Inna strona lustra:
Jej tam nie było.
Spoglądam milczącą strunę czasu. Ten rozkładający się, nadimienny organ boski spowija moje oczy irytującą nadwyraźnością. Bakterie gnilne – genotyp zyskany i trwalony przenajświętszą inkantacją ecce homo! – konają liczbę i harmonię. W cieniu bieguna mej epistemicznej nadwrażliwości, który wiedzie między czteroramiennym oddechem Euklidesa i zwie się manią, spoczywa niemoc. Niereflektujące miłości, lecz nieprzenikalne szare włókna dysonansu.
Wzniosłość począłem odnajdywać w głębokich wędrówkach, w chwiejących kontur lustra geometrycznych depresjach. Gdzie gaśnie język słoneczny, wtedy lśnią innych gwiazd źrenice. Arcyludzcy literaci zwykli pieścić swoje usta echem logosu pogranicza; bezimienne cienie były im „symbolem i alegorią”, dusznym naddatkiem tłuszczu. Odwracając oczy od agonalnego pojękiwania ich egoizmu płynę taflą ciemnej melodii.
Teraz jestem upiorem: nie lękam się szeptu nie noszących ludzkich masek liczb, dotyku płomieni innych aionów. Spojrzenia czarnych gwiazd przeświecające nadimienny fiolet trwożyły moje bachantki; milczeniem otulałem ich oblicza z wolna oblekając się szatą kairosa ku przyjęciu nocnych gości. Śmiechem kreślę te helleńskie symetrie wyplatając kolejne litery w imionach czasu, skraplając na skraju dłoni najszklistsze impresje. Pośród krystalicznych linii kołyszę wspomnienie nocy mojej Bladej Arystokratki.
„Wiesz, że gdy jestem blisko nie możesz się go bać” – szeptałem mojemu Dziecku przez słuchawkę telefonu – „Nie zawędrujesz zbyt daleko tej nocy. Przyjąłem Twego gościa, jestem chory, jestem bogiem. Nuda i frustracja. Będę ich szukać. Wzywać spoglądając czarne kąty i lustra. Pozostaniesz spokojna”. Odeszła. Zimna ciemność topiła we mnie ludzkie mięso, marny słoneczny akcydens. Otwierałem Oczy, zasypiałem.
Inna strona. Blady oddech pustej ulicy. Blady horyzont jestem cień przede mną Blada Arystokratka. Milczące, martwe okna. Kres Miasta krzyżuje się między dłońmi. Daleko bliżej jęczy tło. Bez ust, twarzy. Wyśmiewa nadmiar przymiotników. Unoszę ramię drżącym szarym niebem nad budynkiem szpitala. Tam ciemne piwnice zawsze spadają w dół, ja spływam się ze ścianami patrząc w ich czarne otwory, będąc na zewnątrz przed innymi drzwiami z drewna. „Idź” – szepcze dotyk Bladej Arystokratki – „Ty nikogo się boisz. Będę zawsze za twoimi plecami. Zawsze. Tam są wielkie, czarne cienie których się nie boisz. Idź jeszcze dalej”. Bez kroku spoglądam wąskie drewnem korytarze, otchłanne usta piwnic którymi jaśnieje jakaś obca gwiazda. Znałem je. Choroba, oczy boga, zabiły już kiedyś lęk. Dlaczego więc – widząc mnie tam wespół w bladym uśmiechu dziewczynki – drżę?
„Nie powinniśmy tam iść. Nie teraz” – powiedziałem rzucając oddech w jakiś kontur płynący torami brzegiem Miasta. Uciekałem bezdennej powierzchni lustra, budziłem spojrzenie z głębokich akordów. Leżałem na skraju rozchylającej się powieki słonecznej. Otulony pierwszą impresją chciałem porozmawiać z Bladą Arystokratką, uporządkować i zwolnić bieg narracji, pokusić się o małą korektę stylu, zrozumieć tę wizytę.
I pojąłem wtedy, że się myliłem. Jej tam nie było. To tylko ktoś inny szeptał, oddychał za mną tam, na dole. To był tylko ktoś obcy.




Komentarze
Pokaż komentarze