Kilka dni temu media poinformowały o ciekawej sytuacji w izraelskim mieście Petach Tikwa. Przez miejscowych radnych powołana została specjalna grupa, składająca m.in. z psychologów, której zadaniem ma być wyszukiwanie żydowskich kobiet spotykających się z arabami i wyciąganie ich z mieszanych związków.
Incydent, stanowiący kolejny akcent w ciągnącym się w Izraelu od lat sporze na osi religijni-świeccy, przypomniał o innym wydarzeniu związanym z miastem Petach Tikwa.
11 czerwca 1985 roku pociąg staranował autobus wiozący dzieci ze szkoły średniej w Petach Tikwa na wycieczkę. Śmierć poniosły 22 osoby, w tym 19 uczniów. Był to najtragiczniejszy wypadek kolejowy w historii Państwa Izrael.
Śmierć dzieci z Petach Tikwa wstrząsnęła krajem. Jak zwykle w takich sytuacjach, politycy – trawestując słowa pewnego prezydenta - stracili okazję by siedzieć cicho. Icchak Perec, ówczesny Minister Spraw Wewnętrznych, reprezentujący Szas, religijną partię Żydów sefardyjskich, zabrał głos dwa tygodnie po wypadku. Stwierdził, że katastrofa była karą bożą. Winne zaś były władze miasta Petach Tikwa, które dopuściły jedno z kin do funkcjonowania w Szabas.
Zachowanie Pereca spotkało się z potępieniem ze strony kół świeckich, oraz z poparciem ze strony fundamentalistów religijnych. Wywołało niemały skandal, nie odbiło się jednak negatywnie na poparciu dla Szas, która w latach 80-tych budowała dopiero pozycję na scenie politycznej Izraela.
Wypowiedź ministra stanowi epizod w bogatej historii religijnej instrumentalizacji tragicznych i szeroko relacjonowanych zdarzeń.
W 2005 roku pastor Fred Phelps oraz członkowie jego wspólnoty Baptystycznego Kościoła Westboro w Kansas wystosowali ogłoszenie prasowe, w którym podziękowali Bogu za śmierć jaką w skutek tsunami poniosło kilka tysięcy Szwedów. Miała ona być karą za powszechną akceptację homoseksualizmu w Szwecji.
Całkiem niedawno, bo na początku września br., na jeziorze Ochrydzkim w Macedonii doszło do wypadku, w którym śmierć poniosło 15 obywateli Bułgarii. W żałobnym kazaniu metropolita płowdiwski Mikołaj uznał zatonięcie współobywateli za skutek. Przyczynę zaś stanowić miał koncert Madonny, który odbył się 29 sierpnia, w dniu świętym dla prawosławnych.
W 2006 roku planowano w Jerozolimie paradę gejowską. Rabin Szlomo Amar nie chciał do niej dopuścić. Argumentował, że będzie ona przyczynkiem do katastrofy porównywalnej z niewolą babilońską za czasów Nabuchodonozora II.
Rok wcześniej Owadia Josef, duchowy przywódca wspomnianej już partii Szas oraz kompletny wariat, oznajmił, że huragan Katrina stanowił karę zesłaną przez Boga na Stany Zjednoczone za popieranie stony palestyńskiej w sporze o Strefę Gazy.
Przywołane przypadki pokazują, że wykorzystywanie argumentu „boskiej interwencji” do uzasadniania nośnych medialnie wydarzeń zgodnie z pożądaną wizją świata przychodzi fundamentalistom z ogromną łatwością. Abstrahując od pytania o możliwość uznania przy zdrowych zmysłach koncertu w Bułgarii za przyczynę katastrofy na jeziorze w Macedonii zastanowić się można nad tym, jak na podobne szafowanie boskimi mocami przez śmiertelników patrzą mniej radykalni przedstawiciele poszczególnych religii.
Ksiądz Andrzej Trojanowski w artykule „Czy powodzie, wichry i pioruny są karą Bożą" omawia poglądy Orygenesa na powyższą kwestię. Cytując teologa stwierdza: "Tylko ludzie prymitywnie czytający Pismo św. - mówi Orygenes - i bezrozumnie czepiający się "samej litery" myślą, że Wszechmogący Bóg gniewa się jak ludzcy pieniacze. Gniew Boski jest niczym innym, jak ostatnią próbą dotarcia do grzesznika, który ogłuchł już na słowo. Ci bowiem, którzy nie wyciągnęli korzyści z zarzutów, pochodzących ze słowa, wymagać będą zarzutów wywodzących się z zapalczywości Boga. Do czego bowiem zmierza Boski gniew i kara? Do przełamania głuchoty grzesznika, do wyrwania go z letargu i samobójczego przylgnięcia do zła. Ocknij się, człowieku, oprzytomniej; zajmij jakąś postawę wobec Mnie, wobec perspektywy życia lub śmierci! - wydaje się przemawiać Bóg. Kara nie spada więc na grzesznika, jak grom z jasnego nieba, aby zniszczyć go i upokorzyć; nie polega na miażdżącej manifestacji wszechmocy ze strony Najwyższego. Owszem, jest objawieniem wszechmocy Jego miłosierdzia, które pragnie skłonić skorumpowanego przez zło człowieka do rozpoznania Boga, uznania swego rozpaczliwego stanu i do nawrócenia. Cierpienie, które zawsze towarzyszy karze, posiada tylko i wyłączenie na celu otwarcie przestrzeni dialogu z miłosiernym Bogiem. [...] Orygenes stawia niezwykle mocny akcent na prawdę, że Bóg przede wszystkim i nade wszystko nie karze nas za coś, lecz aby uniknąć czegoś o wiele gorszego.Pragnie uchronić od ostatecznej zguby, która znajduje się na końcu równi pochyłej, do jakiej porównać można drogę grzechu. Zło w postaci kary, jaka obecnie nas spotyka, nie jest jeszcze tym największym złem, które nam zagraża. Wielkie mogą być obecne cierpienia, ale żadne z nich nie jest do porównania z utratą życia wiecznego."
Zgodnie z powyższym trudno interpretować przejechanie przez pociąg skutkujące natychmiastową śmiercią jako otwarcie przestrzeni dialogu z miłosiernym Bogiem. Oddajmy głos rabinowi Jerome'owi Epsteinowi, przedstawicielowi konserwatywnej Synagogi, który tak oto skomentował brednie wygłaszane przez rabina Josefa o huraganie Katrina:
"Bóg dał Torę ludzkości z nadzieją, że będzie żyć wedle niej i interpretować ją w rozumny sposób. Wypowiadać się z takim poczuciem pewności o woli Boga to arogancja. Przekonywać innych, że Twoja interpretacja jest jedyną prawdą, to brak odpowiedzialności."
Czego jednak oczekiwać od człowieka, który jeszcze w latach dziewięćdziesiątych toczył fascynujące pojedynki na czary ze swoim adwersarzem (a dawnym mistrzem) Elazarem Szachem? Z pewnością nie odpowiedzialności za słowo.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)