Stajemy przed wielką, niepowtarzalną szansą. Patetyczne zdanie na samym początku wypowiedzi daje pewność, że całość tekstu zostanie potraktowana z należytą uwagą, bowiem nawet jeśli kogoś przemyślenia nie zainteresują, myśli sączone przez klawiaturę na ekran monitora nie porwą, to przynajmniej zdanie otwierające zachęci do przeczytania, by na sam koniec z radosną nienawiścią sieknąć nieprzychylny komentarz, ba, kpiące szyderstwo na temat braku obycia autora, który tak nietrafnie dobiera styl wypowiedzi do jej treści. Powtórzę więc, że stajemy przed gigantyczną szansą. My, czyli ludzie sami siebie widzący po prawej stronie sceny politycznej. My, czyli rozsiani po Polsce i przeraźliwie rozdrobnieni sympatycy myśli konserwatywnej. Długie dwadzieścia lat chaosu, bałaganu i zwyczajnego burdelu zaprowadziło nas do punktu wyjścia. Przez dwie dekady opcje zdecydowanie lewicowa, centrolewicowa i centroprawicowa (na upartego) ścierały się w boju o władzę. W boju ciężkim i pełnym znoju, na wielu frontach oraz z udziałem wielu batalionów. Media, historycy, publicyści, socjolodzy, nawet tak niepozorni i niewinni nauczyciele, a wreszcie i generałowie tej wielkiej armii – politycy – walczyli dzień i noc o to, by zwyciężyła ich wizja świata. Kolejka górska pozwalała wywindować się wysoko w górę, lecz ceną tego był bolesny upadek. Mozolne dochodzenie do siebie podczas dominacji rywali i wielki powrót, pod innym sztandarem, lecz z tymi samymi ideami. Taplanie się w błocie wymagało wielu ofiar, niektórzy opuszczali ring na noszach, inni sami schodzili z niego uprzednio rzucając ręcznik.
Gdzieś z boku stali jednak obserwatorzy, którzy może i chętnie rzuciliby się do walki, może i chętnie umaczali by się także w tym przeraźliwym gnoju jakim jest polska polityka, może nawet chcieliby ten chlew uporządkować! Lecz coś im na to nie pozwalało… Coś, ktoś, gdzieś… Niewidzialna ręka, która troskliwie dbała o to, by wykrwawiające się na morderczej arenie stwory mogły dalej walczyć nie niepokojone przez nikogo. Rządy czwartej władzy były dość silne, by starannie dobierać zapaśników i do boju rzucać jedynie tych ideowo czystych. Teraz jednak, jako już rzekłem dwukrotnie stajemy przed szansą by wreszcie te bariery przełamać. Oto bowiem plastikowe rządy zniechęcają do siebie wyborców, którzy nie mogą dłużej patrzeć na nieporadność rzekomych fachowców. Oto papierowa opozycja gnije od środka pożerając własny ogon i nie potrafiąc utrzymać przy sobie tych, którzy do tej pory wiernie imponowali lojalnością. Trzecia siła wymalowana w karmazynowe barwy wciąż wzbudza niepokój, wciąż powoduje całkiem słuszny skądinąd lęk… Zieloni zaś, wiecznie neutralni Ludzie Lasu są skłonni ułożyć się z każdym i wszędzie.
Ukochane media odwracają się od wtórności proponowanej przez polityków obecnych w Sejmie. Nie robi już na nich wrażenia odłączanie się kolejnych tworów pokroju Pis-lajt czy Ruchu który dał już PoPalić. Do głosu dochodzą publicyści wspierający inne opcje. Proponujący inne rozwiązania. Powstaje Uważam Rze, Marcin Meller deklaruje, że nie zagłosuje na PO, Kazik, Paweł Kukiz, ludzie z autorytetem u szarych mas zaczynają przenikać do telewizji, do gazet i to tych z głównego nurtu, ze swoim przesłaniem, ze swoją wizją, ze swoimi wartościami. Świadomość młodych zwiększa się, ich pragnienie wyjścia poza nawias zakreślony przez lewicowych i centrowych publicystów jest silniejsze od granic wyznaczanych przez arbitrów decydujących o tym co wolno myśleć, co wypada mówić, czego trzeba się wstydzić. Doceniani są Korwin-Mikke, Ziemkiewicz, Cejrowski… Zjadacze telewizyjnego przekazu zaczynają dostrzegać jego zakłamanie, sam telewizyjny przekaz poddaje się coraz częściej autokrytyce. Więc panowie szlachta. Jak nie teraz, to kiedy?


Komentarze
Pokaż komentarze