pisanie na puszczy
"Nie. To nie koniec podróży. Śmierć to tylko kolejna ścieżka, którą wszyscy musimy podążyć. Znika szara, deszczowa zasłona tego świata i wszystko spowija srebrzysty blask." J.R.R. Tolkien "End? No, the journey doesn't end here. Death is just another path
20 obserwujących
276 notek
179k odsłon
  387   0

dokończyć grań (tytuł roboczy, nadany przez dostarczyciela kontentu)

beznadziejne zdjęcie, do zastąpienia
(c) niziołek z Mordoru
beznadziejne zdjęcie, do zastąpienia (c) niziołek z Mordoru

To się – z oczywistych powodów - nie nadaje do kronik wypraw, to była nasza droga ślebodna, o której nie wiedzieli rangersi czy inni funkcjonariusze.  Parę takich mam w swym życiorysie. Sabała zaśpiewoł, Krywań odpowiedzioł, była jego sprawa, nikt wiyncej nie wiedzioł.  Była inicjacją, wejściem w świat bardziej pionowy, ostry. Nie dokończyliśmy jej wtedy, pogoda się posypała, zniechęcił/przemęczył jeden z nas. Zeszliśmy w dziką dolinę, mieliśmy niezłą przygodę wędrując korytem potoku, przenieśliśmy się w ambitne drogi. Ale tam nie, i tak pozostała – niedokończona.

Niehonornie tak - zostawić. Tak mi wtedy się myślało. Pozostała ta myśl, wracała, tłukła się z niepokojem. Niby w porządku, zrobiliśmy niezły kawałek, warunki uniemożliwiły realizację zamysłu w całości. A potem była ta Walentynka, którą kiedyś wspomniałem, i słowa potwierdzające to, co sam myślałem: Bo przestać chcieć to jest gorzej, niż nie móc, bo przestać chcieć to jest wrócić się z 1/3 szlaku bo, cholera, znów pod górę, bo przestać chcieć to jest wapnieć i kostnieć na żywo, to zgodzić się na wiatr z któregokolwiek w którykolwiek z kierunków.

Nie przestałem chcieć. Od dawna chciałem tam powrócić. Z nas trzech tylko ja mogę ją dokończyć, dwa „Józki” rozjechały się po świecie, jeden w Kanadzie, drugi w Berlinie.  Ciągnie człowieka, by zrobić coś bezinteresownie pięknego, bez utylitarnego garbu na plecach, bez kunktatorskich obliczeń. Jakby przy tym nie upłynęło tych ponad 30 lat od tamtego czasu.

Ciągle tylko bardzo nie mogłem - perypetie zdrowotne własne i najbliższych. Teraz też nie bardzo mogłem, rekonwalescent świeży. Nie dawała spokoju: wybiorę się jej tylko przyjrzeć – postanowiłem. Założyłem opatrunki gdzie trzeba, wstałem przed świtem i pojechałem. Na miejscu byłem niewiarygodnie szybko,  powoli i ostrożnie wchodziłem, coraz wyżej, mgły się rozstępowały, chmury odsłaniały miejsca już odwiedzone i te, których nie dotknęliśmy. Rozzuchwaliła mnie wracająca swoboda ruchów, ból malejący. I z małego rekonesansu zrobiła się całodzienna wędrówka. Najpierw patrzyłem z dala, potem podpełzłem pod jej próg. Przywiozłem ją pod powiekami i w masie pikseli.

Niełatwo wrócić po latach, ma się już inne komórki, pobolewają stare złamania, są blizny, co nie zagoją się zupełnie; trochę opanowało się ergonomię upadków. W sensie logistycznym – łatwo. Wtedy tłukliśmy się nocnym pociągiem, nad ranem zjadłem bigos na pekaesie w Z. (straszyli, że oddam go w męczarniach), złożona i mozolna mozaika autobusowych połączeń; zaczęliśmy w południe, schodziliśmy przed zmrokiem niżej, żeby woda była i spanie jakieś w miarę.

Teraz spakowałem co trzeba poprzedniego dnia, podrzemałem do czwartej, podjechałem wygodnie i z muzyką, niczym jaki doktor Chałubiński, a może i lepiej. Za jasna czułem już jej bliskość i niepokoiłem się, jak mnie potraktuje. Obiecałem sobie być ostrożny, dawno nie sprawdzałem swych możliwości na takich trasach. Pokory w górach nauczyłem się porządnie. Nie miałem już gibkości i cokolwiek lekkomyślnego nastawienia. Cholernie dobrze wiedziałem, że mogę zlecieć – nie licząc się z moją pojętnością nauczyło mnie tego życie. Szedłem z uporem, nieufny we własne umiejętności ufnie kleiłem się do skał. Przeleciało kilka kamieni, nie dla mnie jeszcze przeznaczonych. Doszedłem późnym popołudniem do miejsca, gdzie te trzy dychy z górą temu odstąpiliśmy. Nie spotkałem tam siebie sprzed lat, takie rzeczy możliwe były u Lema, linearny przebieg czasu nie ma ubłagania. Do zmroku zszedłem do termosu z herbatą w aucie.

Nie skończyłem jeszcze tej grani ‘z wtedy’, zrobiłem raptem połowę, znam swe szramy i ograniczenia, musiałem podzielić na jednodniowe etapy. Teraz pozostaje coś na kształt formy utrzymywać, codziennie walczyć ze zwapnieniem wszelakim, i wierzyć, że dostanie się jeszcze taki prezent niezasłużony  – dzień, kiedy będzie tam wrócić. Ostatni kawałek - niczym deser - został: smakowity, kuszący, odłożony zuchwale na później.

 

P.S.

Ponad miesiąc temu „bloger z Mordoru” stulił pysk. Pojawienie się pod postacią niziołka nie było powrotem, bo powrotów nie ma. Wiele miałem sygnałów, żeby nie znikać zupełnie, żeby po swojemu dla paru osób tym zainteresowanych pisać.  Nie do końca przekonany, podjąłem próbę mówienia o uniwersaliach, niezależnych od politycznych zawirowań. Powyższy tekst jest ostatnim w starej formule platformy hostingowej. Nowa przewiduje przejrzystość, kolorki, większą jeszcze możliwość manipulowania dostarczanym na platformę towarem, „kontentem”.

Świadom jestem, że ów „kontent” dostarczałem darmo. Dużo serca włożyłem w notki tu prezentowane. Postaram się przed planowaną przez właścicieli migracją do „nowego” okaleczyć teksty, które w sposób szczególny wyrażają moją osobę. Przyciąć ich treść, by nie wyjść na zupełnego frajera, co podarował co miał cennego.  Tyle dobrego, że potrafiłem się samoograniczyć i nie podarowałem wszystkiego.

Lubię to! Skomentuj22 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości