0 obserwujących
105 notek
26k odsłon
  18   0

Żydowska kochanka (fragment)

Odcinek 39 – wezwijmy diabła!

79)   Dopiero wtedy, gdy Wiktor wrócił ze zwiadu, dając znaki uspokajające, że to był fałszywy alarm - rozprężyli się, śmiejąc się nerwowo.                                                                    
- Wkoło nie ma żywej duszy - mówili - Non est inventus! Nie odnaleziono go! Nikogo nie ma, mamusiu! To omamy słuchowe! Zdawało ci się... Masz chore nerwy “tatusiu”...
  
     Mimo zapewnień, że są bezpieczni, “Matka” kazała natychmiast zasłonić okna i sprawdzić czy w ogrodzie nie ma podglądaczy.                                                                                           
 - Co tu tak ciemno, jak w stodole? – spytał Jan, zwany “Ropuchem”, wracając z poszukiwań. Miał kurzą ślepotę i żeby cokolwiek zobaczyć w półmroku musiał wytrzeszczać oczy jak puszczyk i nadsłuchiwać, by się nie potknąć o jakieś badziewie. Podchodząc do Wiktora, z wyciągniętymi rękami macał go zwyczajem ślepców, po twarzy: – O, to ty “Śniady” – odetchnął uspokojony, rozpoznając go po nosie jak obarzanek.
     Nagle zatrzymał się, bo coś namacał pod stopami. Był to ogarek nadpalonej świeczki - podniósł go, oglądając w słabej poświacie księżyca padającej przez szpary niedokładnie zaciągniętych kotar.
- O, nareszcie będzie trochę jaśniej - ucieszył się, szukając zapałek. Szurał rękami po podłodze i sprzętach, zanim znalazł pudełko. Zapalił knotek i oświecając podłogę, szukał taboretu żeby na nim postawić ogarek. Nakapał trochę parafiny na deskę i przylepił świeczkę. Po chwili gdy się rozgrzała, dawała odrobinę kopcącego światła, rzucając na ściany ich ogromne, chybotliwie cienie. Pochylony nad płomykiem „chiński ambasador” świecił swoim nalanym, oślizgłym ciałem na zielono, wyglądając jak monstrualny kumak. Było coś zwierzęcego w nim samym i w zgromadzeniu między nimi. Jakby salon przepoczwarzył się w tajemniczą jamę pełną gadzich stworzeń.  
 
     Wyciągając szyję rozglądał się niespokojnie, szukając ludzkich twarzy w ciemnościach, oświetlonych tylko w pełgającym migotaniu płomyka i odmawiał w myślach: ”Wieczne odpoczywanie”, za dusze zakatowanych kolegów.
  “Wałęsają się w ciemnościach, cholery” - przeklinał w duchu – “Tłuką się niczym nocne marki po piekle, by dręczyć swych kolegów, że jeszcze żyją, że przeżyli kosztem słabszych, że zamiast solidarnie cierpieć i umierać, weszli w sztamę z katami, nie dali się zagłodzić, zostając pomocnikami zbrodniarzy”.                                                                    
- O, teraz będzie raźniej, niż siedzieć po ciemku i czekać aż się w łeb dostanie - powiedział dodając sobie otuchy, bo nadchodziła godzina, w której wszyscy więźniowie obozów koncentracyjnych nie chcą zostawać sam na sam ze swoimi myślami, bojąc się odwiedzin zakatowanych kolegów. 
Im więcej upływało lat od hekatomby, tym ostrzejsze psychozy, silniejsze objawy, tłumionych psychotropowymi lekami, lęków wyłaziły z zakamarków podświadomości chwytając ich zimną ręką za gardło, za piersi, za odbyty, za jądra... Dlatego, czując się nieswojo, Jan swą krzątaniną i szuraniem nogami, starał się zagłuszyć czający się              w nim przestrach. Bał się ciemności z której patrzyło na niego tysiące wytrzeszczonych oczu, uśmiechało się tysiące wyszczerzonych zębów. Od wielu lat, mimo coraz silniejszych leków, nie mógł zasnąć. Zapadał tylko w krótkie drzemki, z których budziło go potworne wewnętrzne szarpanie, połączone z uczuciem upadania do dołu pełnego trupów, w który spychała go czyjaś potężna ręka. 
Dlatego coraz częściej odmawiał ”Requiescad in pace”, dawał na msze za zbawienie ich dusz, a gdy to nie pomagało, zdarzało mu się (gdy był już udręczony do granic ludzkiej wytrzymałości) życzyć im: Requiescad in pice - żeby poszli do wszystkich diabłów, a jeśli nie do piekła, to przynajmniej do purgatorium - wykrzyczane w szale szewskiej pasji. To była jego odpowiedź na ich złośliwe udręki.
“A wydawałoby się, że ci którzy doznali cierpienia, powinni być wyrozumiali i miłosierni”.                                                                       
- Ciiicho! Ktoś tu łazi, ktoś się szwenda! – syknął ostrzegawczo któryś obozowych korybantów - Ktoś nas podgląda przez dziurkę od klucza! Czyście dobrze papierkiem zasłonili dziurkę? Zdaje się, że ksiądz Piczek wrócił pijany!

    Na te słowa wszyscy zamarli w bezruchu, tylko po ścianach skakały nerwowo ich cienie, chwiejąc się jak zjawy na wietrze.                                             
 Zastygli jak skamieniali, nie mając odwagi oddychać. Spoglądali po sobie niepewnie, czekając, kto pierwszy się ruszy. Dopiero po chwili, pani Beata powiedziała szeptem, że skoro nikt nie chce, to ona pójdzie zobaczyć, co się dzieje i wyszła na palcach.         
    Bała się okropnie, ale dodając drugim otuchy, czuła się sama przez to odważna. Obeszła dokoła “strażnicę” z bambusowych mebli, stojącą groźnie w mroku, istotnie na pierwszy rzut oka przypominającą kratowaną konstrukcję wież strażniczych, na których Wachmani ustawiali gotowe do strzału karabiny maszynowe, wycelowane w obozowe baraki. Potem wyjrzała na korytarz, ale nie dostrzegła nic niepokojącego. Wyjrzała nawet, ostrożnie, przez balustradę antresoli w dół, do holu. Nadsłuchiwała uważnie, ale nic podejrzanego nie zwróciło jej uwagi.

    Gdy wróciła z obchodu, wszyscy odetchnęli z ulgą.                                                                  - Nie ma go! Gdzieś wyszedł. Poszedł pić z dziwkami. Nie ma go! - powtarzali sobie ten radosny komunikat. Teraz możemy nareszcie sprawdzić, czy te cholerne pistolety są dobre. Czy te “gumiane” baloniki... nie są przypadkiem dziurawe! Ale po cichu! Pamiętajcie, nikt nas nie może zobaczyć!

    Instruowała ich jak ministrantów, żeby udawali, że z obozami nie mają nic wspólnego. Kiedy mówią o Niemcach, najlepiej niech nazywają ich “Persami”, a o więźniach kacetów  nie mówią wcale.
- Jeśli już musicie, to mówcie: ”Grecy”. Tak będzie najbezpieczniej, bo to ciągłe przypominanie hitlerowskiej przeszłości już się wszystkim przejadło i można oberwać po łapach od wielbicieli niemczyzny. Z drugiej strony, księża chcą na martyrologii swoich klechów zrobić kasę i udają, że Auschwitz był internatem dla świętych młodzianków; więc bezpiecznie jest nie pchać się im przed oczy. Najlepiej milczeć, maskować się, żeby nie było przykrości.                                                           
 

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Komentarze

Inne tematy w dziale