W polskiej pracy lepiej jest

Mijający rok był - wbrew obawom - zaskakująco dobry dla polskiego pracownika. Jeszcze niedawno praca była najgorszą traumą III RP. Ale to już - coraz bardziej i na szczęście - tylko złe wspomnienie. Wszystko dzięki nowatorskiej koncepcji „wage led growth”. Czyli wzrostu przez płace. Która jest u nas od paru lat dość konsekwentnie realizowana.

Gdy wybuchł kryzys 2008 i w proch posypały się neoliberalne dogmaty gospodarcze na Zachodzie zabłysnął promyk nadziei. Nadziei na inną - nie neoliberalną - politykę ekonomiczną. Jednym z symboli tej nadziei stał się wówczas polski ekonomista Michał Kalecki. Zmarły wprawdzie w roku 1970 - lecz w swoich tekstach dość dobrze prognozujący ostry kryzys wolnorynkowego kapitalizmu. I rysujący wobec niego bardzo realną alternatywę.

Słów kilka o Kaleckim

Nie czas to i miejsce opowiadać całego życia i dorobku Kaleckiego - dość powiedzieć, że był to ekonomista wobec którego respekt miał sam wielki John Maynard Keynes. W końcu

Kalecki doszedł do bardzo podobnych przemyśleń na temat gospodarki, pieniądza i cyklów koniunkturalnych. Tyle, że zrobił to na kilka lat przed słynnym Anglikiem. Na dodatek jego koncepcje były i są nadal dużo bardziej od tych keynesowskich spójne i realistyczne. Najważniejszą z tych koncepcji jest coś, co jego spadkobiercy nazwą właśnie „wage led growth”. Czyli wzrost gospodarczy napędzany efektywnym popytem. Który to popyt bierze się nawet nie (jak chciał Keynes) z aktywnej polityki fiskalnej państwa. Ale właśnie i przede wszystkim z szybko i sprawiedliwie rosnących płac.

Zobacz: Komisja Europejska podważa bezstronność Trybunału Konstytucyjnego. Jest procedura

Kiedy więc po roku 2008 neoliberałowie stali i płakali nad rozlanym mlekiem, widmo Kaleckiego zaczęło już krążyć. W Polsce hype na pana K zaczął się tym jak miłość Kaleckiemu wyznał na łamach swojej kolumny w „New York Timesie” noblista Paul Krugman. Wpierw Łodzianina na sztandary wzięła sobie tzw. nowa lewica spod znaku Partii Razem i Krytyki Politycznej. Czytało się tam Kaleckiego i słuchało z otwartymi ustami jego uczniów: Jerzego Osiatyńskiego (który sam przyznaje, że jako aktywny polityk nauk swego mistrza nie bardzo się słuchał) czy (dziś już nieżyjącego) Kazimierza Łaskiego. I wznoszono modły: ech gdyby tak któryś z polityków zechciał wziąć sobie Kaleckiego do serca!

Wage led growth w wykonaniu nie lewicy, a PiS-u

I wiecie co? Te modły zostały wysłuchane. Tyle, że - o rety!! - znów wszystko nie tak, jak trzeba. Bo tą polityczną siłą, która zaczęła koncepcję „wage led growth” stosować w praktyce nie była żadna lewica. Nawet nie żadni zaprzyjaźnieni liberałowie. Zrobił to nie kto inny jak PiS. Stary dobry Kaczyński i jego ludzie zrobili to specjalnie się nawet na Kaleckiego nie powołując (choć z rozmów wiem, że nie jest to dla nich nazwisko całkiem obce). Nie zmienia to jednak faktu, że to oni w praktyce kaleckizm zastosowali. Przełamując całą masę przesądów obecnych w tzw. głównym (czyli skrajnie u nas liberalnym) nurcie debaty ekonomicznej. Żaden polityk liberalny czy lewicowy nigdy do nauk Kaleckiego się w III RP nawet nie zbliżył. Przeciwnie. Balcerowicz czy Hausner robili rzeczy z kaleckizmem otwarcie sprzeczne (na przykład mrozili płace i świadczenie społeczne). Do gry wejść musiał dopiero PiS ze swoim brakiem respektu wobec jęków konfederacji pracodawców. I bez oglądania się na to, jak ich będzie oceniał liberalny beton ekonomiczny . Efekt? Po sześciu latach ich rządów praca nie jest już piętą achillesową III RP. Przeciwnie. Praca należy do największych osiągnieć ostatniego pięciolecia. A Polska roku 2021 jest krajem - oczywiście nie idealnej - ale dalece lepszej pracy niż w roku 2011, 2001 albo 1991.

Nie wierzycie? To spójrzcie na liczby.

Od kilku dni mamy na przykład dane GUS dotyczące aktywności zawodowej Polaków za trzeci kwartał 2021 roku. I oto okazuje się, że pracowało wtedy 16,8 mln Polaków. Czyli najwięcej od początku badań (czyli od roku 1992). Jeszcze lepiej widać ten trend śledząc jak zmieniał się współczynnik aktywności zawodowej Polaków. Czyli odsetek pracujących do ogółu społeczeństwa od 15 do 89 roku życia. Czyli z uwzględnieniem uczniów oraz emerytów.

Zobacz: "To będą drogie święta Bożego Narodzenia. I bardzo niepewny przyszły rok"

Dwadzieścia lat temu ten współczynnik wynosił ok. 40 proc. Dziś dochodzi (po raz pierwszy w historii III RP) do 60 proc.

A jeżeli wyjąć z badania emerytów i uczniów zostawiają tylko osoby w tzw. wieku produkcyjnym, to mamy już prawie 80 proc. aktywnych zawodowo. To już bardzo blisko Holandii albo Szwecji uważanych za europejskich prymusów, gdzie współczynnik pracujących w wieku produkcyjnym wynosi ponad 80 proc.

Dobrze te wyniki zestawić z czarnymi scenariuszami - rysowanymi zwłaszcza po wybuchu pandemii, gdzie wizja powrotu masowego - 20proc. - bezrobocia znanego sprzed dwóch dekad, wydawała się całkiem realna. Albo przypomnijmy sobie kasandryczne prognozy snute w związku z wprowadzeniem programu 500+. Który to program miał rozleniwić Polaków, wpędzić ich w uzależnienie od straszliwego „socjalu”, a kobiety pozamykać kobiet w kuchni. Tymczasem liczby pokazują nie tylko, że nic takiego się nie zdarzyło. Widzimy wręcz, że mamy sytuację dokładnie przeciwną!

Lubię to! Skomentuj42 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka