autor Zygmunt jan Prusiński
autor Zygmunt jan Prusiński
ZygmuntPrusiński ZygmuntPrusiński
12
BLOG

Dziennik pisarza Karola Zielińskiego z Krakowa

ZygmuntPrusiński ZygmuntPrusiński Kultura Obserwuj notkę 0

Dziennik pisarza Karola Zielińskiego z Krakowa

30.11.2011 00:38



@Zygmunt Jan Prusiński

Dobry Panie Zygmuncie, piszę tylko dla Pana, bo być może coś z tego do Pana w sposób niedostrzegalny przylgnie. Powinien mi Pan zarzucić hipokryzję, że namawiam Pana do przemieniania się w karalucha i pająka (bo cała natura jest podła i paląca jak pokrzywa), chwalę, że jako pająk wreszcie polewa Pan srebrzystą spermą te "niedobre" kobiety, a sam bredzę, że gdybym spotkał, żydówkę, Izraelitkę, śliczną, ciemnooką Rachel, o słodkich ustach (jak żona Jakuba z Księgi Wyjścia) to bym się jej chciał spuszczać jak do naczynia łączącego niebo z ziemią. (Żydzi wiedzą, że w swych kobietach mają skarb), czyli, że sam chcę dostąpić przebóstwienia a Panu proponuję zezwierzęcenie. Zrozumiałem to po paru godzinach po napisaniu. Ale niestety żeby zrozumieć, trzeba wpierw napisać. I proszę traktować to pisania jako teksty, jako licencję poetica, jako coś co ma gospodarza poematu, a ja tylko jestem skromnym sługą, do zapisywania słów, które często słyszę gdzieś z góry.

Zresztą tak jak i Pan. A propos, Pan napisał, że kobiety musowo powinny spermę do siebie przyjmować, a ja powiem, że niekoniecznie. Bo znam takie, które oddają się młodym samcom po to, żeby im się ejakulowali na piersi, szyje, twarze, brzuchy etc., a one wcierają w skórę młodą spermę pełną witamin do hormonów wzrostu. Dzięki temu mają młodszą skórę.

Jednakże, to o czym teraz mówimy jest pierdołą wobec tego, co chcę przedstawić Panu jako tekst dramatyczny. Dlatego najbardziej się boję iść do lasu, gdzie mnie niespodzianie złapie stalowa linka za nogę, pociągnie do góry, tak że zawisnę trzy metry nad ziemią i wołanie o pomoc nie usłyszy nikt. I umrę jak ta sarna, na które były zastawione te wnyki (a propos, znajomy mi osobiście kłusownik i pijak, rok temu się powiesił). Ten tekst jest poświęcony tym sarnom umierającym we wnykach w pozornie opuszczonym lesie., i jest to ciąg dalszy poprzedniego odcinka skierowanego do Pana na temat poetyckiej twórczości. Niech to będzie o śmieci miłości, dziewczyny i sarny...

Miałem kiedyś kochankę, która mi mówiła: „Odejdź, nie liż mnie! Jesteś jak wesz i niczym się od niej nie różnisz. Masz taki sam zmysł smaku jak i wesz, dotykiem rozpoznajesz ciepło, tak jak wesz. Brzydzę się ciebie! Jak wszy!”
Tak mówiła i miała słuszność. Nie miałem odwagi napisać dla niej ani jednego wiersza. Bo jakże pisać wiersze będąc wszą? Można pisać wiersze będąc wszą, do drugiej wszy, bo się będzie zachwycać wszawym zachwytem i niczego nie zauważy. Ale ja nie mogłem pisać do tej kobiety, która widziała, że gdy napisze dla niej wiersz, taka wesz jak ja, to ona sama stanie się wszą. Gdy ludzka wesz pisze wiersz miłosny dla kobiety która jest człowiekiem (bo rozpoznaje ze wstrętem w sobie i w kochanku wesz), to ten wiersz ludzkiej wszy (wszawego kochanka) robi z jej człowieczeństwa i z niej samej wesz!

Miałem o to wieki żal do Boga, że ona ma rację i zżerała mnie do Niego straszna nienawiść.
„Jesteś zbędny w tym świecie – mówiła mi kochanka - tak jak wesz, bo nie dajesz nic od siebie, tylko bierzesz krew i pot, dając złudzenie odbierasz po pewnym czasie nadzieję! Zamiast coś dawać, to tylko sam ssiesz, aby żyć.”
A tymczasem, jeśli nie będziesz ssał, umrzesz. Co więcej, jeśli będziesz coś z siebie dawał, też umrzesz. Jesteś więc zbędny. O prawdziwości jej słów, że podczas dawania czegoś z siebie, zarówno wesz jak i człowiek, umiera (na rzecz tego, komu daje), przekonałem się nieraz w swoim dalszym życiu. Dawać z siebie niczego nie wolno, bo to oznacza straty nie do odrobienia, dziadostwo materialne i duchowe, pomniejszanie swoich szans na przeżycie i czasami szaleństwo, a rezultacie szybszą śmierć. Tylko egoiści mają rację i są szczęśliwi. Altruizm bierze się z poczucia niższości, z dziadostwa i głupoty. Ten kto słucha zabójczych nauk kościoła, że trzeba być dobrym, miłosiernym, szczodrym etc., ten wyrządza sobie krzywdę i niepowetowane straty. Nie wolno słuchać tych kościelnych kłamców i oszustów. Pod tym względem Jezus też był szaleńcem i kłamcą. A może kłamał z głupoty, żeby dostać na „krzywy ryj” dobre jedzenie i picie od swoich naiwnych wielbicielek i wielbicieli? Cóż z tego, że jest prawdą iż miłość prawdziwa jest wtedy, gdy przyjaciel za przyjaciela oddaje życie. To prawda.
Ale gdy się umrze, już się nie ma żadnych potrzeb. Sprawa jest prosta i rozwiązuje się sama, co ma miejsce dalej po spełnieniu dobrego uczynku, wskutek którego pozbawiliśmy się środków utrzymania? Oddaliśmy (w imię miłości Chrystusa) to co mamy, a żyć trzeba dalej, a my nie mamy nic!

Gdy się wyrządza jakieś dobro przyjacielowi albo innemu człowiekowi, to pozbawia się siebie szans na lepsze życie i żyje się w gnoju i nędzy. Jeśli się robi komuś dobro, i mimo wszystko nie traci się z tego dobra nic istotnego, to znaczy, że się skłamało, że się nie dało nic, albo udzieliło dobra cudzego, zabierając komuś innemu, samemu nie narażając na stratę swego dobra. Jan Paweł II, tak jak i reszta księży, tak udzielał dobra i tak wspierał maluczkich, że sam niczego nie dając, ogłaszał składki na biednych, wśród jeszcze biedniejszych i w ten sposób to co złupił z biedaków, którzy mu dobrowolnie, za wizję życia wiecznego, składali swoje grosze, udawał wielkiego dobrodzieja i szczerego filantropa. Tak czyni cały kościół wzorem Jezusa. Bogate kobiety i ich zbałamuceni mężowie utrzymywali Jezusa i jego wesołą kompanię.
Więc czy człowiek brzmi dumnie? Wątpię. Dumnie brzmią, ci męczennicy, którzy oddają życie za przyjaciół, albo przejrzeli oszukańcze gówno tego świata „na wylot” i zabili się uznając, że nie watro żyć życiem wszy. Ale takich jest niewielu. Reszta powinna łby opuścić na dół, ze wstydu i morda w kubeł!

Jakże więc Panie Zygmuncie jest z tym człowiekiem, z kobietą godną naszej miłości dla której piszemy wiersze?
No dobrze, że piszemy, ale piszemy je w sposób bezkrytyczny. I to jest lekki przytyk do Pana, bo gdyby zrobić analizę matematyczno-procentową Pana wierszy, to by wyszło, że 95 procent jest bezkrytycznych zachwytów nad ciałem, sercem, umysłem, dowcipem etc. kochanki, a tylko trzy procent podejrzliwych wahań i dwa procent szczerych wyznań, w stylu: „ nie wiem – jestem, jak dupa wołowa!, udaję tylko że wiem jak trzeba kochać, ale bez pana Karola, nie wiem jak ruszyć członkiem w kawie”. Niech się Pan nie przyjmuje, tym że nie umie Pan „ruszyć” członkiem w pochwie kobiecej, czyli „filozoficznie" nie wie „po co” (tak twierdzę!). Bo czyżby bez tego miał Pan tyle nieudanych prób zapłodnienia i urodzenia! Niech Pan spyta żyda, ile mu żona wyskrobała dzieci! A Pan przecież sam napisał, że gdyby nie skrobanki, to miałby Pan jedenaścioro dzieci! Czyli wychodzi na moje, że goj i katolik nie wie po co ma kutasa i nie wie jak nim w pochwie ruszać!
Oczywiście można ruszać bez uzasadnień, (co bardzo odpowiada masonerii, żeby się hołota mnożyła bez pojęcia jak króliki), ale co ciekawe, nasz Adam Mickiewicz, też nie wiedział, jak ruszać i po co w piździe „ruszać”, dopóki mu Andrzej Towiański nie podsunął Ksawery Deybel i nie poinstruował go do czego pizda służy. To wszystko jest w pismach mistycznych Mickiewicza i w opracowaniach typu „Mickiewicz hermetyczny” albo na temat „Monsalwatu”.

Zastanawiam się oceniając poszczególne wersy pod względem ich aprobatywności do standardowego człowieczeństwa (i zadekretowanego administracyjnie, a także ustalonego w kodeksie kanonicznym!), czy aby rzeczywiście, tak jest w istocie. I dochodzę do wniosku, że te Pańskie leciutkie wahania (co do tego, że ten świat jest psią budką na kurzej nóżce i się chwieje, a diabli go podtrzymują kijami od miotły), są ledwie zarysowane. Jesteś Pan eleganckim, galantnym gentlemanem wobec „płci pięknej” (gdy jest ubrana i wymalowana, i wykąpana, a między nóżkami nie śmierdzi!) i miłosierny wobec Boga (co jest prawidłowym odruchem u przyzwoitego człowieka, który jest przyzwoitszy niż Bóg)! No, mnie by nie przyszło do głowy stwarzać hurtem, na tej samej zasadzie, na tej samej sztancy, człowieka i jego wesz. Co za lenistwo! Co za ignorancja i błazeństwo! Bóg się tego cwaniactwa uczył chyba u Lisa Przechery!

Kiedy byłem młody, moja była kochanka (biolog), kiedy sięgałem po członka, mówiła: „Nie chcę tak, zrób to inaczej. Nie tak jak wesz!”. No ale jak tu „to” zrobić inaczej, skoro wszystko co żyje robi „to” tak samo, od tyłu (czy od przodu) jedno na drugie wyłazi, jak robactwo.

Dobrze że jej Pan, bohaterce Pańskich wierszy, nigdzie nie obiecuje, że będziecie mieli dzieci. W Pańskiej postawie nawet czuć lekką skłonność do białego małżeństwa. Jakby ledwie zasygnalizowana niechęć do obcowań płciowych sensu stricte. Niech się Pan nie przeraża. Białe małżeństwo, też może oszukiwać zobowiązania wobec Kościoła czystości seksualnej w związku. Przecież biali małżonkowie mogą uprawiać petting, a jeśli to za dużo dla Pańskiego wrażliwego sumienia, to przecież nikt Panu nie zabroni całować ukochanego ciałka, a nawet ssać jej pieprzyków koło samej łechtaczki. Pod warunkiem, że ona sama jest przykryta. Czy jest to w miłości konieczne? Oczywiście, że jest, jak najbardziej! Bez akcji, bez konsumpcji seksualnej, nie ma radości i nie ma miłości i nie ma sensu, nie ma grzechu i strachu przed zatraceniem.
Powiem więcej, ten mężczyzna, który nie poznał prawdziwego ostrego zapachu niemytych genitaliów płciowych kobiety, ten nie poznał wcale co to jest seks i jego stosunki z wymytą waginą byłyby grzeszne, wszeteczne i lubieżne. Wcale nie różniące się od stosunku dwóch pederastów. Bo najpierw jest dokładne wymycie waginy, potem wystrzyżenie i wygolenie, żeby była niepodobna do niczego, a potem zrobienie z niej budki na szpaki! Bo prawdziwemu chłopu, bez wiagry nie stanie. Jak w rzymskim lupanarze! Czy Pan wyobraża sobie miłość dwóch takich, którym „to” sprawia zamiast rozkoszy, ból? Nie mówimy tu o masochistach, bo ból im sprawia przyjemność.
Jak to dobrze, że ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że są wszami, boby ze wstrętem uciekali od siebie. A przecież ssą siebie jak wszy i czerpią z tego radość. Jest to radość wszy. Tak jak człowiekowi, gdy ma w brzuchu dobre jedzenie, jedzenie to sprawia brzuchowi radość, tak samo wypita przez wesz krew ludzka sprawia brzuchowi wszy rodzaj istotnej rozkoszy, aż jej się penis pręży do ruchania, bo przecie życie jest piękne i trzeba go przedłużać! Rodzi się sedno zadowolenia z sensu wszawego życia!

Gdy kochanek ssie kochankę, to jest w tym akt ludożerstwa. Jest to symboliczne zjadanie, od którego mu przybywa sił biologicznych i witalnych (np. członek się dźwiga do erekcji). Stosunek też jest wymianą płynów i wzajemnym pożywianiem się ciałem. Oczywiście dusza też z tego korzysta, widząc zadowolenie swego ciała. Ludożerstwo miłosne wśród ludzi, kiedy nawzajem zlizując z siebie (nieświadomie) naskórek, pożywiają się sobą, jest jak i picie krwi przez wesz, jest przyjemnością. Jedzenie jest przyjemnością, a gdy go nie ma, głód jedzenia i głód wchłaniania w siebie jakiegoś ciała zmusza nas do gwałtownych poszukiwań. Miłość jest więc przykazem natury. Seks nie musi sprawiać przyjemności ale musi się odbywać, jak ssanie. Ci co go nie mają (jak np. ja) chorują na smutek istnienia. Gdybym sobie często „ulżył”, to na pewno by mi się zmieniła optyka patrzenia. Kobieta przecież jest dla mężczyzny cudownym lekarstwem, chociaż wszystko odbywa się między nimi tak jak u wszy. Oczywiście nigdy bym kobiecie tego nie powiedział, że całując ją, robię to jakby ją ssała wesz. Ale czułbym się jak wesz, bo cóż jej mogę istotnego ofiarować, cóż jej mogę dać? Mogę dać siebie, ale wtedy siebie stracę. Zostanę jej niewolnikiem. Więc ta opcja odpada. Ona sama powinna ją wspaniałomyślnie odrzucić. Mogę jej dać pieniądze albo jakieś dobra materialne, ale już to wypraktykowałem z innymi i zrobiły mnie dziadem. To też nie wchodzi w rachubę. Wiec mogę jej dać „poezję”, jako oszukańcze obietnice gruszek na wierzbie. Ale czy to uczciwe? Wszystkie ruchy są fałszywe, niegodne, zbędne i świadczące, że człowiek jest stworzony źle, wadliwie i do kitu. Już wesz jest lepiej stworzona, bo nie ma (być może) takich dylematów moralnych. Pod tym względem, że wesz nie ma dylematów, tak samo jak wszawy Bóg. Można mówić, że wesz jest stworzona bardziej na obraz i podobieństwo Boga niż człowiek. Człowiek na tle tej dwójki się korzystnie wyróżnia sumieniem i wrażliwym smakiem moralnym. Nie będę jej ssał, skoro ona nie może mnie ssać. A ssać kobiecie, ani nikomu, się nie dam, bo to dla mnie strata, która pomniejsza moje szanse życiowe i robi mnie żebrakiem.

Najpierw pozwolę jej się ssać, potem zasmakuję w tej przyjemności, a potem, będzie ona za te przyjemności wyciągać ode mnie pieniądze. Bo od kogo? Więc ssać i pasożytować na drugim mogę tylko ja. Dobrze sobie z tego zdaje sprawę burżuazja, wypijając wszystkie soki życiowe z robotników i z innych biedaków, takich jak wyrobnicy, lokatorzy mieszkań czynszowych, klienci chciwych adwokatów, chorzy pazernych na pieniądze doktorów itp.
A skoro człowiek zda sobie sprawę, że nie chce się dać wyssać (i po wyssaniu porzucić) to w istocie rzeczy jest na tym świecie zbędny. Już ani on nikogo nie chce (poezji również), ani jego nikt nie chce! Jest niepotrzebny dla kobiet, które nie mogą go dorwać, wyssać i kopnąć do śmietnika jak ogryzek.

Panie Zygmuncie, poeto zaślepiony tokowaniem o miłości, strumień krwi spływa z ciebie, jak promień o zachodzie z pól, z ludzi i rzeczy, że minął jeszcze jeden dzień niespełniony. A dopiero teraz po latach, ja rozumiem (za późno), jak trzeba było dziękować (wraz z kobietą, z którą się było, żyło i kochało) i wielbić los, za ten każdy dzień.


Zygmunt Jan Prusiński Słoneczne bolero w twoich udach

Zygmunt Jan Prusiński – dawniej słupski poeta, obecnie mieszka w Ustce. Pierwszy wiersz napisał w Otwocku, gdy miał 14 lat. Dzisiaj, mając 71 lat, nie potrafi powiedzieć, ile wierszy wyszło spod jego pióra. Sądzi, że ze trzy tysiące i że złożyły się na 53 książki. Ale w Słupsku wydał tylko dwie: “W krainie żebraków słyszę bluesa” i ostatnio “W ogrodzie Norwida” (2014) nakładem Starostwa Powiatowego. Inicjator powołania Grupy “Wtorkowe Spotkania Literackie”, w młodości przewodniczący Korespondencyjnego Klubu Młodych Pisarzy w Słupsku. W 1980 roku na III Sesji Literackiej na Zamku w Bytowie, jury, któremu przewodniczył Roman Śliwnik, przyznało mu pierwsze miejsce za erotyk w Turnieju Jednego Wiersza. Romanowi Śliwonikowi poświęcił wtedy kilkanaście wierszy, teraz zamierza poświęcić mu całą książkę.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura