Polska to nie Grecja

" w starciu z Brukselą i Berlinem nie jesteśmy dziś skazani na porażkę". Fot. PAP/EPA/Anna Berkut / Alamy Stock Photo/Canva
" w starciu z Brukselą i Berlinem nie jesteśmy dziś skazani na porażkę". Fot. PAP/EPA/Anna Berkut / Alamy Stock Photo/Canva
O tym dlaczego w starciu z Brukselą i Berlinem nie jesteśmy dziś skazani na porażkę.

Unijna strategia łamania oporu

W sprawie pieniędzy na KPO Komisja Europejska próbuje stosować wobec Polski swoją starą strategię łamania oporu. Skąd ten wniosek? No cóż, głównie z powodu lekcji płynących z nie tak znowu dalekiej przeszłości. Bo Bruksela i Berlin używały tej strategii już nie raz wobec wielu niepokornych krajów. Tyle, że Polska jest dziś w dużo lepszej pozycji niż kiedyś Włosi, Grecy, Hiszpanie albo Irlandczycy. Nie stoi więc bynajmniej na tak całkiem straconej pozycji.

Polecamy:

Zanieczyszczona Odra. GIS monitoruje ujęcia wody pitnej, kąpieliska oraz żywność

Rusza fundusz, który wesprze ukraińskie sieroty i kobiety uwolnione z rosyjskiej niewoli

Są oczywiście w Polsce tacy, co uważają, że Bruksela ma zawsze rację. Dla nich każdy przejaw różnicy zdań między rządem w Warszawie, a przedstawicielami unijnego establishmentu to powód do palpitacji serca. Dla nich ciągłe szantażowanie Polski pieniędzmi na pocovidową odbudowę zawsze będzie przejawem mądrości Brukseli i złej woli nadwiślańskich polityków. Zwłaszcza jeśli są to politycy znienawidzonej Zjednoczonej Prawicy.

Dyskusja z reprezentantami takiego myślenia jest oczywiście trudna - jeśli nie niemożliwa. I szczerze mówiąc, coraz mniej sensowna. Również dlatego, że z każdym rokiem rośnie w Polsce grono tych, co nasze członkostwo w Unii traktują dojrzale. To znaczy - jako coś zupełnie normalnego. Innymi słowy - coraz więcej jest w Polsce wyborców, którzy wiedzą, że Unia nie jest żadnym wcielonym dobrem i można (a nawet należy) zachowywać się wobec niej zupełnie normalnie. I nie wieszczyć końca świata z powodu każdego gniewnego komunikatu czy szantażu płynącego do nas ze strony Ursuli von der Leyen albo kanclerza Olafa Scholza.

Ludzie widzą sprawy trzeźwo

Mam wrażenie, że coraz więcej jest w Polsce ludzi, którzy widzą sprawy trzeźwo. Pamiętają na przykład, że nie jesteśmy pierwszym krajem wobec którego Unia próbuje stosować swoją stara strategię łamania oporu. Nie wiecie o czym mówię? No to cofnijmy się parę lat.

Jest rok 2008. Czerwiec. W Irlandii dochodzi do pierwszego referendum w sprawie ratyfikacji tzw. traktatu lizbońskiego. Traktat lizboński (pierwotnie nazywany eurokonstytucją) wynegocjowano w wielkich bólach kilka miesięcy wcześniej. Wzmacniał prawo głosu dużych krajów Unii i zmniejszał możliwości oporu ze strony mniejszych. To była pierwsza duża europejska inicjatywa kanclerz Angeli Merkel (rządziła wtedy niespełna od trzech lat).

We wspomnianym czerwcowym referendum Irlandzkie społeczeństwo powiedziało traktatowi „nie”. A bez zgody wszystkich traktat nie mógł wejść w życie. Już następnego dnia rozpoczęło się więc wielkie przywoływanie Irlandczyków do porządku. Z zielonej wyspy zaczęto robić zakałę całej Unii i wielkiego hamulcowego. Rząd w Dublinie nie miał wielkiej ochoty na konfrontację. Zgodził się więc na… powtórkę głosowania. Drugie referendum odbyło się w październiku 2009. Tym razem było na „tak”. Złośliwi mówili, że Irlandczycy wykazali się po prostu pragmatyzmem. Wiedzieli bowiem, że jeśli znowu powiedzą „nie” to będzie konieczne głosowanie do skutku.

"Wszelki opór jest bezcelowy"

To znaczy tak długo, aż wreszcie Eire zrozumie, że wszelki opór jest bezcelowy. Oczywiście w praktyce kluczowe znaczenie miał wybuch kryzysu 2008 roku. Irlandzki system finansowy znalazł się wówczas na skraju załamania i konieczny była wielomiliardowa rządowa pomoc. W efekcie Irlandia znalazła się na pewien czas na wartej prawie 70 mld euro kroplówce ze strony tzw. Trójki. Czyli… Komisji Europejskiej, Europejskiego Banku Centralnego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Ta konieczność zadłużenia się we wspólnotowych instytucjach bardzo mocno zmniejszyła chęć do kłócenia się z Unią o zasady samostanowienia. Można powiedzieć, że Irlandczycy wzięli pieniądze i położyli uszy po sobie. Opór wobec forsowanego przez Niemcy i Komisję traktatu lizbońskiego został ostatecznie złamany.

Podobne wydarzenia rozegrały się kilka lat później na południu Europy. Wspomniany już kryzys finansowy uderzył niezwykle mocno w biedniejsze kraje strefy euro. Grecja, Hiszpania, Włochy oraz Portugalia też musiały ratować swój sektor bankowy oraz gospodarkę. W efekcie wpadły w nadmierne - bo niedozwolone przez unijne traktaty - zadłużenie publiczne. Naturalne mechanizmy obronne przywracające gospodarce konkurencyjność (takie jak dewaluacja własnej waluty) nie mogły być jednak przez nich zastosowane, bo wszystkie wspomniane kraje były i są nadal członkami strefy euro. W efekcie Ateny, Madryt, Rzym i Lizbona też musiały pójść po pomoc do trojki.

Drakoński plan dla Grecji

Warunkiem otrzymania tej pomocy było jednak wdrożenie drakońskich programów oszczędnościowych forsowanych przez niemieckiego ministra finansów Wolfganga Schaeublego. Programy te zakładały odbieranie ludziom szeregu zdobyczy państwa dobrobytu - obniżanie emerytur, zasiłków, deregulacja rynku pracy czy wydatków na system opieki zdrowotnej. A w niektórych przypadkach (Grecja) także pospieszną wyprzedaż cennych zasobów majątku narodowego na rzecz zagraniczych podmiotów. W ten właśnie sposób właścicielami greckich lotnisk czy portów stały się firmy z Niemiec czy Chin. A pieniądze pozyskane tą drogą szły w pierwszej kolejności na zaspokojenie roszczeń niemieckich i francuskich banków.

Lubię to! Skomentuj124 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka