44 obserwujących
225 notek
302k odsłony
  629   0

Duchowni w moim życiu - Niezłomni

            Od bardzo wczesnej młodości – od piątego roku życia byłem ministrantem w Kościele pod wezwaniem św. Mikołaja w Chrzanowie, pod życzliwą, ale wymagającą opieką księdza Kazimierza Sudera i oczywiście proboszcza, kanonika i prałata Jana Wolnego. Przez osiem lat, do chwili, gdy rozpoczęliśmy budowę własnego domku i – dwunastolatek - dostałem kilof i łopatę, by razem ze starszym bratem kopać fundamenty. Pięć lat później przeprowadzaliśmy się do gołych ścian z hasia, z prowizorycznymi oknami, bez pieców, za to z trociniakiem. Grzał ponad miarę do drugiej nad ranem..., a potem chłód i mróz, do których trzeba się było przyzwyczaić. Na ministranturę w tamtych latach nie było już ani czasu, ani warunków. Wspominam, bo te zdarzenia mają ścisły związek z naszym Kościołem, z naszą katolicką wiarą, z naszymi kapłanami. W najmroczniejszych latach stalinowskich, w roku 1951 mój ojciec obowiązkowo uczestniczył w zebraniu pracowników przedsiębiorstwa transportowego, w którym pracował (najpierw jako kierowca, potem, po ukończeniu “zawodówki” awansował na urzędnika). W którymś momencie prowadzący poinformował, że teraz przechodzi do spraw ścśśle tajnych, których nie można przekazać nikomu, nawet “księdzu na spowiedzi” - zażartował. Ale poważnie ostrzegł: “Kto chodzi do Kościoła, niech lepiej wyjdzie”. Mój ojciec wyszedł. Na drugi dzień wrócił za kierownicę - zupełnie przypadkiem steranych, zdezelowanych ciężarówek. I swoje przeszedł, a z nim cała nasza rodzina. Nakaz opuszczenia mieszkania przez rodzinę z ośmiorgiem dzieci, dokądkolwiek bądź, był tylko jednym z wielu aktów represji. Ale wracam do kapłanów - obchodzimy przecież dzisiaj Narodowy Dzień Duchownych Niezłomnych

         Ksiądz proboszcz zasłużył sobie całym swoim życiem na chwałę niezłomnego, zarówno w latach okupacji niemieckiej, więziony w Bielsku Białej i brutalnie przesłuchiwany na gestapo, jak i w PRL-u, dzielnie radząc sobie z UB i SB. Wspomina o tym ks. Tadeusz Isakowicz Zaleski w swej pracy „Księża wobec bezpieki”. To do parafii ks. prałata Wolnego kierowała krakowska Kuria wyjątkowych, będących nadzieją Kościoła Katolickiego, młodych kapłanów, by dojrzewali pod surową, ale ojcowską opieką księdza Proboszcza. Byli wśród nich: ks. Jan Kościółek, ks. Adolf Chojnacki, ks. Józef Tischner. O nich też możemy czytać w udokumentowanych pracach księdza Tadeusza, który także, ale już znacznie później, został kapłanem w parafii chrzanowskiej.

             Proboszcz wzbudzał wśród nas, dzieci, szacunek połączony z lękiem. Był poważny, małomówny, jakby nieobecny – wydawało się, że niewiele go interesujemy. Ale od czasu do czasu wyprowadzał nas z błędu, surowo upominając za najmniejsze nawet niedopatrzenie, czy zaniedbanie w obowiązkach, często za świadome, niemądre figle - bo przecież byliśmy dziećmi. Widział wszystko, nic nie uszło jego uwagi. Nawet moje zimowe buty. Które miały tę słabość, że gdy tradycyjnie przechodziły ze starszego brata na moje stopy, były już znacznie zdezelowane, z poważnymi w podeszwach ubytkami. I trzeba je było codziennie od wewnątrz wypełniać tekturowymi wkładkami. A żywotność tektury była z kolei krótsza niż droga do Kościoła, więc gdy się uklękło, wytarty i postrzępiony materiał odsłaniał bewstydnie całą swoją szpetotę. I tak ściągnęły surowy wzrok Proboszcza.

           Otóż któregoś mroźnego stycznia, w pierwszych latach 50., czyli w czasach, gdy wszystkie zimy były jeszcze prawdziwymi zimami, wziął mnie po porannej mszy św. do obuwniczego sklepu. Kazał (tak, kazał!) mi zdjąć to coś, co w niewielkim stopniu przypominało buty i przymierzyć nowe. Wstyd mnie sparalizował, bo w butach były niemniej sfatygowane skarpetki. Ksiądz Jan, widząc dziwne moje kombinacje przy najprostszej w swiecie czynności, „zachwycił się” jakimś towarem na półce, zajął nim sprzedawcę, a ja w mig wskoczyłem w nowy towar. I już nie chciałem z niego wyskoczyć. Wracałem do domu szczęśliwy i nie wiem do dziś, z czego bardziej: z butów, pachnących i ciepłych, czy też z tego, że udało mi się uniknąć wstydu. Ale wdzięczność czuję do dziś za jedno i za drugie. I to dziecięce wspomnienie rozświetla mi postać naszego Proboszcza. Dziś szczególnie mocno, bo z materiałów IPN znam codzienny koszmar tego niezłomnego Kapłana. Z późniejszych opowieści kolegów ministrantów wiem, ze nie ja jeden otrzymałem taki prezent od ks. Jana Wolnego.

             Bezpośredni i przez to mocniejszy wpływ na nas wywierali jednak młodzi kapłani prałata Jana Wolnego. Na rekolekcjach księdza Tischnera gromadziły się takie tłumy uczniów chrzanowskich szkół srednich, że nie mógł ich pomieścić Kościół. A przecież, by usłyszeć, trzeba było dostać się do środka, nagłośnienia nie znała siermiężna technika ludowego państwa. A może i znała, bo coś tam gadali przywódcy partyjni przez mikrofon na wiecach i marszach pierwszomajowych, ale to był luksus poza zasięgiem Kościoła. Więc stojąc w ściśniętym tłumie młodzieży z calego powiatu już poza bramą świątyni (wnętrze kościoła znacznie wcześniej wypełniło się ponad miarę), musieliśmy wstrzymywać dosłownie oddech, by słyszeć i chłonąć każde słowo. A słowa były mocne. I każdy z nas je dobrze rozumiał: "A gdy trzeba, na śmierć idą po kolei,/ jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec." Bo wtedy ksiądz Tischner najczęściej wzmacniał i pogłębiał swoje homilie poezją Słowackiego, fascynacja Norwidem “spadła” na niego jakiś czas później. Więc recytował tym swoim magnetycznym głosem: "...niech żywi nie tracą nadziei/ i przed narodem niosą oświaty kaganiec...". A my te zaklęcia wieszcza sprzed ponad 100 lat przenosiliśmy w teraźniejszość, w czas okupacji sowieckiej, w rzeczywistość "dziurawych skarpetek". Każdy na swój sposób, ale podobnie. Czuliśmy się mocni, także mocą wiary księdza Józefa w naszą odpowiedzialność, w naszą dorosłość - “...aż was, zjadaczy chleba w aniołów przerobi!” On w nas wierzył !

Lubię to! Skomentuj45 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo