49 obserwujących
196 notek
632k odsłony
846 odsłon

Ostatnia Niedziela

Wykop Skomentuj3

Leopoldowi Kozłowskiemu muzyka nie raz uratowała życie. Bo, jak mówi piosenka, Bóg kocha klezmerów:

Hej klezmerzy
Bóg w was mocno wierzy
śpiewajcie
wniebogłosy
pod Niebiosy
do nas świat należy

Bóg musiał w Leopolda Kozłowskiego szczególnie mocno wierzyć. W końcu pochodził z nie byle jakiej rodziny – żydowskich muzyków, jego dziadek grywał dla cesarza Franciszka Józefa, ojciec, zanim wrócił do Polski, był kapelmistrzem w Buenos Aires, brat był utalentowanym skrzypkiem. Leopold Kozłowski musiał pójść w ich ślady.

Mały Poldek, wówczas noszący nazwisko Kleinmann, wychował się w Przemyślanach, przedwojennym sztetlu, jakich było wiele w Galicji. Aż dziw, jak jego wspomnienia pasują do nostalgicznych, wyidealizowanych opowieści kresowiaków, dziś tak często pogardliwie ignorowanych przez tych, którzy uparli się pisać „historiię konfliktu”:

Moje miasteczko, ja to nazywam: miasteczko serc. Proszę sobie wyobrazić, tam mieszkali Żydzi, Polacy, Ukraińcy, Cyganie. W sobotę był szabas, Żydzi zamykają sklepy. Były dwa sklepy nie żydowskie i oni też zamykali. W niedzielę, kiedy żydowskie sklepy mogły być otwarte, Żydzi zamykali sklepy. Bywali u siebie, na święta: Yom Kippur, Rosz ha – Szana – w pierwszej nawie siedział starosta, proboszcz, komendant policji. Ja nie mówię, że się kochali, a może się i w Przemyślanach kochali. Tolerowali się. Nie było jakiejś zawiści. Nie było stodół, w których palono i w których ratowano (…). Tam byli prawdziwi sąsiedzi.

Ojciec założył w Przemyślanach profesjonalny zespół muzyczny. Grali najczęściej na weselach. Jeździłem z nimi do Bóbrki, Rohatyna, Podhajec, Tarnopola – na te wszystkie wesela. – wspomina Leopold Kozłowski.

Idyllę brutalnie przerwała wojna. Pierwszy raz muzyka uratowała mu życie w 1941 roku: Raz złapali nas Niemcy. Myśleliśmy, że nas rozstrzelają, ale zobaczyli skrzypce i kazali grać. Zagraliśmy. Dali nam wtedy po kawałku chleba i puścili dalej. Niemców wzruszyła „Ostatnia niedziela”. To „tango śmierci” będą później grać nawet przy egzekucjach w obozie pracy w Kurowicach.

To ostatnia niedziela
dzisiaj się rozstaniemy,
dzisiaj się rozejdziemy
na wieczny czas.

Drugi raz muzyka uratowała go już tam. Pewnego dnia lagerführer powiedział mu: Jak mnie nauczysz [grać na akordeonie] będziesz mieć u mnie w obozie dobrze. Jak mnie nie nauczysz, zginiesz taką śmiercią jaką jeszcze nikt w tym obozie nie zginął. Codzienne wielogodzinne lekcje gry nie na wiele się zdały – esesmanowi słoń nadepnął na ucho. Jednak wódka zrobiła swoje – pijanym kamratom lagerführera walc Straussa się spodobał. Koledzy Poldka powiedzieli, że tego dnia narodził się na nowo.

Kolejny raz przeżył dzięki muzyce, po tym, jak po trzech dniach głodówki esesmani zabrali go na pijacką orgię i kazali grać bez ustanku. Cytuję za Wiadomościami24: Każą się mu rozebrać do naga, wejść na stół i grać. Wydaje mu się, że ten wieczór nie będzie mieć końca, czas upływa diabelnie wolno. Każda minuta jest jak godzina. On gra, oni szyderczo wpatrują się, z rubasznym uśmiechem na twarzach, zupełnie pijani wrzeszczą, rzucają w niego kawałkami jedzenia, śledziami; oblewają majonezem. Każą grać „Wszystko przychodzi, po każdym grudniu przychodzi piękny maj”; to gra, z pianą na ustach. Wonie unoszącego się w powietrzu zapachu świeżych potraw robią swoje, wyostrzają zmysły. Jest spragniony i głodny. Oni żrą, on nie może niczego dotknąć. Dopiero rano, to co ma na sobie, obeschłe – zdrapie i zje. Jest tam SS-manka, nadzwyczaj okrutna. Kompletnie pijana, każe nachylić się młodemu Żydowi i wbija w odbyt świecę, od której oprawcy odpalają sobie papierosy. Prawie upada, w pewnym momencie w trakcie bestialskiej uczty Niemka chwyta za nóż i o mało co nie dochodzi do tragedii, prawie by go obrzezała. Nie pozwala na to lagerfuhrer, który daje do zrozumienia, że młody muzyk jest im jeszcze potrzebny, jeszcze nie może zginąć. Następnego dnia dostaje kanapkę i kopniaka. To jest taka „pieczątka”, że żyje. Znów, czuje, że nie wiedzieć czemu darowano mu życie.

Czwarte ocalenie za sprawą muzyki przyszło, gdy Leopold, już jako „Poldek”, po ucieczce z obozu – umożliwionej także dzięki jego muzycznemu talentowi – był partyzantem X kompanii 40. pułku Armii Krajowej. Pewnego razu doszło do leśnej walki akowców z banderowcami. Ukrainiec strzelił do niego i pocisk trafił w akordeon, w metalową blaszkę w okolicy serca… Pan Leopold ma ten akordeon do dzisiaj.

...

65 lat temu, w nocy z 9 na 10 kwietnia 1944 (z Niedzieli na Poniedziałek Wielkanocny) Leopold Kozłowski-„Poldek” bronił polskiej wsi Hanaczów (pow. Przemyślany, Tarnopolskie) przed napadem UPA. Cywile schronili się w umocnionym centrum wsi a wraz z samoobroną i akowcami bronili ich żydowscy partyzanci. Mieli dobry powód – hanaczowianie pomagali kilkuset Żydom, którzy ukrywali się we wsi i w okolicznych lasach. Końca wojny doczekało 180-200 z nich, za co bracia Wójtowiczowie, inicjatorzy tej pomocy, otrzymali po wojnie medal Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata.

Wykop Skomentuj3
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura