To, czy zostawiać selekcjonera jest sprawą drugorzędną. O reprezentacji bez emocji

Czesław Michniewicz i Robert Lewandowski na mundialu w Katarze. Fot. PAP/EPA/Friedemann Vogel
Czesław Michniewicz i Robert Lewandowski na mundialu w Katarze. Fot. PAP/EPA/Friedemann Vogel
"Po mundialowym występie Biało-Czerwonych trwają dyskusje o tym, czy selekcjoner Czesław Michniewicz powinien zostać, czy nie. Dziennikarze sportowi wydają się bardziej podzieleni niż polityczni sympatycy różnych ugrupowań" - pisze Przemysław Harczuk. "Tymczasem to, kto będzie selekcjonerem jest sprawą mniej istotną. Problemem jest to, że w Polsce co i rusz opiekunowie kadry się zmieniają, a co gorsza każdy ma inną wizję prowadzenia reprezentacji. Może po mistrzostwach świata jest dobry czas na chłodną ocenę występu i analizę tego, jak reprezentacja powinna grać w przyszłości" - dodaje redaktor Salon24.pl.

Nie, nie będzie zbyt wiele o premiach, z których rząd na szczęście się wycofał – o tym już komentatorzy sportowi i niesportowi napisali i powiedzieli wszystko. Od siebie mogę jedynie napisać, że sam pomysł dania premii za wykonanie zadania (pomijając sam absurd przekazania pieniędzy podatników zawodowym sportowcom) to jak danie rządowej kasy kierowcy za to, że wsiadł trzeźwy do samochodu, lekarzowi, że zbadał pacjenta nie chcąc za to łapówki, albo nauczycielowi, że poprowadził lekcję. A właśnie tak bez emocji i na chłodno należy ocenić start Biało-Czerwonych na katarskich mistrzostwach świata.

Polecamy:

Trójkowy student

Zadanie Polacy wykonali. Jak student, który zdaje ciężki egzamin. Ale nie na piątkę, czy mocną czwórkę, ale trójkę. A od tego, w którym jesteśmy obozie – miłośników stylu, czy pamiętających 36 lat klęsk – zależy, czy będzie to trója z minusem, czy plusem. Ale fakt jest jasny – zadanie wykonane. Awans po 36 latach jest. W kiepskim stylu w grupie i niezłym w 1/8 finału. Niektórzy znajomi źle zrozumieli mój tekst w obronie Polaków po Argentynie – chodziło mi nie o zachwycanie się grą, a o nie uleganie durnym emocjom, popadanie ze skrajności w skrajność, od „zdobędziemy puchar” po „nie nadajemy się do niczego”. Drużyna Michniewicza to kadra na miarę naszych możliwości. Niestety po aferze premiowej analogie do „Misia” Barei są jak najbardziej uzasadnione. Ale czysto piłkarsko osiągnęli wynik, do jakiego byli zdolni.

Niedosyt to był, ale sześć lat temu

Patrząc całkiem na chłodno i bez emocji – nie można mówić nawet o niedosycie. Bo niedosyt to był, ale w 2016 roku, gdy kadra Adama Nawałki dotarła do ćwierćfinału Mistrzostw Europy. Mogła odpaść wcześniej, bo ze Szwajcarią wygrała jedynie  karnymi. Ale też tylko karnymi przegrała z późniejszym mistrzem – Portugalią. A w półfinale rywalem byłaby zmęczona Walia. Tam mógł być nawet srebrny medal. W Katarze szans na to nie było żadnych.

Można gdybać, że jakby Lewandowski trafił karnego z Meksykiem, z Arabią Polacy wygraliby wyżej, to może wyprzedziliby Argentynę i grali z Australią. Nawet jeśli, w co wątpię, to tej Australii wcale nie musieliby przejść. A w ćwierćfinale nie mieliby szans z Holendrami. Po prostu takie są możliwości tej kadry na dzień dzisiejszy. Wyjście z grupy z czterema punktami i odpadnięcie z obrońcą tytułu po niezłym meczu – to wynik przyzwoity. Ale oczywiście nie żaden sukces. To tylko i aż wykonanie zadania.

Sprawa czwartorzędna

Przy okazji są oczywiście pytania o przyszłość Czesława Michniewicza. Patrząc na dyskusję na ten temat, dziennikarze sportowi są w tej kwestii podzieleni niczym publicyści sprzyjający poszczególnym partiom politycznym. Tymczasem sprawa pozostania, bądź nie selekcjonera na stanowisku jest sprawą czwartorzędną. Liczą się kwestie systemowe. I wcale nie chodzi o mityczne szkolenie młodzieży. Szkolenie leżało, a jakoś nad Wisłą wyszkolili się Lewandowski, Zieliński, Moder, czy Milik. Bardziej chodzi o system zarządzania kadrą. Wielu Polaków zupełnie bez sensu cieszyło się z porażki Niemców na MŚ. 

Nasi zachodni sąsiedzi zagrali trzeci z rzędu słaby turniej, drugi z rzędu fatalny mundial. Ale nie oszukujmy się – u nich piłka stoi i tak na wyższym poziomie, możemy się założyć, że za dwa lata będą w czołówce rozgrywanych w ich kraju mistrzostw Europy. Reprezentacja ta zdobyła cztery tytuły mistrza Świata, trzy mistrza Europy. Wiele medali. W przeciągu stu lat mieli niewielu selekcjonerów.

Niezrealizowane pomysły

Hansi Flick jest selekcjonerem nr jedenaście licząc od czasów Republiki Weimarskiej, a więc od stu lat. A Czesław Michniewicz też jest jedenastym selekcjonerem, ale w tym stuleciu. Dwudziestym drugim od czasu Kazimierza Górskiego (nie licząc selekcjonerów tymczasowych). Dziennikarze sportowi podają przykład Szwajcarii, która na turniejach z grupy wychodzi regularnie. Tam w XXI wieku było opiekunów kadry raptem czterech. Ale jeszcze ważniejszą kwestią jest system, klucz, z jakiego tam trenerzy są dobierani.

W Polsce jest jedna prawidłowość od lat – przyzwoite wyniki osiągali zazwyczaj ci selekcjonerzy, którzy mieli doświadczenie reprezentacyjne, np. byli w kadrze asystentami, prowadzili młodzieżówkę. Szkoleniowcy klubowi, jak Franciszek Smuda, czy Waldemar Fornalik, polegli. Jest druga kwestia – gdy selekcjonerem został Holender Leo Beenhakker, dobrano mu polskich asystentów. Kilku trenerów, którzy mieli być jego następcami. Ale po odejściu Leo (rok 2009) w PZPN zwyciężyła frakcja przeciwna zagranicznym koncepcjom. Trenerami zostawali Smuda i Fornalik. Po asystenta Beenhakkera sięgnięto dopiero w 2013 roku.

CIĄG DALSZY NA NASTĘPNEJ STRONIE

Lubię to! Skomentuj14 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport