Aglarion Aglarion
148
BLOG

Z wielkiej niepewności

Aglarion Aglarion Kultura Obserwuj notkę 0

Tę notkę jak i wszystkie inne znajdziecie również na fb.:

https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=425957274261973&id=425284147662619

 

Z wielkiej niepewności

 

„Po co żyjemy? Jaki jest sens naszego życia?” - liczba oferowanych „możliwych” odpowiedzi na to rozedrgiwujące ciszę pytanie, wyjawiających się dziejami istot rozumnych pisanym „katalogiem mądrości”, może przywoływać wiele odczuć maści wszelakiej. Najczęściej wzbudza w nas ono tak zwanego „ducha powagi”. Jakże by inaczej? Już samo pytanie brzmi nam przecież nader „doniośle”. Aby było lepiej, dodamy nieco łaciny. Wtedy, unosząc brwi i marszcząc czoło, stwierdzimy, że wszak nic w tej „doniosłości” nie ma dziwnego – przecież to pytanie „egzystencjalne”. Tak postawiona kwestia musi, z racji „doniosłości” swego wybrzmienia, domagać się bycia rozważoną. Gdy zaś już do tego „ważenia” przystąpimy, choćbyśmy radzi byli sczytywać odpowiedź z wskazanego wyżej katalogu – dokonanie tego okazuje się niemożliwym. Tajemnicze „życie” raczy nas wtedy klawiszem „enter”. Zamiast pozostawić plik w formie „tylko do odczytu” - dopisujemy bezwolnie kolejną linijkę. Co roztropniejsi silą się na naiwność mówiąc: nową linijkę.

Katalog mądrości, celów i sensu to bijące w oczy majuskulne szaleństwo, zaplatające się sobą w sobie mnogością niewyjustowanych, wrzuconych w-gdziekolwiek przypisów. Największe spośród wpisów spływają karty świętym, krwistoczerwonym tuszem: to podług nich zapisują się kolejne słowa, tysiące drobnych słów wyjawiających dzieje rozumności jaskrawo-krzykliwą papką. Pstrokacizna – najokropniejszy odcień szarości. Z rzadka pojawiają się zatarcia, olbrzymie, jakby wydzierane w materii tekstu (czy raczej: wydzierane materią tekstu – która sobie tekstem) czarne litery. Święta naiwność okrzyknęłaby je milczeniem; w dookólności mrocznych liter, podług ich wykształcania pojawiają się ich perwersyjnie małe cienienia. Wszystko to podług kart księgi, która stanowi się wspomnianym pytaniem; kto jednak odważyłby się przeciwko niemu zwrócić?

Krwistoczerwony tusz – wielkie systemy etyczne – nie są czymś zamkniętym w obrębie tzw. humanistyki. Etyka (ethos) nie jest „światopoglądem” lub „zbiorem norm” lecz „zwyczajem”, to jest tym, co określa się (czy określa), co „zwykło”. To zaś – czego może się dosłuchać dobrze nastrojony umysł – mówi nic innego niż to, jak się „z-wykłada”. Stąd mamy podmiot etyczny – czyli to, co znajduje się „pod rzuceniem” tego, co zeń „wyłożone”. Podmiot etyczny jest więc tym lub raczej – kimś – kto siebie „wykłada”. Tego rodzaju „wyłożenie” to cały własny mu świat. Stąd etyka to nic innego, jak ogół rzeczywistości istot rozumnych, zaś system etyczny – to próba ukazania tego wyłożenia – co jest, jak spróbuję pokazać później, dalece problematyczne. Zapisane podług nich słowa – to egzystencjalne, indywidualne interpretacje (czyli wprost - „wykładnie”). Litery czarne (i ich wariacje) – to próby odpowiedzi negatywnej, a co za tym idzie - również zawierające się podług pytania – czy może raczej – podług jego nastrojenia. Negacja staje się tu zrazu katalizatorem pesymizmu, czyli tego, co „najgorsze”. Pozostajemy jednak, co wyraźne, na gruncie odniesienia do-. Punktem ośrodkującym jest tutaj „postawione” pytanie, w wyniku czego uzyskujemy równie spetryfikowane odpowiedzi – oczywiście to „ustalenie” nie jest tutaj jakąś ontologiczną trwałością (co jednak jest kwestią nie tyle daleko trudniejszą, co rozległą i którą - być może - pozostawię na rzecz innego artykułu).

Zanim zwrócimy uwagę – jak by z dawna należało – na samo zapytywanie podług którego oraz którym wyjawia się nasza księga, warto dokonać najmniej pobieżnego oglądu jej treści – przy nie zagubianiu czucia dokonywania w ten sposób kolejnej egzystencjalnej reinterpretacji tegoż tekstu. W powyższych akapitach mojego wywodu, nie przez przypadek zresztą, pisałem o „istocie racjonalnej”, bowiem takie wyrażenie pozostaje jako możliwie najmniej określające, chociaż już samo w sobie, jeżeli chcielibyśmy być filozoficznymi purystami (sam mógłbym być przeorem tego zakonu), zawiera pewien naddatek generując tym samym swego rodzaju emfatyczne wybrzmienie. Powiedzieć „istota” i dodać do tego „racjonalna” to po prostu tyle, co popełnić multiplikację, bowiem gdyby zastanowić się, to „istota” to nic innego jak „dawanie istności” poprzez Istnienie (ujęte jako czasownik), zaś wszelkiego rodzaju „dawanie istnienia” musi pozostawać jako „umyślne” (znajdujące się u-myśli), a dokonując łacińskiej translacji – racjonalne. Nie zamierzam jednak dalej wchodzić w te, mocno zawiłe dla może jeszcze nie dość obytego czytelnika, rozważania – zresztą wspomniana już emfaza tegoż określenia (przynajmniej w tym przypadku) powinna nieść ze sobą skutek wręcz pożyteczny.

Co otrzymujemy, dysponując takim właśnie wyrażeniem? Moja odpowiedź na takie pytanie brzmi „nic”, czy też może (mówiąc ściśle) „możliwie najmniej” i jest to efekt pożądany. Nie mamy bowiem w takim wypadku jeszcze do czynienia z określeniem (czyli czymś zamykającym), lecz, co najwyżej, ze wskazaniem określenia (gdybym był naiwnym transcendentalistą mógłbym dodać „jako takiego”, ale tego rodzaju grzechy nie zaważają już na moim sumieniu). Mój protest przeciw spychaniu systemów etycznych w obręb humanistyki, nawet najszerzej rozumianej, bierze się nie z czego innego jak tego, że sama humanistyka to system etyczny, lub inaczej: stanowi częstokroć ważny fundament tychże systemów. Człowiek to naczelny aksjomat – i jak każdy aksjomat stanowi się jedynie jako efekt zawierzenia. Nie będzie zbyt zaskakującą obserwacją, że nasze naczelne pytanie podług którego wyjawia się księga – pytanie o sens życia – postawione jest już z niejako ludzkiej perspektywy, nie mamy tutaj już „istoty racjonalnej” lecz „istotę żywą” - wskazujemy więc już wyraźnie na pewnego rodzaju określenie „dawania istności”. Pytanie o „sens życia” pozostaje określone – wyraźnie eksplikuje się w nim aspekt skończoności, do-konania. I tyczy się to każdej próby odpowiedzi (czy może – powiedzenia) wobec/podług tego pytania.

Nie zamierzam dokonywać teraz szczegółowego przeglądu wspomnianych już systemów etycznych. Warto jednak zwrócić uwagę, że ich określoność, „domknięcie” jest cechą wszystkim im przynależną. Skończoność to niekoniecznie anihilacja istnienia, ale również wpisanie go w obręb jakościowego schematu – a to tyczy się w równym stopniu platońskich nauk o duszy, których adopcji na własny grunt dokonało chrześcijaństwo, jak i fizykalistycznego redukcjonizmu. Już samo oddzielenie (na gruncie chrześcijaństwa) między życiem doczesnym i wiecznym określa swego rodzaju schemat, któremu poddane jest „dawanie istności” przy ujęciu go w ramy ludzkiego życia w tym paradygmacie – a jest to jedynie jedno oczko w dogmatycznej sieci naszego rybaka. Ta jednakże – pośród innych – i tak jawi się jako stosunkowo luźna, zaś szczególnie obecnie, gdy została mocno nadszarpnięta. Można by szczegółowo prześledzić dzieje tego rozerwania – które zaczyna się gdzieś u korzeni niemieckiego idealizmu a apogeum osiąga u XX-to wiecznych egzystencjalistów francuskich, którzy szczególnie obficie bądź to bazgrali czarnym tuszem, bądź wydzierali kartki. Nie zamierzam jednakże tutaj, jak już wspomniałem, dokonywać szczegółowego „historycznego przeglądu”, lecz zwrócić uwagę na towarzyszący wszystkiemu fanatyzm i uległość wobec wspominanego już pytania, dzięki której nawet negowanie człowieka na powrót stawało się swego rodzaju afirmacją tego aksjomatu.

Wszystko to jednak nie miałoby być może aż tak niepokojących następstw, gdyby w XIX wieku nie doszło do katastrofalnej w skutkach renominacji (czy raczej denominacji) humanistyki, wobec której spójny dotąd człowiek uległ rozczłonkowaniu, a ona sama wstąpiła na ścieżkę, która to – wraz z kolejnymi zapętleniami czasu – miała doprowadzić ją do roli taniej nierządnicy nowego, o ironio, jakże ludzkiego, wielkiego systemu etycznego. Ten zaś – pozbawiony metafizycznego korzenia – wydaje dzisiaj swoje zgniłe owoce. Wydarzenia o których mowa - to oczywiście tzw. „przełom” pozytywistyczny, który doprowadził do oderwania pewnych dziedzin wiedzy (nie wdaję się teraz w dywagacje na temat tego terminu) od innych; jedne z nich potraktowano jako dominium tzw. „światopoglądów” (wspomniana już, wąsko rozumiana humanistyka), drugie zaś uznano za „naukowe”. W ten sposób zapomniano również wskazanego przeze mnie wcześniej rozumienia etyki, sprowadzając ją do „moralnych kodeksów” o których kształt toczone są „światopoglądowe batalie”. Dokonana w ten sposób polaryzacja, w efekcie której na jednym biegunie umieszczono człowieka jako „podmiot moralny”, zaś na drugim człowieka jako „przedmiot techniczny” okazała się nie tyle przyczynkiem i zapowiedzią lodu, który miał skuć ziemię (naiwni, którzy oczekiwali burzy), lecz pierwszym gwałtownym uderzeniem zimna, wzmożeniem trupiej szarości, zamykającej ostatecznie Oczy najnędzniejszego z bożków.

Humanistyka upadła, człowiek pogrążył się w nieskończonej agonii. Zawiniła, jak zwykle, cnota – ta bowiem aż nadto cechowała dekadencję końca XIX i początku XX wieku. Chorobliwa wierność pytaniu „o sens” doprowadziła z powołania psychotyczną „istotę ludzką” do szczytowych form samookaleczenia. Z beznamiętną żądzą bazgrano czarnym tuszem, udzielając negatywnych odpowiedzi na wszelkiej możliwe sposoby (co było efektem zbytku moralności), czasami tylko, nader nieskutecznie, próbując przedstawić jakiegoś rodzaju pozytywny projekt, zawsze jednak „w świetle naukowych rozstrzygnięć”. To zaś zbiegało się równym czasem z dynamicznym rozwojem wspomnianego już „ludzkiego przedmiotu technicznego” i specyficznej mu światowości, z których wyłonić się miał bodaj najbardziej hermetyczny system etyczny w znanych kartom katalogu sensów dziejach. Pieczęcią nowych dni – czasu ostatniego człowieka z wizji Nietzschego – stała się ostatnia wielka wojna światowa, która spetryfikowała bezsens jako sens życia ludzkiego. W stan oskarżenia postawiono wszystkie tzw. wielkie narracje, jednakże ograniczono się jedynie do wielokroć przeze mnie wspominanej pohańbionej humanistyki. Kościół postępu pozostał nietknięty – dogmatyzm redukcjonistycznego fizykalizmu stał się zdrowym rozsądkiem człowieka współczesnego, ostatniego człowieka. Bazgrze on księgę sensu brudnoszarym tuszem (barwa-owoc syntetycznej jedności czarnego i tęczowego) wcale jej nie znacząc, najbardziej pewny siebie jako takiego (każda interpretacja wyjawia się w łączeniu wszelkich pęknięć) niewolnik czasu.

Kluczowym twierdzeniem powyższego akapitu nie jest to, że taki to a taki „bieg dziejów” doprowadził do takiego to a takiego „skutku” – mówiąc coś takiego zgrzeszyłbym implikacją i tym samym niczym nie różniłbym się od atakowanych przeze mnie redukcjonistów, którzy tę właśnie mają w swoim herbie. Kwestia najbardziej w nim bodaj ważąca to oddanie nastroju współczesnego człowieka - pewności, uspokojenia i dookreślenia. Przedstawiona przeze mnie droga nie stanowi odkrycia czegoś, co „było”, ale wstępne kierunkowanie innego horyzontu. Być może wzniosę się (i to już w tekście pełniącym rolę otwierającego działalność „Archesis”) na szczyty intelektualnej ekstrawagancji, ale trzeba oszczędzić sobie prób przywrócenia godności osobie ludzkiej (w języku polskim ma to szczególnie perwersyjne wybrzmienie – zestawienie „osobności” oraz „ludzkości” czy „człowieka” w jednym pojęciu cuchnie hipokryzją), wzgardzić całą tą irytująco poprawną antropologią, kultem zwierząt prowadzących się na ubój. Zarzucając człowieka, a co za tym idzie pytanie o sens – tu nie wystarczy deklaracja – znów wychodzimy przed siebie samych. Nie ma już jednak za nami pewnego gruntu, nie ma również tak samo statecznej nicości, jak chcieliby cnotliwi immoraliści. To wykraczanie z całości dziejów, które – choć kierunkujące – drżą przed kolejnym krokiem niepewne tego, co zostanie im nadane. Najwspanialsze, co zapisano w tej od początku wspominanej przeze mnie Księdze Człowieka, co umożliwiało dodawać wciąż to nowe karty, nie wychodziło z niego, lecz z wielkiej niepewności.

Odważne przekraczanie to przezwyciężanie wszystkich sensów, wychodzenie poza karty księgi – to, co dane nam w niej dostrzegać, nigdy nie jaśnieje nam pełnią rozblasku – ta może stanowić siebie jedynie każdym z Nas. Stwarzanie siebie, wolna kreacja, woła każdego z jego głębi o odrzucenie pewności, przekreślenie arche, zasady, powrót do Istnienia – jako dynamicznego dawania istności – lecz bez spoglądania na Istnienie (to stanowiłoby się zamykaniem, nie zaś nowootwarciem). Wtedy drogą naszą są tylko niezliczone archai, które są uzasadnianiem wzmagającym wielką niepewność; ich gwiezdna rozliczność nie wymaga uchwycenia, lecz jedynie unoszenia, wyciągnięcia dłoni by nigdy nie sięgnąć, lecz podsycać ogień dążenia. Jeżeli ktoś miałby jeszcze wątpliwości – nie nawołuję do „odrzucenia wszystkiego co było”, lecz wręcz przeciwnie – do przyjęcia przy ciągłej re-strukturyzacji. Tylko ujmując na powrót naukę i humanistykę szerokim, jednoczącym spojrzeniem, możemy powrócić do przezwyciężania, wielkiej niepewności, w której imieniu (to zaś brzmi „filozofia”) znajduje się kres i nowo-poczęcie, poza wszelką władzą, wszelką zwierzchnością, wszelką stałością. Poza wszelkim człowiekiem.  

Aglarion
O mnie Aglarion

Znudzony filozof. Nie mylić z urzędnikiem z dyplomem filozoficznym.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura