Kontrola cen? To da się zrobić

Tej inflacji nie pokonają podwyżki stóp procentowych. Potrzebna jest bardziej aktywna rola rządu. Na przykład w formie czasowej kontroli niektórych cen. Bo wiele firm na pandemii zarabia stanowczo zbyt dobrze.

Pewnie nie raz i nie dwa słyszeliście ostatnio, że w szeregu branż - mimo pandemii koronawirusa - trwa wielka hossa. Pewnie przeszliście nad tymi informacjami do porządku dziennego nie zatrzymując się przy nich na dłużej. A szkoda, bo pokazują one przecież coś bardzo ciekawego. I na tak na przykład w polskiej branży spożywczej rentowność urosła w 2021 roku do 4 proc. Z poziomu ok. 2 procent przed wybuchem pandemii. Czujecie to? 100 procentowy wzrost rentowności na przestrzeni ledwie kilkudziesięciu miesięcy! Ale to przecież nie tylko spożywka. Według najnowszej analizy Polskiego Instytut Ekonomicznego w minionym roku aż 55 proc. firm w Polsce poprawiło swoje marże zysku. W 2022 roku liczy na to 45 proc. przedsiębiorstw.

To niby dobrze. Wyższa rentowność, oznacza szansę na wyższe zatrudnienie, a więc i na dobrą koniunkturę. Z drugiej jednak strony, te świetne wyniki wielu polskich firm są bezpośrednio związane z trwającą od wielu miesięcy podwyższoną inflacją. Chodzi oczywiście o to, że spora część producentów postanowiła wykorzystać wyższą inflację do podniesienia cen. I przerzucenia wielu kosztów - na przykład droższej energii - na konsumenta końcowego. Pandemia sprawia też, że funkcjonują w ramach ograniczonej konkurencji (globalne łańcuchy dostaw się przytkały). Mogą więc spokojnie podwyższać ceny. Więc podwyższają! Co jeszcze bardziej nakręca - i tak już wysoką inflację.

Czytaj też inne teksty Rafała Wosia:

Przedpotopowi ekonomiczni liberałowie lubią nazywać zjawisko, z którym mamy tutaj do czynienia, spiralą cenowo-płacową. Nakręcająca się ich zdaniem wedle zasady: wyższe płace zachęcają firmy do podnoszenia cen, na co pracownicy reagują jeszcze większą presją płacową. Efektem jest jeszcze wyższa inflacja.

Tylko, że tym razem nie tak to działa. I to z dwóch powodów.

Co wpływa na dzisiejszą inflację?

Po pierwsze: na obecną inflację w największym stopniu składają się podwyżki cen energii oraz zatory w globalnych łańcuchach dostaw wywołane pandemią COVID-19. A nie płace.

Po drugie zaś, płace (owszem!) rosną. Ale to całe szczęście, że rosną. Rosnące płace są obecnie właśnie tym, co nas w tym całym zamęcie ratuje przed katastrofą. Wzrost płac osłania bowiem najsłabszym obywatelom i obywatelkom negatywne skutki rosnących cen. Na przykład w Polsce pod koniec roku inflacja sięgnęła 7,4 proc. (rok do roku). Wzrost płac w tym samym okresie wynosił jednak więcej, bo aż 9,2 proc. Pracownik był więc na plusie. Oczywiście nie każdy pracownik w każdej branży. Ale to przecież i tak o niebo lepsza sytuacja niż na przykład w Belgii albo Hiszpanii, gdzie płace rosną w ślimaczym tempie 1 proc. A inflacja dochodzi do 6-7 proc.

Mimo tych wszystkich faktów instynktowna odpowiedź naszych liberałów na obecny inflacyjny kryzys jest wciąż ta sama: zatrzymać wzrost płac! Ci bardziej gorliwi chcieliby to osiągnąć zmuszając państwo do oszczędności - a więc do ograniczenia tych wszystkich programów i polityk (500+, wzrost płacy minimalnej, tarcze antykryzysowe), które ciągną w górę nasze płace. Inni zadowalają się powtarzaniem, że bank centralny powinien podwyższać stopy procentowe. Czytaj: NBP winien lać na rozgrzaną gospodarkę strumień zimnej wody czyniąc pieniądz coraz droższym i osłabiając koniunkturę. Wtedy - zdaniem liberałów - zatrzyma się także inflacja.

Zwróćmy jedna uwagą na jedną rzecz. W każdym z tych rozwiązań zwalczenie inflacji ma się odbywać poprzez tłumienie wzrostu płac. A może warto wreszcie postawić pytanie „a niby dlaczego?”. Dlaczego zawsze za walkę z inflacją mają płacić pracownicy? Czemu kosztów - przynajmniej cześciowo i dla odmiany - nie mogliby wziąć na siebie także producenci. W tym wypadku nawet nie sięgając do ich zaskórniaków. Ale ograniczając im nieco tę trwającą od wielu miesięcy „korona wirusową hossę”. Jak to zrobić? Właśnie w formie ekonomicznego mechanizmu zwanego kontrolą cen.

Jak sobie radzić z inflacją?

Zanim zakrzykniecie „O Jezu! Komunizm!” Posłuchajcie kilku argumentów.

Pierwszy jest taki, że także w arcykapitalistycznych gospodarkach kontrola cen jest codziennością. Kiedyś było jej więcej. Ale nawet teraz mamy takich rozwiązań bardzo wiele. Na przykład na rynku energii. Wyobrażacie sobie, co by było, gdyby ceny gazu zostały puszczone na żywioł? To znaczy każdy ogrzewający się błękitnym paliwem musiałby sobie je kupić na „wolnym rynku”? Przypomnę tylko, że na tym rynku cena gazu urosła ostatnio o 400 proc. To, że podwyżki cen gazu dla gospodarstw domowych są dużo niższe zawdzięczamy właśnie kontroli cen na tym rynku. Każda podwyżka musi być tu zatwierdzona przez państwo. Tak jest w Polsce, ale także w innych krajach. A przecież energetyka to niejedyny obszar regulowanych cen. W wielu krajach regulacjom podlegają na przykład czynsze dla słabiej zarabiających. Wielu uważa, że podobnie powinno być na przykład z rynkiem usług medycznych i dopiero taka kontrola cen mogłaby sprawić, że służba zdrowia przestanie być workiem bez dna, w którym zniknąć może dowolna ilość pieniądza.

Lubię to! Skomentuj136 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka