Dwie kadencje rządów lewicowo - liberalnych doprowadziły Węgry na skraj bankructwa. Premier Ferenc Gyurcsanya zręcznie posługiwał się PR-em, udowadniając swym rodakom, że ich kraj jest wyspą dobrobytu i stabilności. Równocześnie obywatele coraz bardziej dostrzegali rozdźwięk między obrazem przedstawianym w mediach a realną rzeczywistością.
W końcu wiosną br. wygrał Fidesz, partia obecnego premiera Viktora Orbana. Było to spektakularne zwycięstwo, w którym prawicowa partia uzyskała 68% mandatów w parlamencie, co daje większość konstytucyjną. Wcześniej, w czerwcu 2009r. Fidesz wygrał wyraźnie eurowybory, a ostatnio wybory samorządowe.
Viktor Orban ma pełnię władzy w kraju, która pozwala mu uporządkować podupadłą gospodarkę i mizerne finanse oraz wprowadzić nowy ład medialny. Uwieńczeniem tych zmian będzie nowa konstytucja, która pozbawiona będzie elementów postkomunistycznych.
Przez osiem lat był obecny premier negatywnym bohaterem doniesień telewizyjnych i prasowych. Media wspierały rząd socjalistów strasząc obywateli widmem powrotu Orbana do władzy. W końcu jednak Węgrzy poczuli się oszukani przez rząd lewicowy i w obawie przed bankructwem kraju oddali gremialnie głos na szefa Fideszu.
Czy spełni się w Polsce scenariusz węgierski?
Widzimy dużo podobieństw w rzeczywistości węgierskiej, gdy rządził Gyurcsanya, i polskiej pod rządami Donalda Tuska. Zadłużanie kraju w celu utrzymania władzy, medialna propaganda sukcesu, straszenie przed powrotem Orbana na Węgrzech czy J. Kaczyńskiego w Polsce. To powinno mieć swój koniec, ale pamiętajmy, że na Węgrzech trwał festiwal dobrych chęci przez osiem lat. Stanowczo za długo jak na warunki polskie.
Odpowiedzią na pytanie zadane w tytule tekstu będą wybory samorządowe. Przegrana PiS-u poniżej ośmiu procent stwarza nadzieję na zmianę władzy, która może nastąpić za rok.



Komentarze
Pokaż komentarze (90)