79 obserwujących
353 notki
846k odsłon
2973 odsłony

Moja ciotka Jadwiga Tadrowska „WIŚKA”

Wykop Skomentuj16

Jadwiga Krzycka urodziła się w 1919 roku w Gdyni. Nic nie wiem o jej matce – małżonce Ludgarda Krzyckiego. Mała Jadwiga podrasta i rozpoczyna naukę w szkole podstawowej w Gdyni. 30 kwietnia 1925 jej ojciec kończy pracę przy ochronie brzegów Rzeczpospolitej i staje się cywilem. Pływa na statkach handlowych w charakterze starszego oficera, a w latach 1929-30 w charakterze kapitana s/s Kraków.

Moja ciotka Jadwiga Tadrowska „WIŚKA”

Pierwszym zakupem tonażu przez nowoutworzone przedsiębiorstwo państwowe „Żegluga Polska” była w grudniu 1926 roku seria 5 węglowców, których budowa była na ukończeniu we francuskiej stoczni Chantiers Navais Francais Blainville w Caen. Statki powstawały pod nadzorem i według przepisów Lloyd's Register.
SS „KRAKÓW”: Tonaż - 1995 BRT, klasa LRS 100A1. Pozostałe jednostki: KATOWICE, TORUŃ, POZNAŃ i WILNO.

W którym roku umiera matka Jadwigi – nie wiadomo. Jadwiga jest wychowywana głównie przez ojca, który zabiera ją często w swoje podróże morskie. Dzięki tym podróżom Jadwiga uczy się języków obcych. Zna podobno dobrze niemiecki, angielski, a nawet węgierski.
W okresie 1931-1939 Ludgard Krzycki pracuje w Urzędzie Morskim w Gdyni, jako kierownik Sekretariatu Spraw Żeglugi Morskiej.

Wiadomo, że w 1936 roku Jadwiga Krzycka kończy szkołę ogólnokształcącą w Gdyni. Tymczasem w latach dwudziestych następuje budowa w kaszubskiej osadzie Gdynia portu wojennego i handlowego Odrodzonej Rzeczpospolitej. Do rozwijającej się Gdyni przyjeżdża Alfons Tadrowski i ściąga z Torunia prawdopodobnie w 1936/7 roku swojego najmłodszego brata Zenona Tadrowskiego urodzonego w 1916 roku. Zenon Tadrowski ukończył studium nauczycielskie w Toruniu i podejmuje pracę w Poczcie Polskiej w Gdyni.

Jak drogi Jadwigi i Zenona przecinają się nikt nie wie. Pierwsze ich spotkanie nastąpiło prawdopodobnie w 1938 roku. Młodzi ludzie zakochują się w sobie i wybucha pomiędzy nimi wielka miłość. Zostają narzeczonymi i zawierają związek małżeński prawdopodobnie w lutym, lub marcu 1939 roku.

z

 Ślub Jadwigi Krzyckiej z Zenonem Tadrowskim w Gdyni – luty 1939

Młoda para mieszka w Gdyni we własnym mieszkaniu. Jeszcze wiosną 1939 roku wypuszczają się ze znajomymi na wycieczki do pobliskiego lasu.

 

Jadwiga i Zenon z grupą przyjaciół na wycieczce w lesie w pobliżu Gdyni wczesną wiosną 1939r

Wiosna jest piękna i w czerwcu 1939 roku państwo młodzi fotografują się z rodziną na skwerze Kościuszki w Gdyni.

zZenon Tadrowski, Ludgard Krzycki, NN, Jadwiga Tadrowska, ks. Roman Tadrowski

Wiosna jest piękna i w czerwcu 1939 roku państwo młodzi fotografują się z rodziną na skwerze Kościuszki w Gdyni.

z

Tymczasem 1 września 1939 roku Niemcy napadają na Polskę i wybucha wojna. Zenon Tadrowski zostaje powołany do wojska i bierze udział w obronie wybrzeża.

Jadwiga Tadrowska wraz z ojcem - który jako wyższy funkcjonariusz marynarki uciekał przed represjami – przedostała się do Warszawy. Zamieszkali u brata ojca, Marcelego Krzyckiego, ówczesnego dyrektora fabryki „Wedel” przy ul. Zamojskiego.

Późną jesienią Jadwiga uzyskała kontakt kierujący ją na szlak przerzutów ZWZ AK na Węgry.
W pierwszej połowie grudnia 1939 przybyła do Krosna z trzema osobami zamierzającymi przedrzeć się na Węgry przez Słowację. Towarzyszyli jej dwaj bracia o nazwisku Kostrz oraz jakaś kobieta. Zatrzymali się kilka dni w domu kuzyna ojca Jadwigi. Usiłowali zaopatrzyć się w krótką broń, na wypadek próby zatrzymania na granicy. Niestety broni nie dostali.

Córka kuzyna ojca Daniela Okólska - Krupska (późniejsza łączniczka – wywiadowczyni Sztabu Inspektoratu AK Podkarpacie o pseudonimie „Kora”) zaopatruje „Wiśkę” w kopię mapy „setki” rejonu Jaślisk i prowadzi ich do Iwonicza Wsi, do kwatery w domu Marii Filipowiczowej i jej córki Aliny.

Jadwiga Tadrowska „Wiśka” dociera do Budapesztu. W kwietniu 1940 roku zapadła decyzja rządu RP na wychodźstwie o powołaniu do życia stałej placówki polskiej w Budapeszcie, jako ogniwa komunikacji Warszawa – Zachód i ekspozyturę polskiego podziemia na zewnątrz. Budapeszt stał się centrum polskiego życia na Węgrzech, siedzibą różnych jawnych i tajnych organizacji polskich, których dzieje wiązały się organicznie z wypadkami na szerszej widowni europejskiej. Rząd gen. Sikorskiego powołał w Budapeszcie „Placówkę W”, która stała się naczelną, polską instytucją Polityczną w Budapeszcie, utrzymującą łączność między rządem w Londynie, a krajem. Cel działania placówki „W” to zapewnienie kontaktu z politycznymi ośrodkami podziemia w kraju. Ustalono stałe drogi kurierskie z podziałem na odcinki; istniała nawet tzw. „sztafeta kurierska”. Służba kurierska w placówce „W” liczyła się jako służba frontowa.

I tam działała w słynnej placówce „W” w Budapeszcie Jadwiga pełniąc funkcję wywiadowcy – kuriera AK. Na linii Budapeszt – okupowany kraj praktycznie co miesiąc kursowali wysłannicy i kurierzy.

W 1940 r „Wiśka” kieruje do „Kory” w Krośnie łącznika z Krakowa, Jerzego Polaczka z zapytaniem o rozmiary wydobywania przez Niemców ropy w zagłębiu naftowym na terenie powiatów Sanok, Krosno, Jasło i Gorlice. Informacje te przekazuje „Kora” wysłannikowi „Wiśki” kilkakrotnie, aż do czerwca 1941r.

„Wiśka” z Budapesztu pisuje listy do całej rodziny. Ma nadzieję odnaleźć swojego męża Zenona, o którym wszelki słuch zaginął.

z

Kartka pocztowa z Budapesztu 07.07.1941r

 

Drogę Budapeszt – Warszawa przebywała „Wiśka” pełniąc funkcję kuriera w ramach AK wiele razy zatrzymując się w domu Marcelego Krzyckiego, gdzie mieszkał jej ojciec. Na ogół granicę przekraczała w rejonie powiatu nowosądeckiego. W Budapeszcie zajmowała się różnymi pracami. Była tam między innymi kierowcą taksówki, co ułatwiało jej poruszanie się po mieście i słuchanie rozmów Niemców korzystających z taksówki.

z

z

„Wiśka” w Budapeszcie w swoim pokoju w „Pension Palatinus Pensio” 01.06.1940

Uroda jej była w typie południowym i łatwo było jej uchodzić za Węgierkę. Jak opowiadała ojcu, została kiedyś aresztowana przez policję węgierską, która pod naciskiem Niemców i na skutek jakichś przecieków ze Stambułu, aresztowała wielu Polaków należących do podziemia. i była przesłuchiwana przez jakiegoś wyższego funkcjonariusza przychylnego Polakom. Ów funkcjonariusz nie przekazał jej Niemcom. W pewnym momencie powiedział jej: „Ja teraz wychodzę na chwilę, a tam są drzwi do ogrodu. „Wiśka” oczywiście skorzystała z tych drzwi, a potem pokonała płot i znalazła się na ulicy. I zapewne stwierdziła wtedy z ulgą: „Polak – Węgier dwa bratanki”.

„Wiśka” wyprawiała się również do Szwajcarii w ramach swojej działalności kurierskiej w AK. Słynęła ze swej odwagi i skłonności do podejmowania ryzyka. Była tam nawet aresztowana. Wypełniła jednak swoje zadanie do końca, udało się jej uciec i powróciła do Budapesztu.

Współpracowała z różnymi kurierami Armii Krajowej:

- z Janem Freislerem (1914 - 1964) - czołowym kurierem, pseudonim "Ksawery", "Sądecki", "Feliks Drapała", "Skowron", a także partyzantem AK,

- z Konradem Niklewiczem pseudonim „Radzik” - kurierem prezesa Stronnictwa Narodowego Tadeusza Bieleckiego z Londynu,

- z Julianem Nowakowskim z Narodowej Organizacji Bojowej (ginie w zasadzce pełniąc jedno z zadań kurierskich dla ZWZ AK).

z Zeszyty Historyczne WIN Nr 10, 1997, str 259, Wojciech Frazik: „Freisler Jan-biogram”.
Grupa kurierów na granicy polsko słowackiej 08.04.1944: Jan Freisler ps. "Ksawery", "Sądecki", "Feliks Drapała", "Skowron", Jadwiga Tadrowska ps. "Wiśka", Konrad Niklewicz ps. „Radzik”,  Julian Nowakowski

Co się stało z Jadwigą Tadrowską?

Kazimierz Kożniewski w książce „ZAMKNIĘTE KOŁA” - w podziemnym świecie” pisze:
„W parę tygodni po aresztowaniu i śmierci Grodzickiego, nagle zjawiła się w Warszawie Wisia we własnej osobie. 19 marca wkroczyły do Budapesztu wojska hitlerowskie i gestapo z miejsca rozpoczęło polowanie na Polaków. Wacek Felczak złapany na granicy słowackiej uciekł i dał nura w Tatry.
Wisia – Jadwiga Tadrowska – odnalazła mnie przez departament, ułatwiłem jej dalsze kontakty, legalizację i dalszy przydział (od autora: to był rok 1944). Widzieliśmy się parę razy, aż raptem zniknęła mi z oczu.
Aż do wybuchu Powstania Wisia się nie odezwała.

Byłem najspokojniejszy w świecie – dopiero w kilka miesięcy po powstaniu jakimś przypadkiem dowiedziałem się okrutnej prawdy. W Budapeszcie gestapo wykryło iż uciekliśmy z Węgier. Kartoteka Wisi w tamtejszym kontrwywiadzie była dość szczegółowa: przez wszystkie lata przebywała w Budapeszcie pod własnym nazwiskiem, pod własnym nazwiskiem korespondowała z ojcem, który mieszkał w domu Wedla na Zamojskiego. I oto budapeszteńskie gestapo wysłało dość ścisłe zlecenie do gestapo warszawskiego – przyszli po Wisię do jej ojca na Zamojskiego. Zabrali ją i wszelki ślad po niej zaginął. Może wywieźli do Budapesztu? Może zamordowali gdzieś po drodze?”

Koźniewski jednak pomylił się w swojej książce, a nawet zmyślał. I to we wszystkich jej wydaniach. A może bał się z jakichś powodów napisać coś więcej. Wszak były to czasy PRL-u! Brat Zenona - męża Jadwigi Tadrowskiej telefonował po ukazaniu się jego książki do Koźniewskiego z pytaniem, czy ma więcej informacji o Wisi. Koźniewski odpowiedział wówczas mniej więcej tak:

„- To nie czasy, żeby opowiadać na ten temat. I proszę więcej do mnie nie dzwonić!”

Jadwiga ostatni raz pożegnała ojca w Warszawie w połowie 1944 roku wybierając się do Budapesztu.

Ludgard Krzycki w okresie 1945-1950 pracował jako kierownik Oddziału Żeglugi Morskiej w Głównym Urzędzie Morskim i 31.08 1950 roku przeszedł na emeryturę. Po przejściu na emeryturę zamieszkał w domy córki swojego kuzyna Krystyny Niwickiej w okolicach Nowego Sącza. Do końca swoich dni oczekiwał na powrót z wojny swojej córki Wisi.
Zachorował na chorobę Bürgera i zmarł w lutym 1957 roku w Brzeźnie pod Nowym Sączem i tam jest pochowany.

Siostra Krystyny Niwickiej to Daniela Okólska – Krupska, łączniczka – wywiadowczyni Sztabu Inspektoratu Armii Krajowej Podkarpacie o pseudonimie „Kora”, która mieszkała w miejscowości Krosno i pomagała Wisi w 1939 roku przedostać się do Budapesztu.

Ojciec „Wiśki” do końca życia nie wiedział co się stało z jego córką. Ciągle czekał na wiadomość od niej i znając jej upodobania do przygody i ryzyka łudził się, że wędruje gdzieś po świecie.

– Tylko nie chciałbym dożyć wiadomości o jej śmierci – mawiał nieraz.

– A może odnalazła gdzieś Zenona i nie chcą wrócić do kraju? – zastanawiał się.

Trzy dni po jego śmierci ukazał się „Tygodnik Powszechny” artykuł przynoszący informację o śmierci Jadwigi Tadrowskiej w znanej niemieckiej mordowni gestapo w Alei Szucha w Warszawie. Nie są jednak do tej pory znane okoliczności aresztowania „Wiśki”, ani jej śmierci. Nie ulega jednak wątpliwości, że wychodząc od ojca wiosną 1944 roku, wypełniała zadanie i była już w drodze  na karpacki, kurierski szlak AK, lub razem z Janem Freislerem uczestniczyła w tworzeniu oddziałów partyzanckich na Podhalu, jak to stwierdził prof. Wacław Felczak.

Wiśka pisała wiele listów do swojej rodziny. Cały czas poszukiwała swojego męża Zenona i tęskniła do ich przytulnego mieszkania w Gdyni. Zenona poszukiwała listownie przez Czerwony Krzyż w Genewie, Bukareszcie, wypytywała o niego wszystkich napotykanych Polaków. Nawet ktoś udzielił jej informacji, że Zenon jest w niemieckim obozie jenieckim w okolicach Kutna. Do końca swego życia była przekonana, że odnajdzie Zenona.

z

Zenon Tadrowski

Tymczasem wiele lat po wojnie ukazała się „Lista pracowników Poczty i Telekomunikacji poległych w latach 1939 – 1945”. I tam wśród poległych można znaleźć na literę T:

Tadrowski – Zenon – miejsce pracy: Gdynia, kontroler – poległ w 1939. I tylko tyle wiadomo o śmierci męża „Wiśki”.

Wracajmym jednak do losów „Wiśki”, a właściwie do słów słynnego kuriera, wysłannika rządu RP na uchodźstwie skazanego w 1948 roku przez rząd PRL na karę dożywotniego więzienia, a potem profesora historii na Uniwersytecie Jagiellońskim - Wacława Felczaka (1916-1993). On prawdopodobnie wiedział najwięcej o aresztowaniu i śmierci „Wiśki”. Niestety nie zdążył tego napisać. W swoich „Wspomnieniach” opublikowanych w 1957 roku w „Tygodniku Powszechnym” pisał o „Wiśce” dwukrotnie:

„W czerwcu 1942 policja węgierska wpada ponownie na trop „Placówki W”. Tym razem nici wiodły ze Stambułu. Aresztowania obejmują zresztą wszystkie tajne organizacje polskie w Budapeszcie. Z placówki politycznej aresztowany zostaje inż. Paweł, łączniczka Jadwiga Tadrowska i przybyły niedawno skoczek Franek.

15 marca 1944 roku, w dniu święta wolności Węgier, wojska niemieckie zajęły Budapeszt. Gestapo przyszło na Węgry z gotowymi planami i listą proskrypcyjną. Każdy kto władał językiem polskim był natychmiast aresztowany, a członkowie legalnych i nielegalnych organizacji polskich byli z miejsca mordowani. Placówka „W” ulega natychmiastowej likwidacji.

Szczególne polowanie urządzało gestapo na aparat placówki i kurierów. Pozostali kurierzy placówki, jak „Ksawery” (Jan Freisler), Józef Krzeptowski i Jadwiga Tadrowska, przeszli do kraju, gdzie wraz z innymi zbiegami z Węgier tworzyli oddziały partyzanckie na PodhaluJadwigę Tadrowską „Wisię” dosięgło gestapo w Warszawie,  gdzie zginęła  w Alei Szucha.”

To wszystko co jest mi wiadome o historii mojej ciotki Jadwigi Tadrowskiej-„Wiśki” i jej ojca Ludgarda Krzyckiego.

Jestem jednak prawie pewien, że być może w niedługiej przyszłości będę wiedział więcej o „Wiśce”. Wkrótce zostanie opublikowane przez profesjonalnego historyka więcej szczegółów dotyczacych działalności gdynianki Jadwigi Tadrowskiej*).  czasopiśmie historycznym wkrótce zostanie opublikowany jej biogram, napisany przez profesjonalnego historyka.

Myślę też tak sobie, że w Gdyni mogłaby być ulica „Jadwigi Tadrowskiej  „Wiśki”. A może ktoś z czytelników mógłby mi podpowiedzieć jakie należy podjąć działania najlepiej, aby władzom miejskim Gdyni przedłożyć propozycję wprowadzenia tego pomysłu w życie?

Pewien dziennikarz po przeczytaniu niniejszego tekstu wyraził następujacą opinię: "Życie Jadwigi Tadrowskiej to gotowy scenariusz na film sensacyjny"!

„Fundacja generał Elżbiety Zawackiej Archiwum i Muzeum Pomorskiej Armii Krajowej oraz Wojskowej Służby Polek” w Toruniu jest w posiadaniu nastepujących dokumentów dotyczących Jadwigi Tadrowskiej:

https://s19.postimg.org/ekuw1t2qb/ZAGRODA_teczka_Wi_ki_1_A.jpg,

https://s19.postimg.org/wc6ig9i4z/ZAGRODA_teczka_Wi_ki_2_A.jpg

https://s19.postimg.org/sjn00j2mr/ZAGRODA_teczka_Wi_ki_3_A.jpg

https://s19.postimg.org/7y888ml1v/ZAGRODA_teczka_Wi_ki_4_A.jpg

https://s19.postimg.org/sxoc04mqb/ZAGRODA_teczka_Wi_ki_5_A.jpg

*) Informacje dotyczące Jadwigi Tadrowskiej zostały opublikowane w następującej książce:

autor Wojciech Frazik "EMISARIUSZ WOLNEJ POLSKI. Biografia polityczna Wacława Felczaka (1916-1933)", wydana przez Instytut Pamięci Narodowej i Komisję Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, Kraków, 2013 r.

Uzupełnienia:

Wpadła mi w ręce książka: Zdzisław Antoniewicz "Rozbitkowie na Węgrzech", Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1987.
I znalazłem:
- str. 133: "W drugiej połowie maja 1942 zwolniono z "Hadiku" "Fietowicza" . Przesiedział pełne osiem miesięcy. Jednak poprzedniego dnia aresztowano jego zastępcę Piotra "Zaleskiego", Jadwigę Tadrowską, która mu pomagała oraz Marię Krzeczunowicz i Wacława Szczurowskiego, oboje z Bazy "Romek", a więc mających powiązania z siedzącym już w "Hadiku" Grodzickim. Piotra i Wisię obserwowali już od tygodni przypuszczając, że może "Zaleski" jest tym poszukiwanym "Fijałkowskim".
- str. 149: "Jednak, kiedy 16 maja 1942 roku "Fietowicz" został zwolniony z "Hadiku" i powiadomił Rostworowskiego o szczegółach i przyczynach aresztowania kilku jego współpracowników, jak: Marii Krzeczunowicz i Feliksa Grodzickiego, a ponadto dowiedział się, że w ręce kontrwywiadu węgierskiego wpadli: współpracująca z nim Wisia Tadrowska i Wacław Szczurowski, Rostworowski postanowił Bazę "Romek" zlikwidować. Obawiał się bowiem dekonspiracji całej organizacji.... Jednakowoż Baza "Romek" nie została zlikwidowana, a więc cała organizacja nie została zlikwidowana. Przybrała tylko nową nazwę "Liszt".
- str. 140: I już zaproponował (prof. Załęski) następną imprezę: urządzenie 6 grudnia 1942 naszych tradycyjnych "Mikołajek", a będzie to wyglądało na akademię na cześć regenta, który ma na imię Miklos (Mikołaj)..... Równocześnie profesor opowiedział o zwolnieniu z więzień grupy Polaków, a więc Tadrowskiej, Piotra "Zaleskiego", Grodzickiego i "Webera", a właściwie Kazimierza Koźniewskiego. Zwalniał ich prokurator naczelny, płk. Babocsai. Każdemu podał rękę i prosił; aby znowu nie podpadli, a raczej zachowywali się tak, aby nie zwracać na siebie uwagi Niemców, bo naraziliby nie tylko siebie, ale również ich, Węgrów.

- str. 141: Po kilku miesiącach (17.VI.43) Wisia Tadrowska i Kazimierz Koźniewski "Weber" pod przewodnictwem kurierów, „Stefana” z Nowego Sącza i „Włodka”, wrócili do kraju, Trzeba dodać też, że Wisia, znana też jako "Wiga", była jednym z najpracowitszych kurierów już od 1940 roku. Przesiedziała kilka miesięcy w różnych więzieniach, a m.in. także w Szwajcarii.
-str.150: "Baza budapeszteńska pracowała tak dobrze, że w 1942 roku powierzono jej szlaki do Szwajcarii (Berno) i Rzymu (Watykan), które były łatwiejsze od trasy do Turcji."
*  Baza "Romek" - placówka wywiadowcza podległa Oddziałowi II Sztabu Głównego w Londynie.

* „Hadik” – areszt śledczy kontrwywiadu węgierskiego w koszarach im. „Andrasa Hadika”

* „Fietowicz” – Edmund Fietowicz, kierownik Placówki „W” w Budapeszcie

* „Weber” – Kazimierz Koźniewski

Przekraczanie granicy:

Na kurierskim szlaku wyrastały setki przeszkód i nieprzewidzianych zdarzeń, z których cało wychodzili tylko ci, którzy dysponowali maksymalnym zasobem sił fizyczno - psychicznych, odpowiednią zaprawą, zimną krwią, improwizacją, sprytem i odwagą.

Kurierzy byli żołnierzami łączności, wbrew pozorom spokojnego pokonywania wyznaczonych i zorganizowanych tras, działali w rzeczywistości na swoistym froncie, na którym nocami w obustronnych rejonach pogranicza huczały strzały i ginęli lub wpadali w ręce wroga wykonujący swoje zadania kurierzy.

Służba kurierska, mimo dużego doświadczenia pełniących ją ludzi, niosła ze sobą ogromne ryzyko. Paru kurierów zginęło przy przekraczaniu granicy, kilku innych trafiło do obozów koncentracyjnych. Wielu kurierów zatrzymanych na Słowacji uciekało z posterunków słowackiej żandarmerii, a nawet wyrwało się z rąk gestapo. Rekord pobił kurier sądecki Roman Stramka „Romek” obdarzony nieprzeciętną odwagą i sprytem, z którym „Wiśka” przekraczała granice kilka razy. Uciekł on Niemcom w Nowym Sączu z gestapowskiej celi śmierci, zjeżdżając z dachu więziennego budynku po rynnie, ponadto dwukrotnie zbiegł z transportów wiozących więźniów do obozów koncentracyjnych.

Pod koniec pierwszej połowy  czerwca 1943 r „Wiśka” otrzymała w Budapeszcie w Placówce „W” zadania i materiały do przekazania w Warszawie. Swoje zadania miał też do wykonania Kazimierz Koźniewski - „Weber”. Był on przecież kurierem wysłanym od rządu polskiego w Londynie przez Stambuł i Budapeszt do Warszawy.

Przejazd z Budapesztu do Koszyc lub Rożniawy blisko granicy ze Słowacją był problemem i kryło się za nim pewne niebezpieczeństwo związane z możliwością aresztowania przez Węgrów.

Przewodnicy wybrali podróż koleją.

Cała czwórka zaopatrzona w odpowiednie dokumenty i po wykupieniu biletów w dniu 12 czerwca 1943 roku, po południu, wsiadła do pociągu bezpośredniego Budapeszt – Koszyce na dworcu wschodnim Keleti wsiadła w Budapeszcie do pociągu i dojechała do Koszyc, znajdujących się wtedy w granicach Węgier.

„Wiśka” opisałaby przebycie tej trasy kurierskiej tak:

Postępując zgodnie z zasadami i instrukcją nie rozmawialiśmy w przedziale pociągu po polsku. Ja znałam węgierski dość dobrze i rozmawiałam chętnie w tym języku. Moi trzej towarzysze znali węgierski wiele słabiej niż ja. Baliśmy się aresztowania przez żandarmerię wojskową lub policję. Zdarzały się przecież aresztowania Polaków i odstawiania do specjalnego więzienia dla włóczęgów w Budapeszcie.

Przecież oprócz materiałów, które mieliśmy przy sobie, dano nam fiolki z trucizną – to chyba cyjanek potasu.

Kontrola biletów w pociągu odbyła się bez żadnych problemów i nad ranem 13 czerwca dotarliśmy szczęśliwie do Koszyc. Od razu „Stefan” z „Włodkiem” zaprowadzili nas do punktu przerzutów, na ulicę Pocztową 13. Przyjął nas Polak, który był dobrym znajomym naszych przewodników i pochodził też z Podhala. Ten Polak skontaktował nas wkrótce ze Słowakiem, który przeprowadzał kurierów przez granicę węgiersko – słowacką. Od Polaka otrzymaliśmy pieniądze polskie i słowackie.

Wieczorem wyruszyliśmy już w piątkę z Koszyc w kierunku granicy tak, aby ją przekroczyć w nocy. Szliśmy lasami po różnych wertepach i gęstwinach. Podczas tego marszu, z daleka zauważyliśmy patrol węgierskich żandarmów. Natychmiast musieliśmy się ukryć w najbliższej gęstwinie. Kiedy przeszli, kontynuowaliśmy nasz marsz dalej.

Chciałam poznać tę trasę szczegółowo, choć granice na trasie do Polski pokonywałam już dziesiątki razy, to tędy szłam pierwszy raz. Niektóre trasy przecież przychodziło mi w przeszłości pokonywać samodzielnie. Zwracałam uwagę na każdy charakterystyczny punkt, a nawet i drzewo, według którego mogłabym orientować się już samodzielnie w przyszłości. Noc była ciemna, a my szliśmy i szliśmy zachowując ostrożność.

Późną nocą nasz słowacki przewodnik oznajmił: „Jesteśmy już daleko w Słowacji”. Odetchnęłam z ulgą. Granicę przekroczyliśmy nie wiedząc nawet kiedy. Całe szczęście, że nie natknęliśmy się na żaden patrol słowackich „pograniczników”.

I tak dotarliśmy do stacji kolejowej Kysak. Nasz Słowak kupił nam bilety do stacji Spiska Nowa Wieś i poczekał z nami na pociąg.

Dekuju wam peknie! - powiedziałam gdy pociąg wjechał na stację. Pociąg ruszył w kierunku północnym. I zostaliśmy sami, zdani na własne siły i spryt i los szczęścia. Początkowo byliśmy w przedziale też sami i dopiero na kolejnych stacjach dosiadali się słowaccy pasażerowie. Wieźliśmy nielegalne polskie gazety, pocztę, pieniądze i wiele konspiracyjnej bibuły. Gdyby ujęli nas słowaccy faszyści wystarczyłoby na długie pożegnanie się z wolnością, a nawet i z życiem. Przecież oni niechybnie wydaliby nas Niemcom i trafilibyśmy do gestapo w Polsce. Niczym szczególnym nie różniliśmy się od innych pasażerów.

Ryhlik” – pociąg pośpieszny mknął szybko zatrzymując się tylko na większych stacjach. Po paru godzinach jazdy znaleźliśmy się rankiem 14 czerwca w Spiskiej Nowej Wsi.

Nasi przewodnicy wyprowadzili nas jakimiś bocznymi drogami na skraj tej miejscowości do swojego znajomego Słowaka. Widzieliśmy po drodze wielu słowackich wojskowych i patroli żandarmerii. Prowadził „Stefan”, a za nim w pewnej odległości szedł „Weber”, potem kroczyłam ja i na końcu „Włodek”. Domek Słowaka był przy jakiejś drodze na początku lasu. „Stefan” okrążył dom kilka razy zanim zapukał do drzwi i zniknął we wnętrzu. Po chwili pojawił się i pomachał ręką i wkrótce zgłodniali siedzieliśmy za stołem, a Polka, żona Słowaka przygotowywała nam jedzenie. Zostaliśmy nakarmieni i czekał nas kilkugodzinny odpoczynek przed ciężką drogą, która była jeszcze przed nami.

- Taksówkarz z Popradu Józef Lach przyjedzie po was przed południem, powiedział Słowak. Ja was wyprowadzę na drogę do Leśnicy, gdzie będziecie go oczekiwać. Możecie się zdrzemnąć trochę.

Po krótkiej drzemce nasz gospodarz wyprowadził nas lasem parę kilometrów na drogę w kierunku Leśnicy.

W pewnym miejscu drogi, Słowak ułamał trzy duże gałęzie świerkowe i ułożył je na skraju drogi w pewnej odległości od siebie. Pożegnał się z nami mówiąc: - schowajcie się w krzakach i czekajcie. Tak i uczyniliśmy. Od czasu do czasu przejeżdżał jakiś samochód, a raz nawet jechali słowaccy żandarmi na motocyklu z przyczepą. Oczekiwanie było nie do zniesienia. Denerwowałam się, czy z tą taksówką wyjdzie wszystko jak potrzeba. Czy aby ci Słowacy są pewni?

- Są pewni zapewniał Stefan. Jestem pewien moich przyjaciół.

Po około godzinnym ukrywaniu się w krzakach „Stefan” powiedział:

- Jedzie! Słyszę pracę motoru jego Tatry!

Nasze zmysły były napięte do ostateczności, ale warkot motoru z dala był ledwo słyszalny, jako szmer, ale dla nas był niczym zbliżający się grzmot. Poderwaliśmy się na nogi. Warkot był coraz bliższy.

- To Tatra! Już ją widać. Kolor się zgadza! – mówi „Włodek”.

Samochód staje przy ostatniej gałęzi i daje dwa krótkie sygnały klaksonem.

Wyskakujemy z krzaków i sadowimy się we wnętrzu samochodu.

Po pewnym czasie byliśmy już w Polomie. Nikt nas nie zatrzymywał i taksówka pomknęła w kierunku Leśnicy.

Och, pomyślałam – Leśnica, a po drugiej stronie to już jest Szczawnica. Coraz bliżej Warszawy.

Wieczorem znaleźliśmy się w okolicach Leśnicy. „Stefan” zapłacił sporą sumę Józefowi Lachowi i weszliśmy do lasu.  Przemykaliśmy na przełaj omijając drogi póki było jeszcze widno.

Nagle stanęliśmy jak wryci! Prawie, że weszliśmy na uzbrojoną słowacką straż leśną.

- Co wy tu robicie? Wracajcie do Leśnicy!

- Idziemy do szałasu pasterskiego wyżej! – odpowiedział im „Stefan” biegle po słowacku.

Trójka strażników zaczęła rozmawiać, a starszy z nich powiedział.

- Macie wracać! Tu nie wolno wam chodzić!

- Do tego szałasu pasterskiego tu niedaleko! Musimy dojść tam i chcemy przenocować. Zrobi się przecie zaraz ciemno. Wrócimy do Leśnicy jutro! – upierał się „Stefan”.

„Stefan” i „Włodek” cały czas odsuwali się od siebie.

Słowacy byli zaniepokojeni.

- Nie ma mowy! Wracajcie! I starszy z nich zaczął sięgać ręką do kabury pistoletu.

„Władek” od razu krzyknął:

- Stój, bo strzelam! W ręku trzymał pistolet również „Stefan”.

Słowacy oniemieli. Zastygli w bezruchu. Uciekajcie w tym kierunku powiedział „Stefan”.

„Weber” i ja ruszyliśmy biegiem. Po pewnym czasie usłyszeliśmy strzały! Przeraziłam się. Wymiana ognia może być niebezpieczna dla naszych towarzyszy. Zaczęłam się niepokoić. Po kilkunastu minutach dogonili nas nasi przewodnicy.

- Słowacy zaczęli do nas strzelać, gdy rozpoczęliśmy już uciekać i byliśmy już poza ich zasięgiem. Ruszyli w pogoń za nami i zaczęli strzelać! –mówili.

Chwała Bogu! – pomyślałam. Żadnych odgłosów nie było słychać. Słowacy chyba już zrezygnowali z pogoni za nami.

- Idziemy w kierunku wschodnim w okolice Łaźnych Skał i kierujemy się na Jarmutę – ustalili „Stefan” i „Włodek”. Zapadła już noc, stawało się coraz ciemniej. Tylko blask księżyca słabo przeświecał przez chmury. Nasi przewodnicy parli do przodu, ciągle pod górę. Kluczyliśmy brzegami lasu, aby nie znaleźć się na otwartej polanie, gdzie mógłby nas wypatrzeć patrol słowackiej straży granicznej. Szliśmy i szliśmy.

W pewnej chwili nasi przewodnicy zaczęli całować ziemię. Ja z „Weberem” uczyniliśmy to samo. Byliśmy na ojczystej ziemi.

- Z lewej strony mamy Jarmutę, idziemy do Szlachtowej, powiedział „Włodek”.

- Oby tylko nas patrol Grenzschutzu nie dostrzegł, dodał „Stefan”. Gdy zeszliśmy w dół musieliśmy przekroczyć drogę Szczawnica – Szlachtowa. Przycupnęliśmy w krzakach i staraliśmy się wypatrzyć, czy kogoś nie widać z obydwu stron. Już, już mieliśmy dokonać skok przez drogę, gdy „Stefan przyłożył palec do ust.

- Słyszę szum motoru, powiedział.

Po chwili i ja usłyszałam cichutki warkot motoru. I zobaczyliśmy zaraz przejeżdżający motocykl z przyczepą niemieckiego patrolu Grenzschutzu.

Po chwili, gdy motocykl znikł i była idealna cisza przebiegliśmy przez drogę.

Wszystko poszło szczęśliwie. Około 3 rano 15 czerwca znaleźliśmy się w Szlachtowej, w domu znajomego naszych przewodników Łemka. Po posiłku zasnęliśmy bardzo utrudzeni i szczęśliwi, lecz świadomi czyhających na nas Niemców i wielkich niebezpieczeństw z ich strony. Przed nami droga do Nowego Sącza i trzeba dostać się do Warszawy.

Jak zwykle pójdzie nam wszystko dobrze pomyślała Wisia. I zaczęła myśleć o swoim mężu Zenku. Gdzie on też może być w tej niewoli niemieckiej! I usnęła zmęczona trudami i niebezpieczeństwami swej kolejnej wyprawy kurierskiej.

17 czerwca 1943 roku była już w Warszawie i kontynuowała wykonywanie swoich zadań kurierskich zgodnie ze złożoną przysięgą.

 

Wykop Skomentuj16
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura