Jacek Sasin, były wiceszef Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, udzielił "Naszemu Dziennikowi" obszernego wywiadu, w którym poruszył szereg tematów i problemów związanych z katastrofą smoleńską. Skupmy się tu na niektórych z nich.
Przed tygodniem po ujawnieniu w mediach notatki świadczącej o tym, że rozdzielenie wizyty premiera i prezydenta odbyło się na życzenie strony rosyjskiej, sugerował rzecznik rządu Paweł Graś, iż była to wspólna decyzja obu kancelarii. Jacek Sasin odtwarza chronologicznie wydarzenia, by zaprzeczyć wersji rządowej.
Nie było więc oficjalnych kontaktów urzędników premiera i prezydenta w tej sprawie. Ponadto był medialny nacisk, by Lech Kaczyński zrezygnował z wyjazdu. Dopiero na początku marca prezydent dowiedział się z mediów, że będą dwie wizyty. Dzisiaj wiemy, iż Rosjanie osiągnęli swój cel, natomiast problematyczna staje się decyzja Donalda Tuska w tej sprawie.
D. Tusk, Br. Komorowski oraz inni politycy PO wytwarzali przez lata atmosferę, która dezawuowała autorytet głowy państwa. To D. Tusk wypowiadał słowa: "Mnie pan prezydent nie jest do niczego potrzebny". Atmosfera ta mogła przyczynić się do tego, że poszczególne instytucje państwa nie przykładały się należycie do zapewnienia Lechowi Kaczyńskiemu niezbędnego poziomu bezpieczeństwa.
Rozmówca wspomina, jak pospiesznie mianowany szef kancelarii J. Michałowski naciskał na przygotowanie dokumentów stwierdzających zgon prezydenta, by Br. Komorowski mógł podjąć funkcję. Jacek Sasin widzi w tym tylko wstęp do skoku na państwo, w którym wykorzystano tragedię, by jak najszybciej opanować wszystkie ośrodki władzy.
Były urzędnik Kancelarii Prezydenta jest ostrożny w swych sądach i daleki od krytyki poszczególnych instytucji państwowych, np. prokuratury polskiej czy funkcjonaruszy BOR-u. Przypisuje jednak premierowi Tuskowi winę za to, że zgodził się na taką, a nie inną formułę śledztwa. Strona polska stała się petentem w sprawie, a to uniemożliwia dalsze postępy w wyjaśnianiu katastrofy.





Komentarze
Pokaż komentarze (7)