fot. Canva/KPRM
fot. Canva/KPRM

Idą zwolnienia grupowe. A Tusk ćwiczy „lapidarność stylu”

Rafał Woś Rafał Woś Rząd Obserwuj temat Obserwuj notkę 216
W pierwszym kwartale 2024 spadek zatrudnienia w Polsce był największy w całej Unii. Z kraju o najmocniejszym rynku pracy w Europie szybko zmieniamy się niestety w marudera.

Walec zwolnień idzie przez Polskę

Warszawa: Poczta Polska, banki ING i BNP Paribas albo Agora (ta od Gazety.pl). Kraków: Aptiv Services Poland i Octopus Energy. Levi Strauss w Płocku, TE Connectivity w Nowe Wsi Lęborskiej, Scania w Słupsku, Zakłady Porcelany „Karolina” w Jaworzynie Śląskiej czy ABB w Kłodzku, Forte w Ostrowii Mazowieckiej i Walcownia Rur „Andrzej” w Zawadzkiem na Opolszczyźnie.

To tylko części listy zakładów, które od początku 2024 roku dokonały dużych zwolnień grupowych. Dużych, to znaczy od 200 nawet do ponad 1000 pracowników. Ta lista jest stale uzupełniana kolejnymi nazwami oraz niepokojącymi cyferkami.

Przez pewien czas twierdzono, że to nic takiego. Ot, normalne w kapitalizmie wahnięcie cyklu. Wiadomo, w czasie dobrej koniunktury firmy zwiększają zatrudnienie, by je później trochę zredukować. Przekonywano nas, że przypadki zwolnień może i są coraz bardziej widoczne w mediach, ale w statystykach ich nie widać.

No to już widać. Mamy już dane zbiorcze za pierwszy kwartał roku 2024. Wynika z nich, że od początku roku bieżącego liczba miejsc pracy w Polsce zmniejszyła się o 112 tysięcy. I o 134 tysiące w skali roku. To już nie jest „śladowa ilość”. To już nie są dane statystycznie nieznaczące. Wśród krajów Unii Europejskiej te polskie spadki zatrudnienia z ostatnich miesięcy są najwyższe. Z kraju o najbardziej dynamicznym rynku pracy w ostatnich latach zaczynamy się zmieniać w marudera. Takie są - niestety - fakty.


Firmy wykańcza wzrost cen energii

Jakie widać przyczyny obecnego trendu? Na pewno winne są wzrosty kosztów produkcji. W tym koszty płac oraz energii. Ten pierwszy wzrost martwić nas aż tak bardzo nie powinien. Wzrosty płac generalnie opłacają się gospodarce narodowej. A to dlatego, że wracają do firm i biznesu w formie dobrej koniunktury i mocnego popytu. Pracownicy dobrze opłacani konsumują dobra i usługi. Te zaś są w dużej mierze zaspokajane przez krajowych producentów. W ten sposób płace przekładają się na wzrost dobrobytu. Tak budowały się powojenne gospodarki Europy Zachodniej z Niemcami na czele. Tak wygląda najzdrowszy wzrost gospodarczy ze wszystkich możliwych w kapitalizmie wzrostów gospodarczych. To jest coś, co wielki polski ekonomista Michał Kalecki nazwał „wzrostem przez płace”. I co stanowi - uznany także przez innych ekonomistów - sposób na społecznie zrównoważony gospodarczy skok do przodu.

Zupełnie inaczej wygląda natomiast sprawa ze wzrostem kosztów energii. Energia jest potrzebna do produkcji. To jasne. Dla każdego przedsiębiorcy (w małej i w dużej skali) skokowy wzrost ceny prądu czy ogrzewania to jest katastrofa. Taki wzrost może w jednej chwili z rentownych kwitnących przedsięwzięć uczynić niedochodowe potworki. I to się niestety właśnie dzieje. Zmiana cen energii dla odbiorców biznesowych w latach 2023-2024 to wzrost nierzadko 3 czy nawet 5-krotny. Granica bólu została przekroczona. Jednocześnie, gdy rośnie cena prądu to nie ma z tego tytułu żadnych korzyści dla gospodarki jako całości. Nie ma - jak w przypadku wzrostu płac - tego efektu popytowego, który pozwala złapać w nowym punkcie stan ekonomicznej równowagi. Droga energia ucieszy ekologów, którzy uważają, że powinniśmy mniej produkować - wedle modnej tu i ówdzie filozofii „degrowth”. Ale na dobrobyt i bezpieczeństwo socjalne przekłada się w sposób zerowy. Niestety.

Premier nie ma serca do gospodarki

Z obecną falą zwolnień w polskiej gospodarce jest jeszcze jeden problem. Ona dzieje się przy całkowitej niemal bierności rządzących. Zainteresowanie takimi sprawami nie leży w politycznym DNA tego rządu. Minister finansów udaje, że tego nie widzi. Sądzi pewnie, że jest to sytuacja - jeszcze - niezbyt groźna. Ministrowie od spraw społecznych nie widzą zaś siebie jako część rządowej maszynerii do ekonomicznego sterowania gospodarką. Rozumieją swoją rolę tradycyjnie - jako strażnicy garnka złota z napisem „socjał”. I jego pilnują przed zakusami MinFina. Premier zajęty jest z kolei innymi sprawami. Z resztą on nigdy ręki ani serca do gospodarki nie miał. Dla niego powinna się ona sama uregulować. A jeśli jest inaczej, to najwyraźniej stoją za tym jacyś PiSowscy prowokatorzy głęboko i perfidnie poukrywani w trzewiach państwa przez poprzedników.

Tego oczywiście nie sprawdzimy. Ale zdaje mi się jakoś, że że gdyby rządzili nami wciąż ci co przed rokiem 2023, to rząd odpalałby już kolejny pakiet obliczony na ratowanie upadających zakładów albo na znalezienie roboty wyrzucanym ludziom. Robiliby to, choć liberałowie z mediów by załamywali ręce, że „dług publiczny”, „upolitycznienie Orlenu (który pewnie by coś musiał dosypać z zysków ze sprzedaży paliw)” i „kupowanie wyborców”. Ale wiecie co? Ja bym właśnie wolał żeby było tak, jak było. A to co jest jakoś nie bardzo mi się podoba.

Rafał Woś

Czytaj także inne teksty Rafała Wosia:

Udostępnij Udostępnij Lubię to! Skomentuj216 Obserwuj notkę
Rafał Woś
Dziennikarz Salon24 Rafał Woś
Nowości od autora

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka