15 obserwujących
83 notki
114k odsłon
710 odsłon

O historii w Gdańsku i jej wypaczeniach

Wykop Skomentuj25

    W ostatnich tygodniach znów zrobiło się głośno o Westerplatte. A dokładniej o problemach z upamiętnieniem bitwy, którą stoczono tam we wrześniu 1939 roku. Posłowie z Pomorza przygotowali bowiem ustawę, która przekaże większość obszaru historycznego półwyspu państwu. De facto oznaczać to będzie, że opiekę nad tym miejscem z rąk samorządowego Muzeum Gdańska przejmie Muzeum II Wojny Światowej.
    Pisząc wprost jestem gorącym zwolennikiem by Westerplatte przejęło państwo. Rzecz jasna przy tej okazji wyciągane są różne opowieści o tym jak to historyczne miejsce marnieje pod rządami gdańskich włodarzy. Facebook pełen jest sporów czy zdjęcia z butelkami w ruinach historycznych obiektów Składnicy Tranzytowej są sprzed dwóch dni, czy dwóch lat. Jakby nie było, trzeba stwierdzić, że gdański półwysep w III RP jakiejś specjalnej troski samorządowego gospodarza się nie doczekał i jego turystyczno-historyczny potencjał się po prostu marnuje. Choć wielka debata o tym czy zdjęcia stłuczonych butelek to w dużej mierze polityczna piaskownica nie dotykający nawet sedna problemu. Najistotniejsze dla mnie jest to, że ani władze samorządowe, ani zarządzające w ich imieniu miejskie muzeum nie mają pomysłu na historyczne i turystyczne zagospodarowanie półwyspu. Jednak, jak coś mnie powstrzymuje przed wyrażeniem szczerego entuzjazmu wobec tego projektu, to obawa, że nowi, muzealni gospodarze mogą się okazać nic nie lepsi od poprzedników.
    Za sprawy związane z Westerplatte odpowiada bowiem w Muzeum II Wojny cały czas Mariusz Wójtowicz-Podhorski, o którym już swego czasu pisałem. I choć jego zasług jako popularyzatora dziejów Składnicy oraz rekonstruktora wydarzeń związanych z jej obroną nie sposób przecenić, to jego czteroletnia działalność jako muzealnika jakoś nie porywa. Choć wizji mu nie brakuje, bo kilkukrotnie prezentował bardzo śmiałe pomysły na zagospodarowanie półwyspu, to budzą one równie duże obiekcje, jak całkowita bezczynność dotychczasowych gospodarzy. Nie bez kozery na ostatniej Radzie Miasta w Gdańsku, na której przyjęto uchwałę protestującą wobec rządowych zamiarów, mocno wybrzmiał zarzut, że władzom Muzeum II Wojny marzy się likwidacja słynnego pomnika. Nie bez podstawy, bo rzeczony kierownik „Działu Westerplatte i Wojny 1939” faktycznie nie przebiera w słowach odsądzając ów widowiskowy obelisk od czci i wiary (jako owoc komunistycznej propagandy).
    I nawet uwzględniając ideowe sympatie Wojtowicza-Podhorskiego, to każdy, kto liznął choćby jakieś podstawy konserwatorstwa zabytków, czy muzealnictwa jego podejściem musi być zdumiony. Nie widać bowiem tam cienia refleksji, że zniszczenie tego monumentu, to jednak usunięcie materialnego świadka historii, który przez prawie pół wieku wrósł w krajobraz gdańskiego portu. Bynajmniej nie twierdzę tutaj, by nie usuwać z przestrzeni publicznej  propagandowych pomników z minionej epoki. Tylko sęk w tym, że propaganda propagandzie nie równa. Jedne dzieła wprost czciły komunizm i zakłamywały historię, a inne jedynie wybiórczo uwypuklały te jej elementy, które pasowały w propagandowej narracji. Pomnik na Westerplatte trudno uznać za dzieło w czymkolwiek gloryfikujące komunizm. Sam Wójtowicz-Podhorski zresztą w jego przypadku zarzuca jedynie celową niekonsekwencję tematyczną, w której efekcie na pomniku znajdziemy  odwołania do wydarzeń nie mających nic wspólnego z „obroną Wybrzeża”, której jest on dedykowany.  I patrząc obiektywnie zarzuty, które formuje, to ciut za mało by uznać bez dyskusji, że monument ów należy zburzyć. Jak najbardziej sensowne jest wywołanie dyskusji na ten temat, choćby przez odpowiedzialnych za politykę historyczną oraz ekspertów. Niestety jakiejś zachęty do dyskusji w tym zakresie brak, gdyż kierownik „Działu Westerplatte i Wojny 1939” całą sprawę przedstawia jako oczywistość. A takie podejście po prostu budzi tu zdecydowany opór.
    Sedno tkwi w tym, że w kierowniku Wójtowiczu-Podhorskim siedzi mocno rekonstruktor, który całkowicie tłamsi muzealnika. Z jego wizji przebija bowiem wyraźnie, że marzy mu się odtworzenie jak największej ilości obiektów z 1 września 1939 roku. Ślicznych i nowiutkich. Akurat takich, by móc na żywo odgrywać rekonstrukcyjny teatr obrony w skali 1:1. Tymczasem przecież o symbolice tego miejsca przesądzają nie obiekty, jakie wybudowano przed wojną, ale to co się z nimi działo w trakcie wojny. I promowanie odbudowy takich koszar, podpierając się tym, że w 1945 roku nie były aż tak zniszczone, tylko trochę mniej, budzi dość mocne obiekcje. Przecież to właśnie jest zakłamywanie historycznej przestrzeni. W której swój trwały ślad pozostawiła tak wojna, jak i późniejsze działania komunistów. Czy na pewno mocniej do wyobraźni przemawiać będzie „odpicowana” rekonstrukcja z interaktywnymi gablotami, czy posępna ruina, na której widać oryginalne ślady po walkach sprzed 80 lat? Jestem gorącym zwolennikiem by ową ruinę jak najlepiej przystosować do ruchu turystycznego, by ją, przy pomocy nowoczesnej techniki wzbogacić w narracje, która atrakcyjnie zaprezentuje to miejsce. A nie, żeby odbudować do nowa koszary do stanu przedwojennego! Niestety nie tylko pachnie to tanim „gadżeciarstwem”, ale jest przejawem całkowitego niezrozumienia tego, że symbolika i tradycja, tak w sferze przestrzennej, jak i narracyjnej rodzi się na przestrzeni lat, a kolejne zakręty historii potrafią całkowicie zmienić pierwotny kontekst rożnych historycznych artefaktów.
    Istota całej sprawy polega na tym, że taki myślenie o historii i jej prezentacji ostatnimi czasy jest chyba modne w Muzeum II Wojny.  Co dość głośno wybrzmiało zresztą także się ostatnio medialnie uwidocznił przy okazji Nocy Muzeów. Od razu zaznaczę, że Karola Nawrockiego, dyrektora Muzeum II Wojny osobiście nie znam. Widziałem go przelotem z dwa razy i tyle. Ale, niestety śledząc jego aktywność jako dyrektora trudno stać się zwolennikiem jego działań. I bynajmniej nie mówię o konflikcie z poprzednią dyrekcją. Ta miała bardzo wiele za uszami, w czasie sporu o wystawę główną zachowywała się także daleko od standardów. Napiszę więcej. Zastępcę Karola Nawrockiego od spraw naukowych, profesora Grzegorza Berendta cenię bardzo wysoko i uważam, że jest on jak najbardziej właściwą osobą na właściwym miejscu. Niestety inaczej jest z jego szefem. Z trudem odnajduje się na tej funkcji, a wprost dramatycznie brakuje mu zwykłych, fachowych kompetencji do zajmowania się na takim poziomie historią II wojny.
    Symboliczne jest zdarzenie, jakie miało miejsce właśnie w rzeczoną Noc Muzeów. Otóż w jej ramach, Muzeum II Wojny zorganizowało koncert piosenki wojennej, wykonywanej przez lokalnych artystów. Ich szef podpisał z Muzeum umowę, uzgodnił konkretny repertuar i zgodnie z umową wraz z koleżeństwem w wyznaczonym miejscu i wyznaczonej porze zaczął grac i śpiewać. No i w trakcie koncertu przy wykonywaniu utworu „Ciemna dziś noc” gwałtownie zespołowi Piotra Kosewskiego przerwał twierdząc, że w jego muzeum nie ma miejsca „na sowiecką propagandę”. Nie tyle nawet gwałtownie, jak po prostu chamsko, co wywołało żywą reakcję muzyków, nie tylko czujących się obrażonymi tak niekulturalnym zachowaniem, ale całkowicie zaskoczonych reakcją na ten konkretny, uzgodniony wcześniej z dyrekcją utwór. Co prawda następnego dnia rzecznik Muzeum twierdził, że rzecz wyglądała całkiem inaczej niż przedstawiają to muzycy, ale raz niezbyt odnosząc się do ich konkretnych zarzutów, a dwa zaraz to spowodowało oddanie przez tych ostatnich sprawy w ręce prawników, co pokazuje, że raczej czują moc swoich argumentów.
    Tak naprawdę drugorzędna jest tutaj istota merytoryczna. To, czy faktycznie radzieckiej proweniencji utwór, dzięki tłumaczeniu Tuwima, przestał być pieśnią „bolszewicką”, a nabrał cech uniwersalnych. Na pewno nawet w rosyjskiej wersji trudno to odbierać jako łopatologiczną propagitkę, choć z drugiej strony trudno się nie zgodzić ze stwierdzeniem, że właśnie takie wyrafinowane dzieła potrafiły narobić najwięcej szkód. O wiele ważniejsze są tu dwie inne sprawy. Wszystko wskazuje, że artyści faktycznie wcześniej uzgodnili listę utworów z dyrekcją. I jeżeli ta zorientowała się dopiero w trakcie wykonywania utworu, że jest on dla niej nieakceptowalny, to trudno tego nie uznać za kompromitację. Na dodatek interweniowanie poprzez robienie karczemnej awantury, tylko pogorszyło sprawę.
    Jeszcze dla mnie istotniejsze jest inna kwestia. A mianowicie pokrętne tłumaczenia skąd bierze się owa nieakceptowalność do wysłuchania tego konkretnego utworu.  Wynika z nich bowiem jednoznacznie, że dyrektor Nawrocki za bardzo nie ma pojęcia jaką instytucją kieruje. Przypomnę kieruje muzeum poświęconym II wojnie światowej. Jak gdziekolwiek mają być przechowywane dla ludzkiej pamięci dzieła propagandy III Rzeszy i ZSRR, to przecież właśnie w takim muzeum. Jakoś dyrektorowi na myśl nie przyszło wyrzucanie ze zbiorów krzyżów żelaznych, flag ze swastykami, przemalowywanie czerwonych gwiazd na radzieckich pojazdach, czy cenzurowanie w pokazywanych na wystawie filmach wojskowych piosenek Wehrmachtu, czy Armii Czerwonej. Ktoś by powiedział, ale to inna sprawa, bo wszędzie taka symbolika jest pokazana w odpowiednim kontekście, widz, czy zwiedzający dzięki temu uodporniony jest na ewentualne, złowrogie szkody, jakie tego typu rzeczy mogły by bez takiej narracji uczynić.
    No prawda, ale w czym problem, by w taki sam kontekst wpisać ową pieśń w tłumaczeniu Tuwima. Na zdrowy chłopski rozum, jakby nawet ktoś się zorientował w ostatniej chwili, że oto wybrzmiało w muzealnych murach propagandowe dzieło made in USRR, to wystarczyło by chwycić za mikrofon i dopowiedzieć słuchaczom jego historię. Po to przecież właśnie to muzeum istnieje. Tymczasem  nie widać nawet najmniejszej refleksji w tym duchu. Przebija przez to analogiczne podejście,  z jakim mamy do czynienia w przypadku Westerplatte. Swoisty kult gadżetów z epoki i mentalne ograniczanie się do łopatologicznej narracji. Bez cienia nawet chęci wzbudzenia wśród ludzi empatii dla przeżyć ludzi z czasów wojny. Bez chęci pokazania ówczesnych dylematów i tragedii, zwłaszcza wobec dwóch totalitarnych reżimów. Dla Wójtowicza-Podhorskiego, to co się działo na Westerplatte po 7 września 1939 roku wydaje się nie mieć większego znaczenia. A przecież można wręcz twierdzić, że właśnie to właśnie w tym momencie zaczęła się całą historia budowy z obrony Westerplatte symbolu polskiego czynu zbrojnego i polskiej racji stanu. Tak silnego, że obficie czerpali z niego nawet komuniści. Naprawdę dla naszej wiedzy o wojnie nie jest ważne dlaczego takiej 1 Brygadzie Pancernej formowanej w głębi Rosji ktoś (może sam Józef Stalin) nadał właśnie patronat Bohaterów Westerplatte? Czemuż uzdolniony propagandzista i literat Janusz Przymanowski głównemu bohaterowi swoich „Czterech Pancernych” kazał być gdańszczaninem i synem obrońcy Składnicy? Czemu zdecydowano się na budowę okazałego pomnika i czemu u jego stóp msze odprawiał Jan Paweł II?
    Bynajmniej nie mówię, że odpowiedzi na powyższe pytania mają nam przesłaniać historię samej Składnicy i jej obrony. Ale nie sposób tego typu kwestii przy przypominaniu historii Westerplatte pomijać, czy wręcz udawać, że nie istnieją.
    Na koniec zaś, nie sposób nie mieć wrażenia, że aktualna ekipa rządząca, a zwłaszcza związani z nią publicyści, mają jakiś szalony problem z Gdańskiem i jego historią. Tym to zaskakujące, że ważną personą w ekipie rządowej jest Jarosław Sellin. Aktywny działacz kaszubski, historyk, człowiek o szerokiej wiedzy dotyczącej lokalnych i regionalnych wątków. Ale jak widać nawet on, wiceminister i pełnomocnik do spraw obchodów stulecia Niepodległej ma zbyt małą siłę przebicia względem zgodnego chóru, który od lat stawia sobie za cel pokazanie reszcie Polaków, że Gdańszczanie to zdradzieccy, proniemieccy separatyści. Media bliskie rządowi co rusz opisują różne zdawało by się fejkowe i idiotyczne wpadki gdańszczan, które w zestawieniu aż tak idiotyczne się już bynajmniej nie wydają. Naprawdę daleko mi do ekipy rządzącej grodem nad Motławą. Ale zdecydowanie wolałbym, by ją ktoś realnie zaczął rozliczać z skandalicznej polityki deweloperskiej tudzież inwestycyjnej megalomani. Tymczasem wielu woli się pławić w całej gamie, w dużej mierze fantazyjnych zarzutów, które czasami same z siebie są wprost działaniem na szkodę polskiego interesu narodowego (że wspomnę o idiotyzmach głoszonych przez Grzegorza Brauna na temat braku formalnych podstaw do przynależności Gdańska do Polski). Zarzutów, które najczęściej niby pokazywać mają germanofilskie nastawienie gdańskich elit, a zazwyczaj obnażają jedynie brak podstawowej wiedzy tak o historii samego Gdańska, jak i tej części historii Polski, która  związana jest z tym regionem
    Najlepszą tego ilustracją jest ostatnia „afera” dotycząca warty u grobu Pawła Adamowicza. Postawili ją bowiem, bodaj w ostatnią niedzielę, miejscowi rekonstruktorzy. I zaraz jakiś „życzliwie zainteresowany” puścił w eter, że grobu pilnowali ludzie przebrani w pruskie mundury z XVIII wieku. Tak skutecznie, że temat nawet podchwycił profesor Sławomir Cenckiewicz. Tymczasem jedyną pruskością owych mundurów było to, że nosiła je formacja istniejąca na terenie Prus Królewskich. A dokładniej miejscowa, utrzymywana bezpośrednio ze środków miejskich formacja wojskowa, będąca jak najbardziej częścią ówczesnej Armii Koronnej Rzeczpospolitej. Notabene jedyna, która stawiła opór zbrojny w czasie II rozbioru uniemożliwiając właśnie wojskom pruskim bezproblemowe zajęcie, zgodnie z postanowieniami rozbiorowymi, miasta nad Motławą. Co było swoistym symbolem wierności Gdańska Polsce i polskim królom, której wielokrotnie w dobie nowożytnej gdańszczanie dali świadectwo. I można by jakoś usprawiedliwiać twórców tego „fejka”, tym, że zmyliły ich komendy w plattdeutschu, lub barwy mundurów, ale wpisuje się to w tak logiczny ciąg, że nie można tego tak zostawiać. Przecież analogiczną aferą był lanie łez nad niemieckim napisem „Postamt” na budynku ponoć międzywojennej Poczty Polskiej w Gdańsku (który w rzeczywistości znajdował się całkiem gdzie indziej), czy rzucanie gromów na nazwanie jednego z miejskich rondem „Rondem Granicznym” dla upamiętnienia przebiegu międzywojennej granicy.
    Nie jestem zwolennikiem jakichś spiskowych teorii, ale nie ulega dla mnie wątpliwości, że w niektórych środowiskach panuje dziś moda na udowadnianie na siłę, że Gdańsk dziś nie jest polski, a i w przeszłości jego związki z Polską budzą wiele zastrzeżeń. Czy ma to jakiś cel, czy jest tylko przejawem intelektualnej niegramotności? Nie wiem. Ale wiem, że przynosi to realne szkody. Stąd obawa, że nawet tak w sumie pozytywny akt, jakim było by przejęcie przez państwo terenu Półwyspu Westerplatte w aktualnej sytuacji wcale nie musi oznaczać polepszenia stanu rzeczy. Obym się tu mylił...

Wykop Skomentuj25
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka