Tylko wolność jest ciekawa
No, może nie tylko wolność. Świat wokół też jest niczego sobie. Jak go jednak poznawać, gdy wolności zabraknie...
22 obserwujących
53 notki
29k odsłon
  1030   1

E do i pi plus jeden, czyli dowody na istnienie Boga

Poważyłem się niedawno na poruszenie problemu mądrości i głupoty (tu). To swego rodzaju bezczelność biorąc pod uwagę filozoficzny kaliber tematu i, stojące doń w opozycji, moje kwalifikacje, niemniej rozochociłem się i uznałem, że pójdę na całość i podam garść dowodów na… istnienie Boga. Wprawdzie  Salon to może nie najlepsza platforma dla podjęcia takiego zadania, ale co mi tam. Póki Watykan nie zbada mego wiekopomnego tekstu i nie zdecyduje o wydaniu go w skórzanej oprawie z tłoczonymi napisami, niech będzie i tak...

Do swych wniosków dochodziłem całe życie. Nie musi to dziwić zważywszy na  wagę problemu przekraczającą być może wszystkie inne. Zaczęło się od tego, że kiedyś tam przestałem być …, no właśnie: wątpiącym, agnostykiem, wykształciuchem z bardzo mądrymi poglądami na wszystko? -  kimś takim. Inaczej mówiąc doszedłem do Wiary; stopniowo i w głównej mierze przez tzw. rozum. Czytałem to i owo, oglądałem świat, z upływem lat odrobinę pogłębiałem utarte przekonania i weryfikowałem „wiedzę oczywistą” sączącą się zewsząd wokół. Zawsze interesowały mnie wątki z obszaru fizyki (kosmologii) i matematyki, dziedzin jednoznacznych i solidnych, ale sięgałem też trochę do historii, dziejów Kościoła i teologii - takie tam popularne oglądactwo na różnych obszarach.

Bez wnikania w szczegóły: im dłużej zasięgałem wiedzy tym bardziej dochodziłem do przekonania, że kolejne stulecia rozwoju nauk prowadzą do dokładnie odwrotnych wniosków, niż wydawałoby się, że prowadzą. Owszem, wymazują z obszaru poznania ciemne plamy, ale zarazem generują pozorny paradoks: horyzont poznania oddala się w miarę zmierzania w jego stronę. Poszerzanie wiedzy wcale nie zmniejsza niewiedzy; obie rosną i wygląda na to, że ta druga nawet szybciej. Im lepiej poznajemy mechanizmy przyrody tym bardziej pozwalają nam one wejrzeć w bezdenną czeluść naszej ignorancji. Zaczynamy orientować się, że nie ma końca poznania i po prostu w którymś momencie stracimy możliwość wnikania głębiej zarówno w skali infinitezymalnej jak i kosmicznej, że istota mechanizmu świata pozostanie dla nas niedostępna. Zwłaszcza, że w tych poszukiwaniach do dyspozycji mamy zasadniczo  jedynie narzędzie „wirtualne”, czyli matematykę, a założenie, że abstrakcyjna i „niematerialna” matematyka musi opisywać każdy aspekt bytu  bynajmniej nie jest pewnikiem.

Jest to kolosalnej wagi wniosek totalnie sprzeczny z pozytywizmem poznawczym ostatnich wieków, gdy co i raz wieszczono rychłe nadejście dnia, w którym wszystko będzie już wyjaśnione i pozostanie nam tylko konstruować coraz doskonalsze maszyny na bazie wiedzy kompletnej. Wiemy, że nic nie wiemy – jakżesz to dziś okazuje się trafne ujęcie z perspektywy potężnych nauk, które miały skutecznie obalić średniowieczne wyobrażenia ciemnego ludu kultywującego przestarzałą wiarę w jakiegoś tam stwórcę.
Jest gorzej: objaśnienia świata brane z nauki, jeśli spojrzeć na to bez uprzedzeń, wcale nie są sprzeczne z koncepcją stwórczą, zwłaszcza chrześcijańską. Wcale. Ba – i to jest moja konkluzja naczelna – taka koncepcja jest jedyną racjonalną i logiczną. Innej najzwyczajniej nie mamy. Wydawało się, że mamy, albo już zaraz, za chwilę mieć będziemy - ale nie, uciekła i oddala się. Błądzimy w odmętach hipotez, matematycznych i wysoce abstrakcyjnych modeli kosmologicznych i subatomowych, ale to bajki słabo weryfikowalne i co i raz pojawiają się nowe, a stare umierają. To swego rodzaju „ciemnogród” wysublimowanej nauki bezradnej wobec zagadki bytu.

Weźmy „prostą” wersję powstania wszechświata. Naukową. Niektórzy fizycy uznali, że z drobnym problemem POCZĄTKU wszystkiego skutecznie rozprawili się wykoncypowanym przez siebie modelem matematycznym (np. Howking i Hartle). Taką samą moc przypisywał sławny Hawking swojej M-teorii. Pokrótce podsumować te pomysły można tak: najpierw było NIC. Potem, ot tak, pojawił się PUNKT. Zawierał w sobie WSZYSTKO to, co potem stało się kosmosem. Punkt wziął i wybuchł . Nie było jeszcze praw fizyki (a nawet czasu), one dopiero zaczęły się samostwarzać, kształtowały się i stabilizowały, a wybuch się rozszerzał. W nanosekundach po wielkim bum fizyka działała już jako tako, z grubsza podobnie do tego, co o niej wiemy teraz, a kosmos od tego czasu rozprzestrzenia się całkiem ”normalnie” i tak ma aż do dzisiaj. Proste?

Poza wspomnianą nieoczywistością matematyki jako reguły odpowiedzialnej za budowę wszechświata, jest przy tych „objaśnieniach” wątpliwości dużo więcej i nie ośmielę się ich analizować, choć już samo to, że koncepcji jest kilka, każe wątpić w ich sens. Generalnie rodzi mi się wszak jedno, proste pytanie: naprawdę „naukowe” wyjaśnienie świata o pojawiającym się punkcie zawierającym w sobie kosmos jest takie racjonalne i akceptowalne w porównaniu z „przestarzałym” Stwórcą? A może to ta sama opowieść?

Lubię to! Skomentuj36 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo