1 obserwujący
11 notek
2161 odsłon
96 odsłon

Trylogia o wirusie cz.2 - Nagi urzędnik

wirus działający, Zbyszko Boruc
wirus działający, Zbyszko Boruc
Wykop Skomentuj

5 maja 2020

Wirus działa. Głównie na nasze mózgi, bo dane o „potwornych” jego skutkach raczej nie sprawiają wrażenia, by działał naprawdę spektakularnie w inny sposób. Rozglądam się wokół i postrzegam to jako zjawisko niezwykle interesujące. Zauważam je też w sobie, choć moje procesy myślowe są natury wtórnej, bo od jakiegoś czasu emocjonuję się już nie tyle samym królewskim wirusem, ile właśnie tym czego dokonał w naszych głowach. Znajomi dalsi i bliżsi, znajomi znajomych, ludzie na ulicy czy w sklepie, w lesie lub w samochodach wywołują moje emocje o zadziwiająco szerokim zakresie. Niektórzy mnie irytują, inni wzbudzają współczucie, jeszcze inni politowanie albo, przeciwnie, rodzaj furii. Nie są to chyba zdrowe symptomy i gotów byłbym się zastanawiać, czy to czasem nie wirus pustoszy mi mózgownicę, ale szczęśliwie eksperci nie wspominają o takich jego oddziaływaniach.
Drobne przykłady. Pora zakupów dla seniorów, więc widać ich zwiększoną, jeśli tak można powiedzieć, aktywność. Dwoje staruszków na ulicy. Ona pomalutku, ale konsekwentnie drepcze przodem, on w dużo gorszej formie (jak to często bywa)  kuśtyka o lasce. Oboje oczywiście w maseczkach zakrywających szczelnie większość twarzy. Pierwsza myśl - współczucie. Ale tuż za nim cichutko bulgocząca pasja skierowana ku tym, którzy tych starych ludzi potraktowali tym sposobem. Przecież właśnie takie osoby są pierwszym obiektem naszej troski, to im trzeba pomóc, ułatwić – co ma z tym wspólnego maska, w której ledwo dyszą i gotowi są ducha wyzionąć w naiwnej i spowodowanej telewizyjną histerią próbie chronienia się? Toż nawet telewizyjni „eksperci” tłumaczyli, że maski powinni ew. zakładać potencjalni nosiciele „zarazy”, że jako ochrona pasywna są wręcz niebezpieczne. Seniorzy nie są zagrożeniem, nie musimy strzec się przed nimi, więc maski są dla nich tylko widocznym utrapieniem nic w zamian nie dając. Dlaczego więc geniusze zdrowia narodowego nie nagłośnili, by starsi nie przejmowali się tymi cholernymi maskami?
Las. Mimo zakazu chroniącego mnie przed gromadzeniem się w leśnych ostępach maszeruję sobie raźno z żoną, bezmaseczkowo rzecz jasna, chłonę pełną piersią tlen i resztę składowych powietrza. Zażywamy ruchu i słońca, wzmacniamy nasze podstarzałe organizmy i ich odporność. W zasięgu wzroku żywej duszy. Do czasu. Młoda kobieta z wózkiem idzie drogą na skraju lasu, kilkanaście metrów od nas. Najwyraźniej chce swemu dziecku i sobie dać porcję zdrowia. Tyle że „podniosła” sobie poziom bezpieczeństwa i w tych pięknych okolicznościach przyrody zasłoniła się maską. Nie dowierzając oczom zatrzymałem się. Nie wytrzymując emocjonalnie (wirus działa) zagadnąłem, naprawdę spokojnie i łagodnie: proszę pani, niech pani może zdejmie tę szmatkę, przecież las, świeże powietrze, trzeba to wdychać, po co dusić się, odbierać sobie tę przyjemność. Zatrzymała się, popatrzyła na mnie bez słowa. Schyliła głowę. Mówiłem coś jeszcze ale cofnęła się, odwróciła i… uciekła. Oddaliła spiesznie na ile pozwalał wózek.
Nie wiem, czy bardzo się mnie bała jako nosiciela śmiercionośnego wirusa, czy podejrzewała może że jestem prowokatorem i wlepię jej mandat za nielegalne zdjęcie maski czy przebywanie w lesie, faktem pozostaje jej postawa, jej „zdyscyplinowanie” społeczne i ewidentny strach. Moje odczucia? Żal zmieszany z poczuciem obcowania z, przykro powiedzieć, głupotą. I bezradność.
Dzień w dzień dopadają mnie takie spostrzeżenia. Popadając w coś na kształt obsesji obserwuję ludzi i z dziwną ulgą odnotowuję tych bez maseczki. Z kolei widząc rowerzystów, rodziny, samotnych spacerowiczów na pustej ulicy z zamaskowanymi twarzami, czuję się przygnębiony. Głównie intryguje mnie pytanie, czy robią to ze strachu przed wirusem, czy po prostu dlatego, że taki jest nakaz władz i trzeba go respektować – już to z poczucia obowiązku, już to z obawy przed „służbami”. Generalnie jednak dominuje we mnie poczucie uczestniczenia w spektaklu groteski odgrywanym na wolnym powietrzu jak jakiś idiotyczny happening. Żal mi tych ludzi paradujących z zakrytymi twarzami po zasadniczo pustych przestrzeniach, śmieszą mnie zarazem i trochę mi za nich wstyd, że wystawiają się na pośmiewisko. Dali się pozbawić twarzy, jakoś upodlić.
Wiem, że to subiektywne odczucia i możliwe, że jestem w nich odosobniony. Możliwe, że u innych dominuje poczucie prawdziwego zagrożenia i, być może, swego rodzaju solidarności z innymi znoszącymi pokornie niedogodności w obliczu dramatycznej sytuacji, tak jak np. w czasie wojny gdy przemykano chyłkiem przed potencjalnym ostrzałem, noszono hełmy, trzymano się blisko murów. Ja po prostu opisuję stan mego ducha jakim jest. A jest taki bo totalnie nie podzielam obaw i kipi we mnie coś na kształt buntu przeciw zmuszaniu mnie do postawy, w mym przeświadczeniu, żałosnej.
Myślę sobie tak: są coraz silniejsze dane, statystyki, opinie mówiące o tym, że przesławna pandemia nie zagraża społeczeństwu bardziej niż grypa. Ba, zagraża mniej, bo znakomita część populacji jest zagrożona minimalnie. Grypa dopada wszystkich bez względu na wiek, koronawirus poniżej 70-80 lat jest od niej nie tylko mniej śmiertelny ale, dla młodszej części populacji wręcz bezobjawowy, czyli z jego powodu się po prostu nie choruje. To kolejna z długiej listy chorób które nas nękają i kolejna, która w pewnej liczbie przypadków może prowadzić do śmiertelnych powikłań. Akurat tu zagrożeni są głównie starsi. To tyle. Przykład Szwecji czy Korei pokazuje, że bez dewastacji życia społeczno-ekonomicznego można funkcjonować i żadna „pandemia” nie dziesiątkuje ludności. Nawet przesławna WHO zaczęła rekomendować takie podejście do sprawy.
Z całą pewnością można powiedzieć, że przeciętny człowiek praktycznie nie jest w ogóle zagrożony niczym poważnym. Jeśli już to po prostu zarażeniem łagodną grypą. Możliwe zresztą, że wielu z nas już dawno „strasznego” wirusa w sobie ma tylko nijak to się nie objawiło. Obawy mogą żywić starsi a i to przecież nie zaraz przed niechybną śmiercią.  Społeczne zachowania i profilaktyka powinny na nich być nakierowane. Używanie zaś określenia „śmiertelne zagrożenie” wobec stanu, który faktycznie ma miejsce, wydaje się kpiną w żywe oczy. Młodzi czy w sile wieku ludzie powinni się pilnie rozglądać na ulicach, by ustrzec się samochodu, dziury w chodniku czy szerszenia, a nie zastanawiać się, czy zarażą się wirusem.
Dlatego jestem odważny i się nie boję. Dlatego zmuszanie mnie do paradowania w masce odbieram jako śmieszność, upokorzenie i z politowaniem patrzę na przestraszonych i wierzących, że nosząc groteskowe osłony chronią swe życie.
Skoro do tej pory nikomu nie przychodziło do głowy, by w okresach zwiększonej aktywności grypy sięgać po tak monstrualne środki, to i teraz nie możemy tego robić. Jeśli aktualna metoda jest OK, to dziwi, że nie wpadano w histerię dotychczas, gdy nadchodziły kolejne fale grypowego zagrożenia – ale i wniosek nasuwa się taki, że z powodu razem wziętych korona wirusa i grypy i jakich tam jeszcze wirusów już zawsze musimy wszyscy trzymać się od siebie na dwa metry, wyburzyć stadiony, teatry czy kina. I chyba zamknąć większość sklepów, fabryk, lotnisk, muzeów, plaż, bazarów, restauracji. I nie podróżować. A, i nie chodzić do dentysty. I, najwyraźniej, do lekarza. Najlepiej powinniśmy przestać żyć. Nieżywi będziemy najbezpieczniejsi, to pewne.
Jesteśmy tchórzami. Za bezpieczeństwo oddamy życie – to swoisty paradoks. Dziś też tak się stało. Rodzina w lesie w piękny majowy dzień – w maskach. To ma być życie? Czego się boją? Siebie nawzajem? Powietrza w lesie? Ludzie, czyście powariowali? Co pokazujecie swoim dzieciom? Gdzie polska odwaga, zdrowy rozsądek i dystans do władzy? Mało mieliśmy historycznie przykładów władzuchny której zarządzenia wstyd było respektować?
Nie bójmy się żyć. Popatrzmy kto nam serwuje „ratunek”. Wiem, że to może nudne, ale muszę przywołać jeszcze jeden przykład, pozornie odległy. Załatwiam z żoną pewne urzędowe sprawy. Potrzebujemy STRASZNIE WAŻNEGO ZAŚWIADCZENIA o tym, że nasza działka nie jest lasem. W Polsce w roku 2020-tym, by to załatwić, nie wystarczy kliknąć na właściwy odnośnik w sieciowej bazie danych. Nie wystarczy też wysłać maila z zapytaniem. Trzeba złożyć WNIOSEK. Można to zrobić na platformie ePUAP albo też „materialnie”, składając odpowiednie pismo. No tak, ale dziś? W czasie „straszliwej pandemii”? W czasie straszliwej pandemii urzędy zamknęły się na cztery spusty, są zamknięte bardziej niż sklepy czy inne firmy, nikt nie może do nich wejść. Wiadomo, chronią oczywiście nas, podda.., tzn. peten…, tzn. szanownych klientów. Ale też najcenniejszy klejnot Ojczyzny: urzędników. Są więc zamknięte - ale i otwarte zarazem. Potrafią nawet - cóż za kunszt! – przyjmować Wnioski. Te fizyczne, papierowe. Doprawdy niepojęte, ale dla administracji państwowej, jak widać, nie ma rzeczy niemożliwej. Jak to robią? Można otóż umówić się z kilkudniowym wyprzedzeniem i spotkać z panią z urzędu w specjalnej budce usytuowanej przed budynkiem urzędu (aż się boję pomyśleć jak ta budka wygląda i jaki kombinezon odziewa pani z urzędu udając się do tej spec-budki). Chcieliśmy skorzystać z tej opcji by przyspieszyć bieg sprawy ale okazało się, że złudne są nasze kalkulacje. Wniosek nasz trafi bowiem na dwa dni do… kwarantanny. Będzie gdzieś leżał i tracił swoją śmiercionośną moc (aż się boję pomyśleć jak wygląda pomieszczenie gdzie się ten proces odbywa, jakie ma zabezpieczenia, rygle, atesty…). Urząd w Mińsku Mazowieckim (bo o nim mówię) trafiające doń pisma (te z poczty też) poddaje kwarantannie! Ponieważ jestem trwale nieprzystosowany do realiów Państwa Urzędów i Przepisów (w skrócie PUP) postanowiłem zbadać jaki geniusz zarządził te „środki bezpieczeństwa”. Zadzwoniłem do urzędu nadrzędnego czyli do starostwa. Porozmawiałem z panią z sekretariatu. Nie, nie widzi nic złego w pomyśle na kwarantannę papierów. Cierpliwie wyjaśniła mi, że tak, pan starosta wprowadził ten proceder dla naszego, petentów, dobra. Ba, jest mu wdzięczna, bo ratuje tym zdrowie i życie urzędników (najcenniejszego skarbu…). Dzięki temu, mimo silnego - bez oglądania się na potworne ryzyko - parcia urzędników do uchylenia nam nieba mają oni i ich rodziny szanse na przeżycie. 
Dowiedziałem się też, że ubrania urzędników są poddawane w urzędzie opryskowi dezynfekującemu, przy okazji zaś pani sekretarka wyjawiła, że swoje codzienne zakupy również poddaje dwudniowej kwarantannie. Takiego ma Mińsk Mazowiecki starostę, takich urzędników, tak działających: bezpiecznie i bezkompromisowo. Zamknięci, otoczeni kordonem sanitarnym, ale pracują dla nas.
Rozłączyłem się po dziesięciu minutach tej rozmowy. Oniemiały i bezradny wobec tego zjawiska, którego nie umiem nazwać. Czy to możliwe że miałem do czynienia z przedstawicielami aparatu państwa? Tego państwa które wprowadza kolejne zarządzenia w dbałości o nas? Czy to możliwe, że w szeregach tych rzekomo odpowiedzialnych ludzi decydujących o losie milionów Polaków znajdują się idioci takiego pokroju jak „walczący o swe przeżycie” biurokraci z Mińska?
Obawiam się, że znam odpowiedź na to pytanie. Brzmi ona: tak. To możliwe, a nawet pewne. Alternatywną odpowiedzią jest: nie to nie idioci, to sukinsyny. Ja na użytek tego tekstu wybieram wersję drugą, chyba emocjonalnie mniej się jej boję. Uważam bowiem, że z cynizmem czy wyrachowanym złem można walczyć skutecznie. Z głupotą się nie da, jest za duża, podobno tylko kosmos jest większy (choć astrofizycy mają podzielone opinie).
Pozwolę sobie na zacytowanie ministra S: musimy się przygotować, że przez rok, półtora czy dwa będziemy funkcjonować w czasach epidemii. Dopóki nie będzie szczepionki, dopóki nie wyszczepimy wszystkich Polaków. Oto dowód, że wybrałem właściwą opcję odpowiedzi. Ten facet z profesorskim tytułem straszy nas, że tresura w zakładaniu „namordników” będzie trwała rok albo dwa i że grozi nam przymus szczepień. Nawet ja, totalny laik wiem jak trudnym problemem są szczepienia, ile w tym kryje się zagrożeń, potencjalnych skutków ubocznych itd. – a prof. S grozi mi, że niebawem zostanę przymusowo „wyszczepiony” czymś czego jeszcze nie ma i nie wiadomo czy i jakiej jakości będzie?
Groza mnie ogarnia. Z trudem walczę z falą wściekłości i nienawiści, której nie chcę się poddać. Pocieszam się, że nienawidzę może nie człowieka personalnie (nim tylko pogardzam) ale zjawiska, którego jest, nazwijmy to tak, personifikacją. Nienawidzę buty rządzących stawiających się w roli Pana Boga, decydujących o losie milionów ludzi. Mogą na nich eksperymentować, zakładać im, dosłownie, kagańce, a my, Polacy, tak dumni ze swych heroicznych czynów przeszłych, daliśmy się zastraszyć Wielkiej Mistyfikacji. To nie tylko kwestia aktualnych spraw około wirusowych, a rzecz o wiele szersza, związana z istotą całego rozdętego, biurokratycznego molocha pożerającego nasze życia. Koronawirus i działania Szumowskich to jedynie spektakularny przykład jak los całych społeczeństw zależy od głupoty, błędów lub złej woli garstki rządzących. Za dużo im oddaliśmy władzy, bo zbyt staliśmy się wygodniccy, tchórzliwi i roszczeniowi. Teraz widzimy jak łatwo może nam serwować dowolne absurdy biurokrata rozbierający się do naga by zdezynfekować swe bezcenne ciało przed przystąpieniem do działań urzędowych. Groteskowy tchórz mający się za ofiarnego obrońcę wspólnoty ale nie bojący się gigantycznej złożoności konsekwencji swych działań, nie wysilający wyobraźni by zauważyć nieszczęście i zło które tak łatwo rozpętał.
Boję się. Nagich urzędników bardziej niż uzbrojonych – nie mam pomysłu na sposób walki z takimi, zwłaszcza gdy widzę przestraszone oczy zamaskowanych rodaków nie rozumiejących kto im przewodzi.

Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Rozmaitości