Ostatnie miesiące wyczynów tzw. opozycji skłaniają obserwatorów do oceny sceny politycznej pod kątem kodów kulturowych. Właśnie nadarzyła się kolejna okazja by podziwiać naszych bohaterów jak potykają się o kody.
Nomen, omen – sceną wydarzeń jest ponownie Sowa i Przyjaciele.
Pamiętacie Państwo, co się przydarzyło panu Twardowskiemu, który przez dłuższy czas po podpisaniu z diabłem cyrografu, skutecznie unikał wywiązania się z umowy i spotkania z kontrahentem w Rzymie? Ksiądz Sowa najwidoczniej nie uważał na lekcjach i nie pamięta poematu Mickiewicza, w którym diabeł wreszcie dopada bohatera w karczmie, co “Rzym” się nazywa.
To co się przydarzyło panu Twardowskiemu, to pikuś wobec tego, co się przydarzyło księdzu Sowie. Panu Twardowskiemu skórę ostatecznie uratowała małżonka, a ks. Sowa celibatariuszem jest i co ? Opatrzność srodze sobie zakpiła z ks. Sowy.
Znaki na Ziemi i na niebie...
Czy to nie jest znak, przypadkiem ?
Niektórzy złośliwcy okrzynęli ks. Sowę kapelanem mafii, ale moim zdaniem to jeszcze nie koniec kariery księdza, bo kapelan by się przydał i UBywatelom RP.
Pomijam tu rzecz w sposób oczywisty zasadniczą, czyli fakt, że odrzucając rolę prawdy w życiu publicznym, ks. Sowa postawił się poza Kościołem Katolickim. Ale to już kwestia do rozwiązania dla hierarchii kościelnej.




Komentarze
Pokaż komentarze (4)