Prezydent ogłosił termin wyborów, formalnie zaczęła się kampania wyborcza. Podczas gdy większość komentatorów uważa, że przy ustalaniu terminu liczył się interes partii rządzącej, Pan w jednym z wywiadów powiedział, że w zasadzie data 15 października nie jest korzystna dla Prawa i Sprawiedliwości. Na czym opiera Pan tę tezę?
Prof. Rafał Chwedoruk: Po pierwsze, ze względu na planowaną na 1 października demonstrację Koalicji Obywatelskiej. Cała sytuacja, jaka miała miejsce wokół wydarzeń krakowskich, dała dobry pretekst do zwołania manifestacji. I termin wyborów, ledwie dwa tygodnie po demonstracji w naturalny sposób spowoduje, że kampania w ostatniej swojej fazie będzie skoncentrowana wokół tego, co powie Donald Tusk.
Bardzo trudno będzie czymkolwiek w tak krótkim czasie zagłuszyć echo tego wystąpienia lidera KO. 1 października młodzi ludzie, studenci, są już w dużych miastach. To zagwarantuje sukces frekwencyjny manifestacji. Mniejsze partie opozycyjne, ale także PiS, nie będą miały czasu, żeby przedstawić jakąś alternatywę. Poza tym akurat dla PiS-u wchodzenie w kwestie kulturowe jest w wielu aspektach niekorzystne, w szczególności dotyczy to tematu przerywania ciąży.
Ale argumentem za datą 15 października jest Dzień Papieski, upamiętnienie Świętego Jana Pawła II. Będzie to w wigilię 45. rocznicy wyboru Karola Wojtyły na papieża. Dzień Papieski obchodzony będzie właśnie w niedzielę wyborczą. To ma w założeniu też jakoś zmobilizować sympatyków PiS?
Ale paradoksalnie może mieć odwrotny skutek. Wszak to dobry motyw na 1 października dla mobilizowania przez mówców wiecowych młodszych wielkomiejskich wyborców argumentem, że termin wyborów został dobrany pod kątem wydarzenia o kontekście religijnym. Co nie znaczy oczywiście, że 15 października ma same wady z perspektywy PiS-u. Jest jedna zasadnicza zaleta, czyli pogoda. W sytuacji, w której wyborcy PiS-u są nad reprezentowani na obszarach słabiej zurbanizowanych, listopadowa na przykład aura w połączeniu z odległością, problemem z dotarciem i tak dalej mogłaby odstraszać od głosowania. 15 października problem powinien być mimo wszystko mniejszy, niż kilka tygodni później.
Aura jest nieprzewidywalna, tak zimnego lata jak teraz to dawno nie było. I może być tak, że na przykład w listopadzie będzie cieplej niż w październiku…
Oczywiście, ale mimo wszystko patrząc statystycznie, większa jest szansa na przyjazną pogodę w połowie października, niż na początku listopada. Natomiast myślę, że tak naprawdę trudno byłoby datę wyborów wpisać w jakieś głębsze czynniki strategiczne. W ostatnich latach olbrzymi odsetek obywateli zwiększył zainteresowanie polityką. Ludzie raczej mają określone poglądy i musiałoby się stać coś naprawdę nadzwyczajnego, by doszło do zerwania linii dotychczasowych podziałów.
Mówi Pan o marszu 1 października, że może być sukcesem frekwencyjnym i pomóc Koalicji Obywatelskiej. Ale marsz z 4 czerwca też był wielkim sukcesem. Sondaże Koalicji Obywatelskiej poszły w górę, ale inne ugrupowania opozycyjne straciły. Jeżeli teraz będzie podobnie, KO zyska, ale wybory z PiS zremisuje, a Trzecia Droga zejdzie poniżej 8 proc., Lewica ledwie przekroczy próg, to partia rządząca będzie otwierać szampana. Czy w takim razie termin wyborów może być celową zagrywką obliczoną na to, że Tusk osiągnie sukces, ale opozycja jako całość straci?
Oczywiście naczynia połączone, jakimi są wyborcy opozycji w swojej większości, generują duże ryzyko, że w istocie mobilizacja w wykonaniu Donalda Tuska w ostatniej chwili osłabi pozostałe formacje. Ja się w zupełności zgadzam z taką konstatacją, a czasu będzie bardzo mało, żeby to odwrócić. Faktycznie, jeśli tylko PiS pozostałby numerem jeden (nawet przy wyniku bliskim remisowi), stałby się potem beneficjentem całej tej sytuacji. Z tym, że istnieje też możliwość, że napływ wyborców Trzeciej Drogi i Lewicy do Platformy może PO wysunąć przed PiS, wtedy to Tusk skorzysta na niewejściu innych ugrupowań. Ale oczywiście nie mam wątpliwości, że politycy PiS-u przy wyznaczaniu terminu głosowania brali pod uwagę ten kontekst. I chcieli dodatkowo skomplikować relacje wewnątrz opozycji. Szczególnie, że mniejsze partie nie mają recepty na to, jak odwrócić trend spadkowy. W przypadku Lewicy jest jeszcze trochę łatwiej – bo ugrupowanie ma pewien rys ideowy i też jest jasne, że będzie w razie wygranej KO częścią koalicji. Z Trzecią Drogą jest już problem. Sytuacja, w której ludowcy chcą uciec od zbyt liberalnej Platformy i wiążą się z jeszcze bardziej liberalnym ruchem Szymona Hołowni, nie jest prostą do wyjaśnienia.
Myślę, że kierownictwa obu podmiotów Trzeciej Drogi, czyli PSL i Polski 2050, zdają sobie sprawę, że start na wspólnych listach z PO, nawet zakończony sukcesem i udziałem we władzy, może wcześniej czy później podważyć ich legitymizację wewnątrz własnej formacji. Może stworzyć jakby nową dynamikę i skłonić do pytań „po co przez tyle czasu prowadziliśmy samodzielną politykę, żeby w końcu i tak startować z PO. Dla Szymona Hołowni to jest trochę być albo nie być. Jeśli startowałby z Platformą, to owszem jego partia dostałaby jakieś ministerstwa, ale ze względu na bliskość programową wobec innych formacji opozycyjnych, daleko posunięty eklektyzm, bardzo trudno byłoby w sytuacji jakichś nowych rozdań, konsolidacji opozycji w ogóle utrzymać swoje polityczne istnienie. Natomiast poza tym czynnikiem trudno to działanie wyjaśnić, bo przecież dołączenie do Trzeciej Drogi do Koalicji Obywatelskiej w zasadzie wywindowałoby taką formację na pierwsze miejsce, a to z kolei kompletnie zmieniałoby polską politykę. Liderzy PSL i Polski 2050 zdecydowali inaczej. Myślę, że samodzielny start Trzeciej Drogi wynika też z dosyć naiwnych kalkulacji dotyczących strategicznego osłabienia PO, które póki co się nie ziściły i nie widać żadnych przesłanek, żeby miały się w tej kampanii ziścić.
Problemy ma też PiS. Ostatni kryzys wokół służby zdrowia dotyczy także wyborców partii rządzącej. Na ile ostatnie wydarzenia szkodzą partii rządzącej i na ile negatywny trend może odwrócić dymisja ministra Adama Niedzielskiego?
Z całą pewnością jest to jakaś poważna porażka partii rządzącej w kampanii. PiS często ratował się przed problemami, bo z reguły reagował szybko. Przy najmniejszych wątpliwościach odstawiał polityka znajdującego się pod pręgierzem opinii publicznej. W tym wypadku chyba intuicja prowadzących kampanii absolutnie zawiodła. Działanie było zbyt spóźnione, bo najpierw przetoczyła się cała fala i dopiero nastąpiła reakcja. A była to sprawa, w której od początku było jasne, że trudno będzie wybronić polityka.
W spektakularnej formie na konferencji prasowej mieliśmy zderzenie państwo, jego funkcjonariusz kontra obywatel. Nawet gdyby wszystko było zgodnie z prawem, to wyglądałoby to fatalnie. Było jasne, że będzie to źle odebrane w społeczeństwie, które jest przywiązane do wolności obywatelskiej, w wielu aspektach polskiego ustawodawstwa jest bardzo liberalne w podejściu do swobód obywatelskich. Tu pomóc mogła tylko błyskawiczna dymisja. Spóźniona reakcja dała opozycji szansę na ogranie tematu i przywrócenie, czy wzmocnienie stereotypu podziału autorytarna prawica kontra liberalna opozycja.






Komentarze
Pokaż komentarze (67)