Tylko wolność jest ciekawa
No, może nie tylko wolność. Świat wokół też jest niczego sobie. Jak go jednak poznawać, gdy wolności zabraknie...
24 obserwujących
56 notek
30k odsłon
  189   0

Państwo jedyną nadzieją cz.2

Po napisaniu poprzedniej notki zorientowałem się, że wystawiam się na „oczywisty” zarzut: brak patriotyzmu i realizmu. Przeciwnik państwa? Państwa polskiego? Jako żywo oszołom fantazjujący o idealnym świecie bez państw i granic, jak, nie przymierzając, jakiś Lennon. Spieszę wyjaśnić: zauważyłem już dosyć dawno, że na państwa jesteśmy skazani, bo nie wykombinowaliśmy innej formy społecznej organizacji na dużą skalę, a i ogromna większość ludzi ich chce i potrzebuje - ja pewnie też. Pojmuję to i traktuję jako prosty/brutalny realizm. I całe życie bardzo się cieszę, że mamy polskie państwo, bo wolę mówić po polsku niż po niemiecku. Postuluję tylko, byśmy byli w najwyższym stopniu wyczuleni na zagrożenia płynące ze strony państw i konsekwentnie o tym pamiętali. Przerost współczesnych państw i ich opresyjność woła o pomstę do nieba i pandemiczne porażenie mózgów pokazało to w stopniu zatrważającym. Głównie TO pokazało.

Dlatego tak mnie niepokoją wnioski jakie znalazłem w myśli cytowanej w poprzedniej notce. Za brak realizmu uważam właśnie wiarę w mityczne państwo-obrońcę wspólnoty; powinniśmy nawoływać do państwa dzielnie stającego w naszej obronie ale JEDNOCZEŚNIE musimy podkreślać KONIECZNOŚĆ okrojenia tych okupujących nas reżimów. Inaczej wychwalanie instytucji państwa w sytuacji, gdy czyni ono tak wiele zła jest... złem.

Rozumiem też wątpliwość co do mojego sformułowania o wspólnotach zintegrowanych POZA STRUKTURĄ PAŃSTWA. Państwo tak przeniknęło nasze myślenie, że w głowie nie postaje nam coś „poza jego strukturą”. A jednak wydaje mi się, że takie zworniki jak język, tradycja, obyczaje, kultura wcale niekoniecznie potrzebują specjalnych instytucji, a już zwłaszcza wielkich, centralnych, nazywających się „państwem”. Ludzie mogą być zespoleni na zasadzie świadomości pewnych istotnych spraw, systemu wartości. To, że nie są? – to właśnie sformatowana edukacja państwowa i oddychanie wszechobecną „państwowością” jest tego główną przyczyną. Wydaje nam się, że o nic nie musimy dbać, nic analizować – robi to za nas państwo. A właśnie pilnowanie by nam się ono nie rozrastało jak nowotwór powinno być zasadą "wspólnotowej integracji". Nie rząd. Nie sto ministerstw.

Poza strukturą państwa – tak sobie myślę, że da się wykoncypować coś jako argument, że jest życie poza państwem, że  wspólnota poza, albo i wbrew państwu, może być skuteczna. Taki np. drobiazg integracyjny: wiara, religia. Kościół. Przez całe stulecia był wszak alternatywną płaszczyzną wobec państw, czyż nie? Weźmy Żydów (czy może raczej żydów) rozproszonych w diasporze - całkiem skutecznie i długo byli (i są) wspólnotą nielicho zintegrowaną, a państwa jako żywo nie mieli. Dziś w Europie walczącej dzielnie z „nacjonalizmem i faszyzmem” jakże znakomicie kwitnie wspólnota muzułmanów niewiele sobie robiąca z państw w których funkcjonuje. A może przypomnę taki dziwny lud wschodnioeuropejski, który miał tak wiele wewnątrz siebie wspólnego, że poza państwem (a nawet wbrew trzem całkiem solidnym państwom) trwał przez 123 lata (i to mimo katastrof które sobie cyklicznie prokurował). Można było? Tylko państwo zasadą integracji? 

Masoneria, National Rifle Association, ekolodzy, kółka różańcowe, feministki, związki łowieckie, Ku Klux Klan, aktywiści LGBTQ…, wielbiciele disco polo, motocykliści, Radio Maryja, związki zawodowe, zrzeszenia pracodawców,…. – nic nie można przeciwstawić okropnym korporacjom, tylko państwo? A może ktoś pamięta taki twór: NSZZ Solidarność, rok 1980? Ludzie się integrują i są w stanie zwierać szeregi na wiele sposobów, w pionie i w poziomie. To, że tak wiele z tych form integracji zanika, że umarły wartości i poczucie wspólnotowości pozainstytucjonalnej i niepaństwowej to właśnie korozja wspólnoty, a katalizatorem jej, obawiam się, Lewiatan. A już jego socjalne, „opiekuńcze” oblicze to kwas solny dla wspólnotowego lepiszcza.

Korporacje. Potęga i monopolistyczna pozycja firm nigdy nie utrzymywała się jeśli nie była w symbiozie z państwem. Dlatego wielkie finanse i wielki biznes zawsze szukały dróg by w taką symbiozę wejść. Im większa „potęga” państwa, im więcej obszarów mu podlega tym pokusa ta jest większa. Trwa handel wymienny: my wam kasę, wy nam ustawę, regulację, kontrakt. Politycy chcą władzy - ona daje im pieniądze. Biznes chce pieniędzy - one dają mu władzę. Ta władza to wpływ na polityków, którzy mając władzę mogą jej owoce sprzedać. Koło się zamyka.

Zwrócę też uwagę na to, że siła wielkich korporacji bierze się nie tylko z ich mocy korupcyjno-naciskowej, ale też – to szalenie ważne – z mocy ich państw macierzystych, które skutecznie wpływają na to, by ich narodowe (niekiedy wręcz państwowe) korporacje mogły jak najskuteczniej działać. Jedno państwo, silne i bardzo dbające o swój „interes wspólnotowy” zmusza inne by dało się, politycznie i materialnie, skorumpować. „Wspólnota” przeciw „wspólnocie”. Gdyby nasze państwo było silne i naciskało na taką np. Bułgarię, by spreparowała rękami swojego państwa (czyli gremiów decydenckich, rządu, parlamentu) przyjazne regulacje, kupiła nasze technologie, to zapewne uznalibyśmy, że jest to, ze strony naszego państwa działanie pro-wspólnotowe, czyż nie? Ale dla której wspólnoty? Co na to Bułgarzy? Względne to jakoś, prawda?

Lubię to! Skomentuj7 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale