Tylko wolność jest ciekawa
No, może nie tylko wolność. Świat wokół też jest niczego sobie. Jak go jednak poznawać, gdy wolności zabraknie...
23 obserwujących
60 notek
32k odsłony
  322   2

Bach i Bóg - Strumień z Nieba

Tak, Bach to kanon, poziom odniesienia i zarazem wyznacznik górnego pułapu. Jego dzieło jest ogromne zarówno skalą geniuszu jak i wymiarem ilościowym. Trudno pojąć takie dokonanie, uwierzyć, że to dorobek jednego życia, a to zdumienie musi wzrosnąć, gdy wysiłkiem wyobraźni spróbujemy porównać je z naszym własnym życiem i dorobkiem.

O życiu Jana Sebastiana wiemy niewiele, strzępy to raczej i nieliczne relacje, dokumenty zachowane z jego czasu musimy silnie uzupełniać wyobraźnią. Zwłaszcza dzieciństwo i młodość to okres zakryty i Bach jako tako opisany, „historyczny” pojawia się jako młody, acz dorosły już muzyk i to absolutnie ponadprzeciętny; klawesynista, organista i skrzypek wirtuozowskich umiejętności. Oznacza to, że musiał być dzieckiem z gatunku cudownych, ale nikt tego nie opisał, byśmy mogli dziś zachwycać się jego talentem i wrażeniem jakie wywoływał, jak to było w przypadku np. Mozarta, czy Chopina. Tak też działo się przez całe jego życie: brak w nim spektakularnych sukcesów, kreacji zachwycających publikę, poklasku, sławy. Owszem, był znany jako niedościgły wirtuoz klawiatury, ceniło go wielu i szanowało, w tym książęta i sam król, ale nijak nie da się jego pozycji porównać z takimi kolegami po fachu jak choćby rówieśnik Handel zażywający sławy w Londynie, albo nawet Jana Sebastiana synowie, z których kilku uznaniem i pozycją za życia prześcignęli znacznie swego ojca.

Bach był człowiekiem zapracowanym. Pracował od świtu do nocy, dzień w dzień, proza życia nie zawierała w rozkładzie dnia takich elementów jak zachwyty krytyki i ekstaza wielbicieli. Nie miał czasu na porywy ducha i natchnioną egzaltację, bo utrzymać musiał wielką rodzinę (dwie żony urodziły mu 20 dzieci!). Ta wypełniona codziennym kieratem droga to coś co ujmuje mnie w postaci Bacha nie mniej może niż wspaniałość jego dzieła. Tworzył je, wykonując pracę zarobkową, codziennie, a wielka rodzina dla której chce się być dobrym ojcem i mężem – jakim był - nie ułatwiała raczej zadania. Jego dni wypełnione były szarym znojem i on wytrwale ten trud znosił, choć zdecydowanie nie brakło mu poczucia własnej wartości a i charakter miał wcale porywczy. Oddany rodzinie i swej sztuce, człowiek wielkiej wiary, tworzący na chwałę Boga, pokornie idący swą drogą rzemieślnika wykonującego dzień w dzień normę… geniuszu. Ot, tak jak my chodzimy do swych codziennych zajęć, on co tydzień, niekiedy codziennie, często przy świecy, późną nocą notował, a żona potem przepisywała kolejne arcydzieło, które na niedzielnej mszy, po kilku dniach przygotowań z chórem i muzykami, mogli usłyszeć wierni w Lipsku.

Wspominałem: J.S. Bach ma dla mnie szczególne znaczenie. Człowiek jak my, zwykły, tyle, że bardziej pracowity, bardziej bezkompromisowy, konsekwentny. Skromny, choć z pewnością pewny wartości swej pracy. Silny, by nie rzec „twardy”. I bardziej utalentowany - tak się składa, że ten „talent” był być może największy w historii muzyki, albo i sztuki całej, choć to już jest poza skalą porównawczą. Ten właśnie „pakiet” cech jest dla mnie przyczyną, by właśnie jego imię wymienić jako dowód boskości świata. Każde stworzenie żywe jest dla mnie takim dowodem, każdy człowiek po tysiąckroć, więc Bach-człowiek i Bach-geniusz, „prosty rzemieślnik” i największy Muzyk to onieśmielający mnie symbol Geniuszu stworzenia obnażający miałkość karkołomnych konstruktów myślowych artykułowanych przez zapieczonych ateistów.

Nadmiarowość ludzkiego rozumu zdolnego do tworzenia bytu niematerialnego zwanego sztuką jest zaprzeczeniem logiki ewolucyjnego dostosowania w ramach wygrywania wyścigu o „przekazanie genu”. Nasza potrzeba szukania gdzieś poza zmysłowym jest absolutnie niewytłumaczalna z punktu widzenia materializmu, ewolucjonizmu, czy czego tam negującego Byt ponad nami. Dla próby pojęcia fenomenu muzyki (i szerzej, sztuki) tylko świadomy Budowniczy obdarzający człowieka częścią swego ducha jest jakimkolwiek punktem zaczepienia; nie mamy żadnego innego pomysłu - jeśli go odrzucimy pozostajemy z niczym. Zadziwiająca właściwość umysłu ludzkiego zdolnego do poruszenia muzyką wzmacnia to przekonanie, stawia przypadkowość samostworzenia w kategorii absurdu. Kumulacja niemierzalnych wartości uosobiona w postaci największego z Bachów jest tego jaskrawym zobrazowaniem.

Jest jasne, że Morze Bachowskie („morzem powinien się zwać, nie strumieniem” jak zauważył Beethoven), a raczej Ocean tej twórczości musiałby być opisywany, nawet pobieżnie, dużo dłużej. Myślę, że i tak przeciągnąłem strunę (nomen omen). Mogę tylko zakończyć nieśmiałą – ależ nie, raczej bardzo śmiałą - zachętą: słuchajcie Bacha. Jest tak wiele miejsc, w których można do tego oceanu wejść, że, jak myślę, każdy znajdzie łagodną plażę do tego najsposobniejszą. Na każdym etapie kontaktu z muzyką warto spróbować. Zwracam się oczywiście do tych, którzy jeszcze tego nie zrobili. Tych, którzy Wielkiego Kantora znają proszę o wyrozumiałość za tę, cokolwiek ponad moje siły, próbę przedstawienia Geniusza. Człowieka, którego Bóg nam dał byśmy nie wygłupiali się ze swoją arogancką niewiarą w Jego sprawczość i łaskawość.

Lubię to! Skomentuj15 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale