii Europejskiej polskie władze i ich przedstawiciele przy instytucjach unijnych rozumieją, jakie panują obyczaje w UE? Nie ma czegoś takiego, jak interes Unii Europejskiej. W UE każdy kraj stara się w jak największym stopniu realizować swoje cele i dążyć do - mówiąc kolokwialnie - swoich własnych interesów narodowych. Niektórym krajom, takim jak Niemcy czy Francja, wychodzi to lepiej. Innym krajom, takim jak Włochy czy Hiszpania, wychodzi to gorzej. Zaś jeszcze innym krajom, takim jak Polska, w ogóle to nie wychodzi!

Polska nie potrafi bronić swoich interesów (szczególnie tych gospodarczych) w Unii Europejskiej, czego najlepszym dowodem jest podpisanie - szczególnie niekorzystnego dla Polski - pakietu klimatycznego. Polska nie potrafi bronić swoich produktów zagrożonych niemądrymi decyzjami brukselskich technokratów. Jest tutaj mowa między innymi o polskiej wędzonej wędlinie, ale nie tylko... Polska nie potrafi dostatecznie i skutecznie wspierać polskiego biznesu, który coraz bardziej rozwija się na terenie całej Unii i potrzebuje ze strony władz promocji i wsparcia. Niemcy i Francuzi wspierają swój przemysł i swój biznes. A Polacy nie potrafią nawet obronić w Unii Europejskiej swoich produktów żywnościowych...

Polski rząd, z urzędującym premierem na czele, sprawiają wrażenie, jakby nie rozumieli, że Unia Europejska jest Europą co najmniej dwóch prędkości. Europa pierwszej prędkości jest głównym biegunem decyzyjnym w Unii Europejskiej. A więc, jeśli Polska chce, żeby jej głos został usłyszany (a przynajmniej wysłuchany), to musi należeć do Europy pierwszej prędkości, która koncentruje się wokół wspólnej waluty euro. Wspólna waluta to nie tylko przedsięwzięcie gospodarcze, ale również - a być może przede wszystkim  - przedsięwzięcie polityczne. Kto należy do strefy euro, ten ma coś do powiedzenia w Unii Europejskiej. Kto do niej nie należy jest automatycznie spychany do Europy drugiej prędkości i ma statut mniej ważnego i słabszego członka UE. Albowiem, wraz z prawem wspólnotowym, wspólna waluta to jeden z głównych filarów, na którym zbudowano europejską wspólnotę i na którym ową wspólnotę nadal się buduje. Kto nie chce euro, ten nie chce Europy - taki komunikat nieustannie wysyła Europa pierwszej prędkości i nie można tego komunikatu lekceważyć. Jednak polski rząd sprawia wrażenie, jakby tego komunikatu nie zauważał. Z kolei co do ewentualnej daty przystąpienia Polski do eurogrupy, słyszymy ze strony władz polskich: może za kilka lat, albo jeszcze później, może kiedyś, zobaczymy... Przy takiej postawie trudno oczekiwać, aby eurozona, czyli Europa pierwszej prędkości, traktowała Polskę serio.

Polska musi wyzbyć się swoich kompleksów i zrozumieć, że jest pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej. Muszą to zrozumieć również polskie władze, które nierzadko sprawiają wrażenie jakby tego... nie rozumiały.

Stare przysłowie głosi: „jak się weszło między wrony, trzeba krakać jak i one”. I tego właśnie Polska musi się nauczyć. W Unii Europejskiej każdy liczący się członek tej wspólnoty broni swoich interesów narodowych, w tym swoich interesów gospodarczych i swojego rodzimego biznesu. Polska musi robić to samo, jeśli chce zacząć liczyć się w twardej konkurencji gospodarczej, która obowiązuje w Unii Europejskiej.

Dzisiaj Polska jest gigantyczną montownią, która montuje dla koncernów z całego świata. To musi się zmienić. Należy jak najszybciej stworzyć strategię rozwoju gospodarczego Polski, która wyprowadzi nasz kraj ze „stanu montażowego”, żeby ją doprowadzić do „stanu konstruktywnego”. W tym mogą pomóc (i pomóc powinny) fundusze unijne. Nie tylko drogi i kolej zapewnią Polsce ekonomiczną prosperitę. Zamiast stawiać niemal wyłącznie na zagranicznych inwestorów, należy stawiać na rodzimy biznes, rodzimy przemysł i rodzime produkty. I nie ma w tym niczego szowinistycznego czy obciachowego. Tak właśnie robią największe kraje Unii Europejskiej. W taki sposób najsilniejsze kraje Unii Europejskiej wygrywają. Jeśli Polska chce wygrać, to musi robić tak samo, w przeciwnym razie pozostanie na zawsze krajem Europy B; Europy drugiej prędkości.

Polska jest w Unii Europejskiej od dziesięciu lat. Jednak Rzeczpospolita nie potrafiła w sposób dostateczny wykorzystać swoją szansę, czy też wykorzystała swoją szansę w stopniu minus dostatecznym. 

„Jeśli chce się szacunku innych, to wpierw należy samemu się szanować” - tak zwykł mówić śp. Prezydent Lech Kaczyński.

Jeśli Polska chce szacunku swoich europejskich partnerów, to wpierw musi sama zacząć się szanować. Niestety, polityka europejska rządu Donalda Tuska jest bardziej nacechowana poprawnością polityczną wobec partnerów europejskich, niż twarda obrona polskiego interesu narodowego, interesu polskiej gospodarki i polskich podmiotów gospodarczych. Właśnie dlatego Polska w pełni nie wykorzystuje swojej szansy wynikającej z członkostwa w Unii Europejskiej. Właśnie dlatego Polska przez cały czas przegrywa konkurencję gospodarczą w Unii Europejskiej. Ową konkurencję wygrywają takie państwa jak Niemcy czy Francja, które nie wahają się twardo przedstawiać na arenie europejskiej (i to bez względu na to czy to przeszkadza ich europejskim partnerom, czy nie) swoich racji oraz twardo i bezwarunkowo bronić swojego interesu gospodarczego.

Jeśli Polska chce się liczyć w Unii Europejskiej, to musi postępować tak jak ci, którzy w Unii Europejskiej się liczą. Dlaczego? Ponieważ „jeśli chce się szacunku od innych, to wpierw należy samemu się szanować”. 

 

* * *

 

Niepublikowane na portalu Salon24 teksty mojego autorstwa znajdą Państwo na moim blogu, pod adresem:

 

http://www.zbigniew-stefanik.blog.pl/

 

oraz w serwisie informacyjnym Wiadomości24, na stronie:

 

http://www.wiadomosci24.pl/autor/zbigniew_stefanik,362608,an,aid.html

 

Zapraszam Państwa do ich lektury i merytorycznej dyskusji.

Szanowni Państwo, nazywam się Zbigniew Stefanik. Ze względu na pojawiające się od pewnego czasu zarzuty pod moim adresem, w pierwszej kolejności pragnę Państwa poinformować, że jestem osobą niewidomą, co znacząco utrudnia mi korzystanie ze wszystkich możliwości, które oferują media internetowe, na których publikuję moje artykuły. Niestety, z powodów technicznych nie mam możliwości odpisania na komentarze, które, Szanowni Czytelnicy, umieszczacie pod moimi notkami. Mimo to, za niezależny od mojej woli brak odpowiedzi, wszystkich Czytelników najmocniej przepraszam! Pragnę jednak podkreślić, że mam możliwość czytania Państwa komentarzy i bez wyjątku zapoznaję się z nimi wszystkimi. Dlatego bardzo proszę o nie zrażanie się moim brakiem technicznych możliwości niezbędnych do odpowiedzi na komentarze i aktywne włączenie się do dyskusji. Zapraszam wszystkich Czytelników do komentowania moich tekstów. Wszystkie Wasze komentarze są dla mnie cenne, te nieprzychylne również. Jednocześnie, drodzy Czytelnicy, informuję Was, że jeśli będziecie chcieli, bym odpowiedział na Wasz komentarz, dotyczący jakiegoś mojego artykułu, to możecie go Państwo przesłać na następujący adres e-mail: solidarnosc.stefanik@laposte.net. Gwarantuję, iż odpowiem na wszystkie Państwa ewentualne uwagi i komentarze - drogą e-mailową. Jednocześnie przepraszam za niedogodności, które wynikają z kwestii niezależnych ode mnie oraz z góry dziękuję za wyrozumiałość. Urodziłem się w Polsce, lecz od ponad dwudziestu pięciu lat mieszkam we Francji. Z wykształcenia jestem politologiem i europeistą, ukończyłem Instytut Studiów Politycznych w Strassburgu oraz College of Europe w podwarszawskim Natolinie. Obecnie jestem publicystą, polsko-francuskim obserwatorem i komentatorem zarówno polskiego, jak i europejskiego życia politycznego. Posiadam polskie i francuskie obywatelstwo. Na co dzień żyję pomiędzy Strassburgiem i Wrocławiem, między Francją i Polską. Aktualnie nie jestem członkiem żadnej partii politycznej w Polsce. Do czasu wyborów parlamentarnych, które odbyły się w październiku 2011 roku, byłem aktywnym uczestnikiem polskiego życia politycznego. Początkowo działałem w krakowskich strukturach PiS. W szeregi tej partii wstąpiłem w maju 2005 roku. Następnie współpracowałem z posłanką Aleksandrą Natalli-Świat, jako jeden z jej asystentów. Po katastrofie smoleńskiej postanowiłem opuścić partię Prawo i Sprawiedliwość. Swoją rezygnację ogłosiłem w sierpniu 2010 roku. Opuszczenie partii - z którą współpracowałem przez ponad pięć lat - było dla mnie niezwykle trudną decyzją. Wpływ na nią miały przede wszystkim dwie kwestie. Po pierwsze, podjąłem tę decyzję ponieważ nie potrafiłem zaakceptować retoryki Jarosława Kaczyńskiego i jego najbliższych współpracowników, która niemal od 10 kwietnia 2010 roku zaczęła przypominać postulaty skrajnej prawicy. Po drugie, nie mogłem się zgodzić na sposób, w jaki liderzy PiS traktowali najwyższych przedstawicieli Najjaśniejszej Rzeczypospolitej; rządzących, którzy zostali przecież wybrani większością głosów w demokratycznych wyborach. Po wystąpieniu z Prawa i Sprawiedliwości zaangażowałem się w budowę partii Polska Jest Najważniejsza. Z ramienia tej partii w 2011 roku zostałem kandydatem do Sejmu RP w okręgu wyborczym nr 3. Jestem zwolennikiem politycznego centrum. Moje poglądy na problemy gospodarcze są bardziej zbliżone do wizji społecznej, niż liberalnej. Jestem zwolennikiem państwa opiekuńczego, jednak na ściśle określonych zasadach. W mojej opinii państwo powinno być opiekuńcze, dopóki nie dławi inicjatywy społecznej i gospodarczej. Uważam bowiem, że to właśnie indywidualna inicjatywa jest główną siłą, która napędza rozwój gospodarczy i społeczny; jest niezbędnym czynnikiem dla utworzenia silnej klasy średniej, jak również dla społeczeństwa obywatelskiego. Jestem zwolennikiem państwa o świeckim charakterze, mimo, iż jestem ochrzczonym i wierzącym katolikiem. Uważam jednakże, że wiara to indywidualna sprawa każdego obywatela. Dlatego państwo nie powinno popierać, ani finansować żadnej wspólnoty religijnej. Jestem zwolennikiem polskiej integracji z Unią Europejską, bowiem uważam, iż dla Polski to bezprecedensowa szansa na udoskonalenie naszego Państwa i na niespotykany dotąd rozwój gospodarczy. Jednakże - w moim przekonaniu – o integracji europejskiej nie można mówić, iż jest dobra lub zła. Rozpatrywanie jej w takich kategoriach jest błędem! Integracja europejska jest po prostu konieczna w zglobalizowanym świecie, gdzie gospodarcza i polityczna konkurencja jest bezwzględna i nie pozostawia żadnego miejsca dla osamotnionych państw, które pozostawałyby poza ponadregionalnymi wspólnotami. Świat się zmienia, należy się więc zmieniać razem z nim! Tylko w zintegrowanej i silnej Unii Europejskiej można budować silną Polskę, gdyż pojedyncze państwa nie mają żadnych szans na sprostanie gospodarczej konkurencji i społeczno-politycznym wymogom świata w dwudziestym pierwszym stuleciu. Stąd konieczność polskiej integracji z Unią Europejską, bez której Polska nie ma żadnych szans na rozwój, żadnych szans na obiecującą przyszłość pod względem znaczenia politycznego w Europie i na świecie. Zapraszam wszystkich do zapoznania się z moimi artykułami, w których pragnę podzielić się z Państwem swoim punktem widzenia na tematy związane z wydarzeniami na polskiej i europejskiej scenie politycznej. Zapraszam także do kulturalnej i merytorycznej dyskusji. Mam świadomość, iż polityka budzi wiele bardzo silnych emocji. Mimo to byłbym wdzięczny za debatę pozbawioną niepotrzebnej agresji i zacietrzewienia.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (7)

Inne tematy w dziale Polityka