Johannes Klaebo, fot. EPA/HANNIBAL HANSCHKE
Johannes Klaebo, fot. EPA/HANNIBAL HANSCHKE

Norweski fenomen. Czego nie mają polskie dzieci, a norweskie mają od urodzenia?

Redakcja Redakcja Sport Obserwuj notkę 35
Johannesa Klaebo, 29-latka z Oslo, który w Mediolanie stał się pierwszym sportowcem w historii zdobywającym 10 złotych medali zimowych igrzysk olimpijskich, można by nazwać fenomenem natury. Byłoby to jednak błędem. Klaebo to produkt systemu opisanego na niespełna ośmiu stronach. I właśnie ten system tłumaczy norweski fenomen. Norwegia prowadzi w Mediolanie tak pewnie, że żaden rywal nie zagroził jej pozycji od pierwszego dnia igrzysk. Dlaczego Polska, z populacją siedmiokrotnie większą, patrzy na to z dystansu drugiej dziesiątki, pyta Jan Peńsko?

Liczby, które uderzają w twarz

Norwegia ma 5,4 miliona mieszkańców. Polska prawie 38 milionów. Przed startem igrzysk w Mediolanie Norwegowie zgromadzili w historii zimowych igrzysk 148 złotych, 134 srebrne i 123 brązowe medale. Polska przez całą swoją olimpijską historię zdobyła ich łącznie niespełna trzydzieści. Różnica jest druzgocąca, ale jeszcze bardziej wymowne jest zestawienie demograficzne. Statystyczny Norweg zdobywa zimowy medal olimpijski wielokrotnie częściej niż statystyczny Polak. I to przy siedmiokrotnie mniejszej populacji.

Pieniądze? Oczywiście. Norwegia należy do najbogatszych krajów świata, a jej federacje sportowe otrzymują corocznie około 400 milionów dolarów z wpływów z loterii narodowej i zakładów sportowych. Ale mówienie wyłącznie o pieniądzach to wygodne alibi, które zwalnia z myślenia. Zresztą polskie gwiazdy sportu na brak funduszy narzekają coraz rzadziej. Bo prawdziwy sekret norweski jest znacznie tańszy, niż nam się wydaje. I znacznie głębszy.

Osiem stron, które zmieniły wszystko

Kluczem do zrozumienia norweskiego fenomenu jest dokument, który nie wygląda jak strategia olimpijska. To zbiór zasad przyjęty w 1987 roku, ostatnio zaktualizowany w 2019, noszący tytuł "Prawa dzieci w sporcie". Norweskie Stowarzyszenie Olimpijskie uczyniło go obowiązującym dla wszystkich klubów i federacji w kraju.


Zasady są proste. Każde dziecko ma prawo do bezpieczeństwa, przyjaźni, poczucia mistrzostwa i wpływu na własną aktywność. Ma prawo wybrać sport i tempo, w jakim go uprawia. I, co w Polsce brzmi niemal rewolucyjnie, ma prawo uczestniczyć w sporcie niezależnie od tego, ile zarabiają jego rodzice.

Konsekwencje tych zasad są równie proste. Przed ukończeniem 12 lat norweskie dziecko nie rywalizuje w rankingach, nie wyjeżdża na kosztowne turnieje, nie jest selekcjonowane ani porównywane z rówieśnikami. Wyników meczów dzieci nie wolno nawet publikować w internecie. W Polsce większość z tych rzeczy jest codziennością już od przedszkola.

Radość jako strategia olimpijska

Tore Ovreboe, szef norweskiej delegacji olimpijskiej, zapytany przez agencję Reuters o sekret norweskich sukcesów, odpowiedział spokojnie: "Nie jest łatwo powiedzieć, co jest sekretem. Ma to związek z tym, jak organizujemy nasze społeczeństwo."

Norwegowie nazywają to filozofią "radości sportu dla wszystkich". Brzmi miękko, ale skutki są twarde. 93 procent norweskich dzieci uczestniczy w zorganizowanym sporcie w trakcie dzieciństwa. W Polsce ten wskaźnik jest kilkakrotnie niższy, a dzieci, które już trafiają do klubów, zbyt często zamiast radości spotykają presję i hierarchię wyników.

Ovreboe mówi bez ogródek: "Nie powinniśmy tworzyć przegranych. Powinniśmy tworzyć małych zwycięzców. A zwycięstwem jest bycie częścią sportu i czerpanie z niego radości." To nie jest naiwny idealizm. Badania potwierdzają, że nic nie przewiduje długofalowej doskonałości sportowej lepiej niż autentyczna przyjemność z uprawiania dyscypliny. Norwegowie wiedzą o tym od czterech dekad. My wciąż wolimy tabele wyników ośmiolatków.

Klaebo to dowód systemu, nie jego wyjątek

Łatwo powiedzieć, że Norwegia dominuje zimą, bo ma śnieg i góry. Tyle że Norwegowie dominują już wszędzie. Karsten Warholm pobił rekord świata na 400 metrów przez płotki w Tokio czasem 45,94 sekundy, którego nikt wcześniej nie uważał za możliwy. Kristian Blummenfelt wygrał olimpijskie złoto w triathlonie, a potem pobił rekord świata w Ironmanie. Casper Ruud dobił do drugiego miejsca w rankingu tenisowym. Erling Haaland pobił rekord Premier League w liczbie bramek w sezonie. To nie jest zbieg okoliczności. To ten sam system, tylko w różnych dyscyplinach.

Norwegowie zbudowali go świadomie. W latach 80. wyniki norweskiego sportu były przeciętne. Po igrzyskach w Lillehammer w 1994 roku zaczęli przebudowę dosłownie od podstaw, czyli od dzieci. Olympiatoppen, narodowe centrum sportów olimpijskich, rozbudowało siec regionalnych ośrodków i zaczęło systematycznie dzielić wiedzę między wszystkimi federacjami. W kraju tak małym jak Norwegia nie można sobie pozwolić na to, żeby każdy związek sportowy pilnował własnego podwórka i nie patrzył na innych. To się po prostu nie opłaca.

Efekt widać nie tylko w tabelach medalowych. Widać go w tym, że norweski sport produkuje mistrzów w różnych dyscyplinach, pokolenie po pokoleniu, niezależnie od tego, kto aktualnie kończy karierę.


Czy Polska może pójść norweską ścieżką?

Pieniądze są potrzebne, żeby budować infrastrukturę. Ale fundamentów norweskiego systemu nie da się przeliczyć na fundusze. Priorytet radości nad wynikiem, zakaz rankingowania małych dzieci, wielodyscyplinarność, dostępność sportu niezależnie od zasobności portfela rodziców, to zmiany, które można wprowadzić bez miliardowych inwestycji. Wymagają za to czegoś znacznie trudniejszego. Zmiany kultury.

Polski sport dzieci i młodzieży wciąż zbyt często funkcjonuje w logice piramidy, gdzie dziecko jest surowym materiałem do obróbki, a nie człowiekiem, który ma się rozwijać. Zbyt wcześnie selekcjonujemy, zbyt wcześnie wykluczamy, zbyt wcześnie zmuszamy do specjalizacji. Efekty widać co cztery lata w tabelach medalowych.

Są jednak sygnały, że coś się zmienia. Dziewiętnastoletni Kacper Tomasiak, debiutant na tych igrzyskach, zdobył w Predazzo trzy medale. To historia chłopaka, który po prostu kocha skakać. Ale to wciąż jednostka wyłoniona ze starego systemu, nie produkt nowego.

Jeśli chcemy za dwadzieścia lat mieć kilku Tomasiaków, a nie jednego, musimy zbudować środowisko, w którym dziesiątki tysięcy dzieci zakochają się w sporcie przed dziesiątym rokiem życia i nie będą z niego wypychane przez presję rodziców, ambicje trenerów i koszty sprzętu. Norwegowie wiedzą, jak to zrobić. Opisali to na niespełna ośmiu stronach i konsekwentnie realizują od prawie czterech dekad.

Gdy Norwegia triumfuje w Mediolanie, w Polsce dobiegły końca konsultacje społeczne nad Strategią Rozwoju Polskiego Sportu 2040. Dokument, który ma wyznaczyć kierunek polskiego sportu na następne dekady i otworzyć drogę do organizacji igrzysk olimpijskich w Polsce, przygotowuje światowy gigant PwC na zlecenie Ministerstwa Sportu. Gotowy ma być w czerwcu tego roku. Ile będzie miał stron, nie wiadomo. Ile wdrożonych pomysłów, też jeszcze nie wiadomo. Wiadomo jedno: norweski przepis na sukces mieści się na ośmiu. I jest dostępny za darmo.

Jan Peńsko 

Johannes Klaebo, fot. EPA/HANNIBAL HANSCHKE

Udostępnij Udostępnij Lubię to! Skomentuj35 Obserwuj notkę

Komentarze

Pokaż komentarze (35)

Inne tematy w dziale Sport