44 obserwujących
218 notek
291k odsłon
697 odsłon

Dziewięciuset maturzystów w ciągu dziewięciu lat - 1970-79. Część druga

Wykop Skomentuj32

       W Technikum Hutniczym w Gliwicach, przemianowanym później na Zespół Szkół Mechaniczno-Elektrycznych. Dokładnie 876 uczniów. Łatwo policzyć: co roku trzy klasy maturalne bez zwyczajowej, we wszystkich szkołach przyjętej zasady, że polonista co trzy lata ma rok szkolny wolny od klas maturalnych. Z powodów oczywistych: nie wytrzyma! Liczmy dalej: 5-letni system nauczania w technikum, mam więc co roku 15 klas do "wyedukowania", a że średnia ilość lekcji polskiego w technikach wynosiła 3 godziny, więc tygodniowy wymiar kształtował się ponad 45 godzin. Ponad, bo jeszcze lekcja wychowawcza oraz wówczas, w latach 70., cotygodniowa porcja zastępstw (niepłatnych) za chorujących nauczycieli. Polonista, który w klasie maturalnej ma z uczniami 2 godziny lekcyjne tygodniowo, musiałby być bez sumienia, by nie poświęcić im ok 30 godzin w skali roku (też niepłatnych) na dodatkowe zajęcia, dotyczące przede wszystkim powtórzenia materiału od I klasy. Wszystkie klasy maturalne, także te później w liceum, miały ode mnie taki prezent.
    Przypominam o tym wszystkim w detalach nie bez kozery - chciałbym sprowokować dzisiejszych nauczycieli do refleksji nad etosem naszej zawodowej  pracy, która nie jest zwykłym zatrudnieniem, tylko ciągle i zawsze powołaniem. Pracując w tak potężnym wymiarze godzin, etatów, poza granicą wytrzymałości, miałem problemy z utrzymaniem rodziny i studiującej żony, a od 1974 roku także dziecka. Wychodzącego z porażenia mózgowego przez kilka lat - zwycięsko, dzięki Bogu.
    Tak się też układało w moim życiu zawodowym, że zawsze byłem dla władz niewygodny. Zaczęło się od tej pierwszej pracy w Technikum. Dwudziestodwuletni nauczyciel polskiego nie rozumie, dlaczego jest "wyróżniany" dodatkowym zakresem czynności, któremu nie sposób sprostać, dlaczego kontrolowany jest w sposób uwłaczający jego godności, dlaczego przy ponad dwu etatowym przydziale godzin lekcyjnych ma jeszcze obowiązek prowadzić zajęcia teatralne i recytatorskie w wymiarze dodatkowego niepłatnego etatu. Dlaczego po paru latach odkrywa, że w arkuszu spostrzeżeń ma tylko lakoniczne lub negatywne opinie z hospitowanych lekcji, mimo zawsze ustnych akceptacji (po wizytacji słowa uznania, a w arkuszu krytyczne uwagi), dlaczego brak jakichkolwiek nagród i wyróżnień jest tak ostentacyjny wobec ogromnej serdeczności uczniów, rodziców oraz znakomitych wyników nauczania, dlaczego...dlaczego... - długo mógłbym  mnożyć. Wytrzymywałem, bo do tego przygotował mnie mój rodzinny dom.  Matka i Ojciec, którzy podjęli się heroicznego trudu urodzenia i wychowania ośmioro dzieci. Byłem ich prawą ręką do pomocy w każdej pracy (a od 12 roku życia także przy budowie domu) i trzeba było dać z siebie więcej niż wszystko, by czasem  usłyszeć z ich strony skromne uznanie. Takie wychowanie przygotowało mnie do niełatwego życia. I do optymizmu mimo wszystko: to po Mamie. Choć nie wstydzę się dziś i nie ukrywam kilku potężnych kryzysów, gdy zasypiając, modliłem się, by była to ostatnia noc.
     Po 40 latach, odnajdując coraz to nowe dokumenty z tamtych lat, zrozumiałem moich dyrektorów i nawet im  współczuję.
     W roku 1972, a potem w 1974 przeprowadzono ze mną dwie rozmowy przed komisją WSW złożoną z kilku wysokiej rangi oficerów. Jednym z nich mógł być ojciec mojego ucznia, szef SB w Gliwicach, co odkryłem w archiwach IPN dopiero 40 lat później.  Próbowano przekonać mnie do kariery wojskowej. Propozycje były bardzo materialnie i finansowo kuszące. Dla mojej rodziny szczególnie: mieliśmy wyjątkowo trudną sytuację materialną i mieszkaniową - jednak ja miałem też wyjątkowo nie najlepsze zdanie o LWP.
    Być może trudno mi było tę niechęć ukryć, być może wyczuli to oficerowie, ponieważ właśnie jakoś od tamtego czasu, życzliwy do tej pory dyrektor zmienił się diametralnie: rozpoczęły się szykany, tendencyjne i groteskowe wizytacje, codzienne niemal dyscyplinujące kontrole, z nadzieją na "wykrycie" u mnie jakichś potknięć, zaniedbań, wykroczeń i wybierając w tym celu takie momenty, w których mógł być ich pewien. Nie znalazł, więc zaczął kreować w arkuszach spostrzeżeń alternatywną rzeczywistość, w której mój obraz nauczyciela był raczej dość mierny. Wystarczająco kiepski, by usprawiedliwić brak nagród. Tylko skąd te decyzje, by takiemu poloniście przydzielać co roku większość klas maturalnych? Wymuszali to na dyrekcji wpływowi rodzice, być może także i ci z tych resortów, co wspomniany wyżej oficer. Więc czułem się doceniany, z pełną świadomością dobrze wykonywanej pracy i z poczuciem własnej wartości. Ale też nie zmieniało to faktu, że z każdym rokiem czułem się coraz bardziej jak zwierzyna, na którą się poluje.
    Dyrektorzy mieli zadanie, by mnie zniechęcić do pracy nauczycielskiej, nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Moje teczki zniknęły z archiwum, zostały pewnie sprywatyzowane, by ktoś, jak legendarny już Lesiak, miał swoją polisę na życie. Odzyskałem zaledwie małą część, więc takich potwierdzeń w dokumentach nie mam. Z licznych jednak materiałów źródłowych dziś wiemy, jak to załatwiano w przypadku niepokornych pracowników czy studentów. Zwierzchnik otrzymywał polecenie, by dokuczyć niepokornemu (w języku służb nazywano to: dokuczanie, szczypanie, rozwiązywanie problemu). I "obiekt" nawet nie domyślał się, czemu klimat w pracy radykalnie się zmienia, a student nie rozumiał, czemu pojawiły się problemy z zaliczeniami i egzaminami. Kolejne rozmowy otwierały im oczy - niektórzy poddawali się, inni zmieniali pracę, uczelnię, szukając spokojnego miejsca. Najczęściej bez skutku. Nie było ucieczki. Jedyną strategią było wytrwać. To wytrwanie zawdzięczam w ogromnym stopniu moim uczniom. Każda lekcja umacniała mnie w przekonaniu, że warto znieść wszystko, w zamian za takie lekcje i takie dyskusje. Zawsze miałem szczęście do wspaniałych uczniów, ale ci z mojej pierwszej szkoły byli wyjątkowi!
    I także w związku z tym moi dyrektorzy mieli poważny kłopot. Pracowałem bez zarzutu, wręcz znakomicie, z poświęceniem wyjątkowym i z wyjątkowymi  humanistycznymi osiągnięciami uczniów, absolwentów przecież Technikum i Liceum Zawodowego (świetnie zdawane egzaminy dojrzałości i wstępne na studia humanistyczne czy aktorskie, laury na miejskich i wojewódzkich przeglądach teatralnych i recytatorskich). Ponadto sam uzupełniałem swoje kwalifikacje: ukończyłem 2-letnie Studium Teatralne, dwuletnie studium doktoranckie, otworzyłem przewód doktorski, z wynikiem celującym zdobyłem świadectwo Studium Podyplomowego, zostałem laureatem międzywojewódzkich i ogólnopolskich Konkursów Krasomówczych, założyłem i prowadziłem w Gliwicach pierwszą w polskiej historii tego miasta Grupę Literacką, publikowałem wiersze i byłem nagradzany w konkursach poetyckich, pisałem artykuły w prasie literackiej i naukowej, pojawiały się wywiady ze mną, zostałem nawet na krótko gliwickim korespondentem katowickiego "Sportu". I wszystko to zaledwie w latach 1974- 78. Jak to możliwe? - spałem po 4-5 godzin na dobę, często jeszcze mniej.
    Nowy dyrektor w 1979 roku nie miał innego wyjścia - najdelikatniej, jak mógł, pokazał mi drzwi. "Humanitarnie" przekazując mnie dyrektorowi Zespołu Szkół Huty 1-Maja. Który uczciwie mnie uprzedził, że mam pracę na rok, bo nie ma pewności, czy w latach następnych będzie jakikolwiek nabór nowych uczniów do jego szkoły, niespecjalnie popularnej w Gliwicach.

Po 40 latach, odnajdując coraz to nowe dokumenty z tamtych lat, zrozumiałem moich dyrektorów i nawet im  współczuję. Oto one:

https://www.salon24.pl/u/1312eksa46/982203,w-celu-rozpracowania-lub-opracowania

Ten powyższy tekst jest przede wszystkim o zawodzie nauczyciela w PRL-u. Dlatego muszę tu przypomnieć pewną historię, którą zamieściłem trzy dni temu, 18.11., pod publikacją "Nie dałem się złamać..." Wydaje mi się to konieczne, bo uzupełnia obraz szykan w PRL-u wobec nauczycieli niepożądanych.

"Byli też nauczyciele odważni. Najczęściej jednak bardzo szybko ich eliminowano z zawodu. Nie siłą - sami odchodzili, by "nie kopać się z koniem", jak mi jeden z nich powiedział. Nie widzieli sensu pracować prawie za darmo i znosić dyrektorskie naloty. Byli też eliminowani "na wejściu". Opowiem pewną historię: Mój pierwszy dyrektor został przywołany przez sekretarkę do gabinetu, gdy egzaminowaliśmy ustnie maturzystów, był rok 1971. Wrócił po chwili bardzo zadowolony i po pewnym czasie ujawnił, że będę miał wspaniałą nową koleżankę, mądrą, inteligentną itd..., rozpływał się. Za pół godziny znów sekretarka informuje go, nieco spłoszona, że ma telefon. Wrócił zupełnie odmieniony. Długo czekaliśmy aż ochłonie i coś powie. W końcu wyrzucił z siebie: "nie będzie pan miał koleżanki. Miałem telefon z Komitetu..., jakim prawem przyjąłem absolwentkę KUL-u."

Ja zostałem przyjęty do pracy tylko dlatego, bo się nie pochwaliłem w życiorysie swoją aktywnością  w Duszpasterstwie. Potem dyrektor już został o tym poinformowany, ale było za późno, by mnie zwolnić - zyskałem sobie zbyt wielką życzliwość uczniów i rodziców, także grona pedagogicznego. Pozostało im "zniechęcać" mnie do pracy w każdy możliwy sposób.
A swoją drogą, kto tak szybko poinformował Komitet, że została zatrudniona absolwentka KUL-u? Miał "dyro" u siebie kreta - w sekretariacie lub wśród zastępców. Biedny był w sumie, dziś mi go żal. Oczywiście, trzeba podkreślić, że bardzo wielu polonistów, zwłaszcza polonistek, bo to zawód sfeminizowany, prezentowało w tamtych czasach bardzo wysoki i atrakcyjny poziom nauczania.





Wykop Skomentuj32
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo