Śledztwo ws. premii liderów Lewicy Razem. Opieszałość prokuratury, uniki posłów

Członek Zarządu Krajowego Partii Razem Adrian Zandberg i posłanka Lewicy Magdalena Biejat podczas konwencji Lewicy Razem w Pałacu Kultury i Nauki, fot. PAP/Piotr Nowak
Członek Zarządu Krajowego Partii Razem Adrian Zandberg i posłanka Lewicy Magdalena Biejat podczas konwencji Lewicy Razem w Pałacu Kultury i Nauki, fot. PAP/Piotr Nowak
Prokuratura pracuje nad sprawą od roku, ale nie postawiła nikomu zarzutów. Wciąż zbiera dowody, choć sprawa jest ewidentna. Wody w usta nabrało też czworo posłów, którzy najpierw wypłacili sobie premie z subwencji dla partii z budżetu państwa, a potem wpłacili je na kampanię wyborczą SLD, co było niezgodne z prawem. Parlamentarzyści unikają rozmowy z Salon24.pl, nie odpowiadają też na nasze pytania.

Podczas niedzielnej konwencji Lewicy Razem nowymi współprzewodniczącymi wybrano Adriana Zandberga i Magdalenę Biejat. To kolejne nowe otwarcie w tym ugrupowaniu po zmianie nazwy z Partia Razem na Lewica Razem (od czerwca 2019 roku). - Zaczynaliśmy bez wielkich nazwisk, bez pieniędzy, bez wpływów. Dziś jesteśmy w Sejmie i jesteśmy gotowi zmieniać Polskę na lepsze - przekonywała posłanka Biejat.

Z tym brakiem pieniędzy to tylko częściowa prawda, bo tuż po powstaniu Partii Razem wystartowała ona w wyborach parlamentarnych w 2015 roku i przekroczyła próg 3 proc., dzięki czemu zaczęła dostawać pieniądze z budżetu państwa na realizację celów statutowych. Łącznie - przez cztery lata - było to 12,7 mln zł (ponad 3 mln zł rocznie).

Polecamy: Kulisy dealu w Konfederacji. Transfer Tyszki kluczowy dla… wojny Winnickiego z Bąkiewiczem

Wysokie premie, poświadczenie nieprawdy

Cztery lata później zapadła decyzja o starcie w kolejnych wyborach do Sejmu wspólnie z Wiosną Roberta Biedronia i Sojuszem Lewicy Demokratycznej, na czele którego stał już wtedy Włodzimierz Czarzasty. Nie była to koalicja trzech partii, tylko start z jednej listy pod szyldem SLD (koalicja musi przekroczyć 8 proc., żeby znaleźć się w Sejmie). Uniknięto tym samym błędu sprzed czterech lat. Lewica weszła do parlamentu bez kłopotu, zdobywając ponad 12 proc. głosów i wprowadzając 49 posłów. To trzeci największy klub po PiS i PO.

Schody zaczęły się w 2020 roku, gdy na stronie Sejmu opublikowano oświadczenia majątkowe nowych posłów. Dokumenty wzbudziły zainteresowanie mediów, bo Partia Razem opowiadała się za wyższym opodatkowaniem najbogatszych, a jej lider Adrian Zandberg deklarował, że w partii zarabia się średnią krajową. – Mamy taką zasadę, że jeżeli ktoś podejmuje pracę w partii, to otrzymuje pieniądze w wysokości średniego krajowego wynagrodzenia – mówił Zandberg.

Okazało się, że czworo ówczesnych liderów wypłaciło sobie premie w wysokości 100 tys. zł netto! Takie kwoty wpłynęły na konta wspomnianego Zandberga, ale też Macieja Koniecznego, Pauliny Matysiak i Marceliny Zawiszy.

Sytuacja skomplikowała się jeszcze bardziej za sprawą rzeczniczki Partii Razem. Dorota Olko wyjaśniała, że posłowie „nie wzbogacili się”, bo „zdecydowali się wpłacić środki na kampanię Lewicy”. Chodziło o fundusz wyborczy SLD w wyborach do Sejmu.

O całej sprawie na bieżąco informowała „Rzeczpospolita”. Poza czwórką posłów przywłaszczyć pieniądze mieli jeszcze inni działacze Razem: Konrad Mostek, Katarzyna Paprota, Maciej Szlinder i Julia Zimmermann. Dwie z tych osób, Zimmermann i Matysiak, miały też poświadczyć nieprawdę w dokumentach dla Państwowej Komisji Wyborczej oraz używać dokumentów poświadczających nieprawdę. Tak wynika z zawiadomienia do prokuratury, które w oparciu m.in. o publikacje dziennika złożył poseł PiS Bartosz Kownacki.

– W mojej ocenie prokuratura powinna podjąć czynności, by sprawdzić, czy Adrian Zandberg wraz z siedmiorgiem polityków partii Razem nie dopuścili się przywłaszczenia ponad 1,2 mln zł. Te pieniądze pochodziły z budżetu państwa, czyli de facto z kieszeni podatników. Sprawa jest bez wątpienia naganna, ale czy jest przestępstwem, to pytanie już dla prokuratury i później, jak mniemam, dla sądu – komentował w rozmowie z  „Rzeczpospolitą” poseł Kownacki.

PKW nie ma wątpliwości, prokuratura działa wolno

Wypłacenie sobie sowitych kwot z pieniędzy podatników to jednak nie koniec. Państwowa Komisja Wyborcza badała tę sprawę i wydała kategoryczny „wyrok”. Komisja stwierdziła, że cała operacja z nagrodami miała w praktyce służyć nielegalnemu przekazaniu środków jednej partii na konta innej. PKW sprawdziła wpłaty na fundusz wyborczy SLD przez liderów Razem i członków ich rodzin, którym prawdopodobnie przekazywano pieniądze, by obejść kampanijne limity. Wbrew deklaracjom, że członkowie zarządu nie wzbogacili się na wypłaceniu tych środków, niektórzy z nich mieli wpłacić na SLD dużo niższe kwoty niż otrzymane.

Kownacki, który zawiadomił prokuraturę, oparł się też na własnych ustaleniach, dokumentach z PKW oraz materiałach upublicznionych przez Partię Razem. Krajowa Komisja Rewizyjna partii Lewica Razem wydała raport, gdzie potwierdziła, że środki zostały wypłacone z pogwałceniem wewnętrznych regulacji. Według posła PiS członkowie zarządu mieli pełną wiedzę i wpływ na podejmowane działania, z czego wynika podejrzenie, że przywłaszczyli mienie znacznej wartości. Poświadczenie nieprawdy w dokumentach przez Zimmermann i Matysiak miało polegać na tym, że w informacji dla PKW w rubryce „wydatki poniesione niezgodnie z przeznaczeniem” wskazały 0 zł, podczas gdy suma nagród wynosiła 1,2 mln zł. Kolejny zarzut to używanie dokumentów poświadczających nieprawdę przez Zimmermann i Matysiak, który ma polegać na tym, że przedstawiły one PKW sprawozdanie niezależnego biegłego rewidenta, który stwierdził, że nie zidentyfikowano nieprawidłowości w gospodarce środkami finansowymi z otrzymanej subwencji.

Lubię to! Skomentuj21 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka