Sokolniki koło Sandomierza były w tym roku dwukrotnie zalane przez tegoroczną powódź. Stały się teraz jednym placem budowy.
Dom pani Marii nadawał się tylko do rozbiórki. Teraz zaczęła budowę nowego domu, sama, bo jej mąż rozchorował się, widząc zniszczenia spowodowane przez wodę, i zmarł w czerwcu. Pani Maria dysponuje rodzinnymi oszczędnościami i odszkodowaniem z firmy ubezpieczeniowej. Czeka jeszcze na pieniądze obiecane przez rząd.
Także pan Józef czekał na rozpoczęcie prac do połowy października. Teraz, korzystając z pomocy rodziny i sąsiadów, remontuje zniszczony dom i buduje dodatkowe piętro, które może zabezpieczyć życie w przypadku nowej powodzi. Spieszy się, bo nadchodzi zima, a ponadto musi rozliczyć się z wydanych pieniędzy do 10 grudnia. Spieszy się, bo rodzina mieszka teraz w wydzielonej części stodoły.
W wielu gospodarstwach stoją kontenery mieszkalne, ale tylko nieliczne rodziny spędzą w nich zimę. Jest w nich zimno i wilgotno, a ponadto od listopada trzeba będzie płacić za niego 300 zł miesięcznie.
To są tylko wybrane fakty z obszernego reportażu pt. "Biurokracja nie przejmuje się zimą" zamieszczonego we wtorek w "Naszym Dzienniku". Przez kilka dni szukałem w wielu gazetach dalszych informacji o życiu powodzian i ich aktualnych problemach. Nie znalazłem nic. Media uznały, iż rozterki polityczno - światopoglądowe Palikota są bardziej interesujące niż sprawy ludzi, z których tysiące straciły swe domy, mieszkania, i którzy teraz muszą uporać się z różnymi przeciwnościami: chłodem, niewygodą, brakiem pieniędzy, biurokracją.
Pozostawieni często samym sobie nie tracą nadziei i walczą o swój i swojej rodziny powrót do normalnego życia. Dziennikarze powinni to rejestrować, powinni też czuć się zobowiązani do przekazania społeczeństwu licznych i obszernych informacji o tym, co jest ważne.



Komentarze
Pokaż komentarze (18)