Żadna Targowica. Nasz problem to kompradorskie elity

Woś: Określenie "Targowica" do mnie nie przemawia.
Woś: Określenie "Targowica" do mnie nie przemawia.
Czy Polska jest dorosłym, wolnym i suwerennym krajem? Czy też najlepszym losem, jaki może nas spotkać, jest rola ulubionego grzecznego przedszkolaka srogiej pani wychowawczyni? Martwi, że tak wielu wpływowych Polaków wybiera to drugie.

Czy demokratycznie wybrany polski rząd ma prawo podejmować kluczowe dla obywateli decyzje? Czy też może ostateczne decyzje powinny należeć do kogoś, na kogo wybór nie mieliśmy żadnego wpływu? A kto jest od nas bogatszy, potężniejszy albo mądrzejszy? A jeśli to drugie, to jak pogodzić to z pięknym (ale w tej sytuacji pustym) pojęciem „demokracji”? To są pytania, które stanęły przed nami tej jesieni. I to bardzo dobrze, że stanęły i nie są już dłużej zamiatane pod dywan. Od odpowiedzi na nie zależy przecież nasza przyszłość. 

Czytaj też: 



Nigdy nie przemawiał do mnie termin „Targowica”. Odwołanie do konfederacji zawiązanej w 1792 roku na polecenie carycy Katarzyny II uchodzi do dziś za symbol narodowej zdrady. Oto przedstawiciele możnych polskich rodów (Branicki, Potocki, Rzewuski czy Kossakowski) zaprzedali się obcym mocarstwom, żeby zablokować próbę wybicia się Rzeczpospolitej na niepodległość i nowoczesność.

Ale wołanie „Targowica!!!” - tego terminu w dzisiejszym kontekście nigdy do mnie nie przemawiało. Nie wiem, może termin zanadto nasiąkły histerycznym nastrojem? Może ciut za bardzo bardzo patetyczny? A co za tym idzie łatwy do obśmiania i zbicia przez oponentów. Puszczających oko, że owszem - coś nie tak. Ale raczej z tymi, co… krzyczą „Targowica!!!”. A nie z tymi, których postępowanie ma ten termin opisywać. A może było na krzyk dotąd „Targowica!!”wcześnie? A jednak może zbyt łatwo nim szafowano? Może...

Ale oto teraz dzieje się wokół nas jednak coś bardzo ważnego. Jesienna ofensywa niektórych instytucji Unii Europejskiej oraz części zachodnich stolic jest bezprecedensowa. Wzięcie należących się Polsce pieniędzy na pocovidowy Fundusz Odbudowy jako zakładnika. Celem oczywiście wymuszenia od polskiego rządu uległości. Wyrok TSUE w sprawie Turowa mający wpływ na realne życie tysięcy (albo i więcej) polskich obywateli. Wyrok, od którego nie ma odwołania i który ingeruje w polskie sprawy tak dalece, że rząd nie może się na niego zgodzić bez zdrady interesów swoich ludzi.

Albo ciągłe przykręcanie tempa zielonej „terapii szokowej”, która może się dla nas skończyć podobnie jak ta balcerowiczowska sprzed 30 lat. I wreszcie „debata” w Europarlamencie, na którą uczestnicy weszli z góry przyjętą tezą i w czasie której pozostali głusi na wszelkie argumenty. To wszystko pokazuje już bez żadnych osłonek, że siły nadające dziś ton w UE nie godzą się z demokratycznym werdyktem polskich obywateli, którzy w wolnych wyborach wyłonili taki, a nie inny rząd. I że zrobią wiele, by przyczynić się do zmiany naszego rządu na taki, który im się podoba.

Reakcja części polskich elit politycznych, medialnych i symbolicznych na te posunięcia Europy jest jednoznacznie pozytywna. Mówią bez ogródek: „śmielej Unio, śmielej”. Obal tych wstrętnych kaczystów! No prędzej! Ileż mamy czekać? Jak opisać taką postawę? Targowica (ze wskazanych wyżej powodów) nie pasuje. Dużo bardziej trafnie byłoby mówić o zjawisku kompradorstwa.
Termin „komprador” pochodzi z języka portugalskiego. I określa „nabywcę”. Początkowo nazwano w ten sposób przedstawiciela lokalnych elit w Azji Wschodniej - głównie w Kantonie i w Makao. Komprador pośredniczył w wymianie towarów z krajami bogatymi. Stopniowo jednak te kraje zaczęły swoich „partnerów” kolonizować. Zmniejszając zakres i formalnej i faktycznej niezależności. Czasem taki obszar był włączany w skład imperium kolonialnego wprost. Czasem pozostawał głęboko uzależnionym i w zasadzie niesamodzielnym dominium.

Tak w jednym, jak i w drugim przypadku kompradorzy wygrywali. Stali się dominującą elitą. Preferowaną, uprzywilejowaną i dopieszczaną przez centralę w Londyn, Berlin, Amsterdam czy Lizbona. W ten sposób kompradorzy stali się faktycznymi namiestnikami kolonii i dominiów. Dużo lepszymi niż ten i ów wicekról przywieziony z centrali w teczce. Mówili przecież w lokalnym języku. Znali lokalną specyfikę. Z czasem stworzyła się z tego cała klasa. Burżuazja kompradorska.

Przy pomocy kompradorów zarządzano niegdyś Chinami i połową Dalekiego Wchodu. Do dziś jest to palący problem w Ameryce Łacińskiej oraz Afryce. Zjawisko jest dobrze opisane w literaturze ekonomicznej i politologicznej. Nierzadko powstającej nawet pod egidą ONZ czy MFW. Ekonomiści tacy jak Argentyńczyk Raul Prebisch, Egipcjanin Samir Amin czy Hindus Ashok Mitra to pierwsze z brzegu nazwiska, po które sięgnąć może każdy zaciekawiony problemem. Pokazywali oni, że współczesne kompradorskie elity opierają swoją władzę na kontroli najważniejszych segmentów gospodarki. Czyli banków oraz hi-tech. A także mediów.

W tych mediach kreować mogą takie postawy i opinie, które ich panowanie umacniają. Robienie tego, co leży w interesie kompradorów łatwo wtedy przedstawić jako wyraz troski o stabilność i cywilizowane standardy. I odwrotnie. Wszelkie próby podważenia status quo bez trudu da się sportretować jako „populizm”, „anarchizacja”, „trybalizm”, „uderzenie w ład i praworządność”. Etc.

Problem z kompradorskimi elitami jest jednak taki, że blokują one postęp. Kraj zależny nie wyjdzie ze swojej zależności jeśli elity kompradorskie będą to blokować. Nie zgodzą się one na inwestycje, które mogłyby podważyć monopol formalnej czy nieformalnej kolonii w jakiejkolwiek dziedzinie. Albo przeforsują takie rozwiązania (handlowe, finansowe, energetyczne) które utrwalają albo pogłębiają zależność dominium od centrali. Będą mówili, że „nas nie stać” albo „nie czas na takie eksperymenty”. W ostateczności - choć i takie przypadki się zdarzają - na kompradorach oprzeć można przewrót. Formalny (co dzieje się rzadziej). Lub nieformalny polegający na wpływaniu na przebieg wyborów.

Jeśli myślicie, że opowieść o kompradorach to reportaż z Azji, Afryki czy Ameryki Łacińskiej to… jesteście w błędzie. Ostatnia dekada pokazała, że takie schematy możliwe są tuż pod naszym nosem. No bo jak inaczej nazwać to, co się zdarzyło kilka lat temu Włochami, gdy polityka Berlusconiego (cokolwiek, by o nim nie mówić, jednak wybranego przez ludzi) zastąpił Mario Monti. Pozbawiony cienia społecznego mandatu technokrata, ale za to dający gwarancje prowadzenia polityki, która doprowadziła do zubożenia sporej części Włochów. Lecz chciała jej Bruksela i domagały się tzw. rynki finansowe. Albo, gdy Syriza Tsiprasa i Warufakisa wygrała demokratyczne wybory w Grecji. A Unia (i skutecznie) robiła wszystko, by nie pozwolić im działać. Aż wreszcie od Syrizy odwrócili się sami obywatele i posłali ją do stu diabłów.

Przykładów takich mamy wiele. W zasadzie my sami jesteśmy kolejnym takim przykładem. Ta jesień to pokazuje. A gorliwość z jaką ogromna część polskich elit staje po stronie Unii w każdym (ale to każdym) sporze z rządem jest niepokojąca. Rozumiem, że antyPiSowcy widzą w tym szanse na obalenie Kaczyńskiego. Aktualnie nie mogą tego dokonać drogą demokratyczną, więc imają się sposobów niedemokratycznych. Ale co, jeśli jest tu coś więcej? Jeśli po stronie naszych kompradorskich elit stopień niesamodzielności jest tak duży, że nikt tu nawet nie umie sobie wyobrazić, że Polska ma prawo do suwerenności. Bo „ten naród” - ich zdaniem - na suwerenność nie zasługuje. Jeśli tak myślą, to… - powiem szczerze - mamy kłopot. Poważny kłopot. To znaczy, że nie wyrwiemy się z postkolonialnego uzależnienia. A najlepszym losem, jaki może nas spotkać jest pozycja ulubionego przedszkolaka pani wychowawczyni.

Jak będzie? Zdecydują ludzie. Nie tylko elity. Na szczęście. Według nowego CBOSu jedynie mniejszość (31 proc.) uważa wstrzymywanie nam pieniędzy na Fundusz Odbudowy za uzasadnioną formę nacisku UE na polski rząd. Zaś 49 proc. takie ultimatum odrzuca. To dobra wiadomość. Gorsza jest taka, że wśród wyborców partii opozycyjnych poparcie dla takiej postawy kompradorskiej jest wielkie (75proc. wśród wyborców PO, 71proc. u Lewicy i 65 proc. po stronie Polski 2050). A przecież władza się kiedyś zmieni i opozycja będzie rządziła. Czy to oznacza, że czeka nas kompradorska rekonkwista? Brrrr! 

Rafał Woś

Zobacz: 



Lubię to! Skomentuj133 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka