Za pół roku otworzą Niemcy swój rynek pracy dla wszystkich mieszkańców UE, co w praktyce oznacza, że obywatele Polski i innych krajów byłego bloku wschodniego będą mogli tam szukać pracy. Ekonomiści niemieccy upatrują w tym szansę na przyspieszenie rozwoju gospodarczego swego kraju, a tymczasem politycy zastanawiają się nad aktualnymi problemami wynikającymi z nadmiaru cudzoziemców.
Chodzi przede wszystkim o czteromilionową ludność muzułmańską pochodzącą w większości z Turcji. W sierpniu br. polityk SPD Thilo Sarrazin opublikował książkę, w której przedstawił kłopoty związane z imigrantami z Bliskiego Wschodu. Żadna inna grupa - według autora - nie jest tak mocno kojarzona z roszczeniami pomocy społecznej i z przestępczością.
Wywołało to burzliwą ogólnoniemiecką debatę, a sam Thilo Sarrazin wiedział, kiedy wydać swą książkę. Uczynił to w wieku 65 lat, by móc przejść na emeryturę po (ewentualnej i faktycznej jak się okazało) utracie lukratywnych stanowisk w banku i w partii.
Dyskusja trwa. W sobotę na zjeździe młodych członków CDU powiedziała kanclerz Angela Merkel, iż próby stworzenia w Niemczech społeczeństwa wielokulturowego całkowicie zawiodły. Idea "multikulti", według której żyliby zgodnie obok siebie ludzie o różnych korzeniach etnicznych, kulturowych i religijnych nie sprawdza się. Kilka dni wcześniej podobne zdania wypowiadał szef bawarskiej CSU Horst Seehofer.
Pięćdziesiąt lat temu przybywali pierwsi muzułmańscy pracownicy, których zwano Gastarbeiter (robotnicy w gościnie). Swą ciężką pracą przyczynili się do szybkiego rozwoju gospodarki Niemiec. A jako że nic na świecie nie jest za darmo, płacą teraz gospodarze gotówką i przyjmowaniem problemów na swe barki.



Komentarze
Pokaż komentarze (43)