22 luty 1939 Paryż, gabinet premiera Francji godzina 10:30.
Przez otwarte okno w gabinecie Eduarda Dalariera dochodziły przytłumione odgłosy ulicy. Na jego wiśniowym biurku, srebrna popielniczka nosiła w sobie splendor i godność minionych lat, zupełnie jak sam premier, który odpalając kolejnego gauloisa patrzył spod przymrużonych oczu na Bonneta, ministra spraw zagranicznych.
- Więc powiada Pan, że nasi angielscy sojusznicy są zaniepokojeni rozwojem sytuacji w Niemczech?
- Tak istotnie – odparł nieco usztywniony minister.
- I mają rację! - rzekł dobitnie Daladier.
Ten wściekły niemiecki pies, który sam odczuł na sobie piętno pierwszej wojny światowej, nie daruje nam Wersalu i upokorzenia, którym doświadczyliśmy Niemcy – myśl ta pojawiła się w głowie Daladiera jak oczywistość matematyczna. Połączona z tą oczywistością obawa sprawiała mu nieprzyjemny dyskomfort, tym bardziej dokuczliwy, że byli dziś zaproszeni z małżonką na interesujące przyjęcie wydawane przez markiza De Lauvois.
- Czy nasi angielscy przyjaciele (tfu przyjaciele – pomyślał o anglikach z niesmakiem) mają dla nas jakieś sugestie? Utkwił wzrok w Bonnecie, niemal pewien, że w przypadku agresji Niemiec Francja będzie się musiała bronić sama a wiarołomni Anglicy schowają się za swoim kanałem.
- Premier Chamberlain - zapadła chwila ciszy – zapytał czy w naszej obecnej sytuacji, nie można by wykorzystać Polski.
- Polski? Zmarszczył brwi Daladier. Polska miała z Niemcami pakt o nieagresji i Niemcy zgodnie z danymi wywiadu nie miały planów ataku na Polskę – analizował, ale...
- Dziękuję Bonnet, proszę trzymać rękę na pulsie.
Premier wstał i czując się nieco zmęczony odprowadził ministra do mahoniowych drzwi. Polska... - no tak.
3 marca 1939 Paryż ministerstwo spraw zagranicznych Francji, godzina 14:30
- I cóż drogi Bonnet zrobimy z tym niemieckim Buldogiem - zagaił Halifax z nienagannym akcentem smakując w ustach podaną chłodną przekąskę. Jak ci Francuzi mogą to jeść – właściwie nie pomyślał tylko odczuł, ale czegóż nie robi się dla dyplomacji - skonstatował w myślach gorzko.
- A cóż my możemy zrobić po Monachium - odparł Bonnet czekając na bardziej bezpośrednie propozycje, o których był przekonany, że tak czy inaczej muszą paść.
Halifax wpatrywał się w wiszący u sufitu kryształowy abażur, rozważając jak ma załatwić problem, z którym go wysłała jego ojczyzna do Bonneta. Wielka Brytania zawsze dbała o swoje interesy na kontynencie i dzisiaj ich zagrożeniem był ten niemiecki parweniusz. Gdyby udało mu się zdobyć dominację w Europie, podporządkować sobie jej większość to stałby się nieuchronnym zagrożeniem dla Wielkiej Brytanii, a do tego przecież nie można było dopuścić i dlatego on został tu wysłany, jako najlepszy człowiek od brudnej dyplomatycznej roboty.
- A co drogi Bonnet myślisz o Polsce – zapuścił przynętę.
- No cóż – Bonnet w istocie czekał na tę kwestię - Polacy niedawno odzyskali swoje Państwo. To była akurat oczywistość. - Myślę, że są bardzo honorowi i … - zawiesił głos – chętni do walki.
- Otóż to – z zadowoleniem podkreślił Halifax. Nie chcielibyśmy przecież aby ten wściekły niemiecki pies skierował swój wzrok na zachód. Halifax dobrze wiedział, że nie wypowiedział słowa "Francję" i równie dobrze wiedział, że Bonnet jest świadomy, iż o to właśnie mu chodzi.
- Nie chcielibyśmy – potwierdził Bonnet odczuwając pragnienie wyjścia z denerwującej atmosfery niedomówień i przejścia do rzeczy, co do której przecież obaj byli przekonani, że jest niezbędna.
Do gabinetu weszła sekretarka. Jej nienaganna fryzura i perfekcyjnie ciche ruchy były świadectwem profesjonalizmu francuskich służb państwowych. Bonnet dał znak ręką, że niczego nie potrzebują i żeby im nie przeszkadzać.
- Przejdźmy do rzeczy - powiedział. Musimy skierować tego buldoga na wschód. Musimy go skierować na Polskę.
- Mhmmm – zgodził się Halifax, i postawimy go wtedy oko w oko z drugim bandytą.
Bonnet mimo woli uśmiechnął się. Ci Anglicy zawsze myśleli wiele kroków naprzód. Najpierw wojna niemiecko polska, która porani niemieckiego psa a potem postawi go wobec tego ruskiego niedźwiedzia. Odechce mu się rewanżu za Wersal.
- No dobrze, ale jak to zrobić – zapytał Anglika chociaż wiedział niemal dokładnie jak doprowadzić do realizacji zapadających niczym ciemna kurtyna ustaleń.
- To proste – rozluźnił się Halifax. Polska musi się stać groźbą dla Hitlera. Musi być realnym dla niego zagrożeniem. Tylko Polacy jak sądzę, mogliby faktycznie wbić Hitlerowi nóż w plecy gdyby im stworzyć odpowiednie warunki. Sam pamiętasz sześć lat temu proponowali wam wojnę prewencyjną przeciwko Niemcom.
- No tak, ale wtedy tej propozycji nie przyjęliśmy także za waszą radą – odparł Bonnet, odczuwając dyskomfort z przyznania się do popełnionego błędu i nieokreślone przeczucie bycia wyprowadzonym w pole przez przebiegłych Anglików.
- Ach... teraz możemy to nadrobić. Halifax założył nogę na nogę, śmiejąc się w duchu z Francuzów. Gdyby w 33 Anglia pozwoliła na wojnę prewencyjną przeciwko Niemcom, to spowodowałoby z kolei zupełnie niepotrzebny wzrost potęgi Francji. A więc – postanowił przejść do rzeczy. - Zawrzecie z Polską porozumienie, dacie jej gwarancje, dacie jej bez żadnych wątpliwości do zrozumienia że łączy was militarne braterstwo.
- I …? - pozwolił mu kontynuować Bonnet.
- I Hitler znajdzie się w okrążeniu. Z jednej strony wy z drugiej Polska. W takiej sytuacji z pewnością skieruje się przeciwko Polsce. Gdyby uderzył najpierw na was armia polska z radością weszła by do Rzeszy.
- A jeśli... nasza oferta dla Polski będzie niewystarczająca – rzucił pytanie Bonnet szukając rozłożenia piętna zdrady, która przecież i tak była chlebem powszednim dyplomacji.
- Ależ drogi Bonnet – Halifax uśmiechnął się szeroko – pośpieszymy wam z pomocą.
Obaj roześmiali się, na poły nerwowo, na poły uwalniając napięcie towarzyszące tej rozmowie, która jak wiele wcześniej innych kształtowała przyszłość ich kontynentu. Bonnet wcisnął przycisk na lśniącym biurku. Po chwili sekretarka wniosła szampana. Cudowny rocznik, pełen słońca i pokoju. Musimy dbać o tak cenne wartości – pomyślał Bonnet i wzniósł toast.
11 kwietnia 1939, Berlin, Reichstag godzina 8 rano.
- Co!? Zawarli przymierze? Hitler wibrował, emanował gniewem i wściekłością. Jego duma, jego plan, jego zamiary wielkiego rewanżu za Wersal, za upokorzenie Niemiec więzły niczym w grzęzawisku w matactwach Francji i Anglii. Ci głupi Polacy – pomyślał z jadem, to naprawdę podludzie. Gdy się odsłonimy gotowi nam tu wejść ze swoimi słowiańskimi butami. A ci Francuzi...
Hitler przemierzał nerwowo gabinet. Ribentrop i Goering stali wyprostowani i milczący. Echa kroków Furera wystarczały za całą przemowę. Nagle, jak to bywało u Furera, jedno zdanie przecięło wątpliwości i czekanie. Okazywało się jedynym wyjściem z sytuacji. Najlepszym wyjściem...
- Opracować plan inwazji na Polskę! Fall Wais, Francja i Anglia będzie musiała zaczekać. Ty Ribentrop, zajmiesz się tym wschodnim niedźwiedziem – powiedział Furer przeczuwając niejasno, że nie tak miało być. Że przez tę awanturę z Polską, zgnili zachodni dekadenci pakują go w objęcia lodowej syberyjskiej śmierci. Miało być inaczej. Miał stworzyć z bękartów traktatu wersalskiego pomocną mu bazę. Dodatkowy pas ochronny. Wykorzystać ich do ostatecznego zdławienia komunistów, zaś na zachodzie zaprowadzić porządki aż do Hiszpanii. A tak w miejsce jasnej wizji tysiącletniej Rzeszy nowego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego jednoczącego całą Europę pod niemieckim przywództwem – zaczynała się zgotowana przez Anglików i Francuzów ryzykowna gra.
5 mają 1939 Warszawa, Sejm godzina 12:00.
Pełna sala obrad plenarnych, pełne loże prasowe obecny korpus dyplomatyczny. Duszna atmosfera. Minister spraw zagranicznych Polski Józef Beck:
- My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę. Jest jedna tylko rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenna. Tą rzeczą jest honor!
Podniesiony i emfatyczny głos Becka wywołuje uniesienie na sali. Brawa, oklaski, wrzawa poparcia. Wielka chwila Becka. Teraz dzięki poparciu Francji i Anglii On postawił Polskę naprawdę wysoko. Niejasny cień obawy i niepewności zagłusza ostatecznie owacja w Sejmie....



Komentarze
Pokaż komentarze (2)