Kwestia dziwki metafizycznej,
czyli czy transcendentalna etyka przeważa ku transcendentalnemu kurestwu?
Etyka transcendentalna to – mówiąc w skrócie i, co za tym idzie, w znacznym uproszczeniu – ujęcie metafizyczne w którym relacyjność międzyjednostkowa stanowi fundament ontologiczny. Jednostki nie istnieją bez relacji, relacje nie istnieją bez jednostek. Nie mamy tutaj do czynienia ani z koncepcją monadyczną, ani strukturalistyczną (relatywistyczną, czyli skrajnie relacjonistyczną). Etyka transcendentalna nie angażuje się w „tradycyjne spory filozoficzne” (monizm-dualizm, realizm-idealizm itp.) które – na marginesie – są raczej projekcją marnych historyków filozofii wynikającą z typowej dla jednostek przeciętnych skłonności do trywializującego szufladkowania (reifikowania).
Można zatem powiedzieć, że w ujęciu etyki transcendentalnej sfera fenomenalna funduje się na „pierwotnej” relacyjności międzyjednostkowej stanowiąc tym samym jej sposób przejawiania się. Indywiduum (czy też „dusza”, jak rzekłby Leibniz) przejawia się sobie, mówiąc słowami Szawła z Tarsu i Ingmara Bergmana – jak w zwierciadle. Jest to – rzecz jasna – ogromne uproszczenie; dusza oznacza tutaj „sposób bycia”, nie zaś „bycie czymś”, zaś „sposób bycia” to „bycie w relacji do-”, które można określić (w sposób wyraźnie noszący znamiona abstrakcji) jako „pozostawanie względem siebie” lub „bycie wobec”. Zanim wyraźniej wyeksplikuję możliwość rozumienia tych pozornie skomplikowanych formuł, wskażę na pewien zasadniczy podział, jakiego można – ale wcale nie trzeba – dokonać, gdy zajmujemy się etyką transcendentalną.
Podział, który tutaj zaprezentuję, ma charakter „czysto formalny”, a więc abstrakcyjny (abstrakcja - „wyróżnienie, wyjęcie czegoś ze struktury). Mamy więc z jednej strony podstawy ontologii, czyli „czystą etykę”, z drugiej zaś fenomenologię, którą możemy kolejno podzielić na epistemologię i aretologię. Jednakże w praktyce – co możemy zobaczyć choćby w pismach głównego przedstawiciela etyki transcendentalnej, Ł. D. M. Woźniaka – o żadnej z tych sfer nie można nawet próbować mówić jako o „wydzielonej”. Jednakże jedna z nich może, rzecz jasna pozornie, przeważać – i z takim właśnie pozorem będziemy mieć do czynienia również tym razem, wykorzystując ujęcie etyczno-transcendentalne do krótkiej analizy „metafizycznej dziwki”, z którą to – w osobie przede wszystkim księżnej Iriny Wsiewołodownej Zbereźnickiej-Podberezkiej – dał nam przyjemność obcować Stanisław Ignacy Witkiewicz.
Tak więc skuszeni możliwością bliższego zapoznania się z dziwką metafizyczną – musimy przede wszystkim zwrócić uwagę na to, w co przyjdzie nam się, ku większej swobodzie poruszania się w obliczu takiej persony, przyodziać. Interesujący w takiej perspektywie będzie przede wszystkim będący przedmiotem zainteresowania czystej etyki typ relacji, w jakie wchodzi dziwka metafizyczna. Można by rzec, co brzmi nieco dziwnie z racji znaczeniowego oddalenia tych pojęć w języku potocznym, że metafizyczna dziwka jest Nietzscheańskim twórcą, gwiazdą, jak jest to powiedziane chociażby w „Pieśni po nocy”. W etyce transcendentalnej wyróżniamy zasadniczo trzy typy relacji, w jakiej może pozostawać jednostka: dominacji, uległości i równowagi (terminy właściwe: przenikanie, bycie przenikanym, miłość). Należy tutaj zaznaczyć, co powinno być całkiem oczywiste, że indywiduum pozostaje w „nieprzeliczalnej ilości” relacji względem innych, co zaś za tym idzie – żadna z jego relacji nie jest „czysta” i „wyróżniona”, mówienie zaś o relacjach opiera się na dużej dozie abstrakcji (pomijam tutaj problemy związane ze statusem samego abstrahowania które również nie jest „czyste: i „niezaangażowane”).
Jak łatwo się więc domyślić – chociażby ze względu na odniesienie do Nietzscheańskiego twórcy – metafizyczna dziwka pozostaje przede wszystkim w relacjach dominacji względem innych jednostek. Jej rolę można przyrównać więc do zwierciadła lub promienia słonecznego – odbijając lub oświetlając wszystko inne sama pozostaje amorficzna, bowiem to ona określa poprzez przyjmowanie najszerszego możliwego pola określeń. To właśnie ze względu na owo bezformie pojawia się u Witkacego termin „metafizyczna książęca prostytuta”, który przetransponowałem tutaj – ze względu na własną moją wygodę – na dziwkę metafizyczną. Pozostając wpośród obrazów fundowanych w estetyce solarnej – promienie słoneczne mogą z jednej strony pozwalać wzrastać temu, co pozostaje w zasięgu ich tknienia, z drugiej zaś jest przecież w ich mocy obrócić toż samo w popiół. Pozorna ambiwalencja tego obrazu mogłaby chronić dziwkę metafizyczną przed własnym jej imieniem, w którym to przecież manifestuje się metafizyczny konsumpcjonizm, jednakże wtedy tylko, gdyby nie była pozorną ambiwalencją, lecz po prostu – ambiwalencją. W istocie bowiem każde przyzwolenie wzrastania ma ostatecznie na celu spopielenie; dziwkę metafizyczną można by w takim wypadku zwać również Babą Jagą wszelkiej transcendencji, logika jej działania polega bowiem na uprzednim utuczeniu swego obiadu.
Jakże więc dostojną – zwłaszcza w optyce powyższego akapitu – dziwką jest księżna Irina! I jakąż to miłością darzy Ją sam Witkacy, którego dzieło - „Szewcy” - w całości jest przecież niczym innym, jak zachwytem nad umiejętnością zarządzania metafizycznym burdelem, którą to Ona właśnie reprezentuje. Tym, co wzrasta (by stać się tym, kto wzrasta i wzrastać dalej) w Jej świetle jest zwłaszcza prokurator Scurvy, który z cnotliwego plastra czerwonego salcesonu staje się wykwalifikowaną prostytutką. Wraz ze wzrostem potencji, co dosyć oczywiste, wzrasta w nim niespełnienie; gubiąc kolejne kolory coraz to bardziej przypomina szklisto-zwierciadlaną Dziewicę, której to postać w swej nieistotności ośrodkuje pożądanie wszechświata. W tym wszystkim jednak pozostaje, co by nie mówić, jedynie marnym acz metafizycznie ubogaconym mieszczaninem, Matką Boską z parafialnego odpustu, nie zaś Madonną sykstyńską. Wszystko to „w sam raz” predestynuje go do roli psa na dworze księżnej Iriny, Przenajświętszej Dziewicy, Lustra Transcendentalnego i Dziwki Metafizycznej.
Ujęcie metafizyczne, jakie daje nam etyka transcendentalna, zdaje się więc przeważać ku transcendentalnemu kurestwu: czy może być inaczej? Dziwka metafizyczna, którą prezentuje swemu czytelnikowi Witkiewicz Stanisław Ignacy, odnajduje w końcu co najwyżej krótkie uspokojenie w postaci orgii z kupą kamieni, którą reprezentują dwaj dzielni Towarzysze. W owym czasie spływa Ona z matriarchatu ultrahiperkonstrukcji, jak kwiat transcendentalnego lotosu, między łopatki Boga ... Jednakże – w owym czasie. Irina nie stworzyła przecież na równi sobie gładkiego transcendentalnego lustra, nie odnalazła w żadnej spośród pozostałych postaci dramatu Arcydziewiczego Księcia Perwersji – gdzież by więc, w Jej przypadku, mówić o metafizycznym spełnieniu?
Jednakże. By drogi czytelnik mój – zwłaszcza, jeśli poczuwałby się do roli metafizycznej dziwki – nie udławił się płynącą z powyższych akapitów falą defetyzmu. Hasło transcendentalnych etyków brzmi: „Nic nie jest pewne, wszystko jest możliwe”. Tak więc, mimo co-raz postępującego zachłystywania się metafizycznym kurestwem, sama fundująca rzeczywistość logika kurewską nie jest. Zawsze więc należy szukać swego Księcia, swej Księżnej, swej metafizycznej dziwki, podobnego Mnie/Tobie, transcendentalnego lustra.
_________________________________________________________________________________
Artykuł ten znajdziecie również na moim facebooku:
Zachęcam także do odwiedzania mojego Twittera:
https://twitter.com/LithiumFeanor




Komentarze
Pokaż komentarze