49 obserwujących
196 notek
649k odsłon
  876   0

Kto dziś pamięta o Ormianach?

„Gdzie są mężczyźni?”

Rzeczywiście. Z niedzieli na poniedziałek banderowcy ruszyli do wszystkich domów, gdzie jeszcze pozostali młodzi mężczyźni. Ci, którzy uniknęli robót przymusowych i wywózki do obozów koncentracyjnych. Wszystkich tych mężczyzn wymordowali. – W okrutny sposób został potraktowany ktoś ze starszych krewnych mojej mamy – mówi z trudem Terlecka.

Małżeństwo to miało czterech dorosłych synów. Tego tragicznego dnia trójka z nich wraz z ojcem ukryła się na strychu. W izbie została matka z najmłodszym, kaleką. Banderowcy przyszli i zapytali o resztę. Zagrozili, że jeśli nie wyda ukrytych, na jej oczach zamordują najmłodszego syna. W końcu wskazała kryjówkę. Sprowadzili wszystkich na dół, do izby. Na oczach kobiety zamordowali męża i czterech synów. W ostatniej chwili tylko jeden z synów wepchnął ją samą głęboko pod łóżko. Tam przeczekała. I ocalała. – Ciocia godzinami leżała krzyżem na ich grobie – wzdycha Terlecka – nie mogła sobie darować, że wydała. – Kiedy to było? Przed Wielkanocą, wtedy gdy zginął starszy brat Krysi.

Ale wtedy – mordy dopiero się zaczęły.

Gdy UPA usunęła wszystkich mężczyzn, którzy byli dość silni, by móc stawić opór, zaczęła zabijać kaleki, kobiety i dzieci. Najpierw mordowali tylko nocami. Najpierw słychać było odgłos jadących furmanek. Na furmankach leżały duże pojemniki z naftą. Ta była potrzebna do podpalania domów. Kiedy Ukraińcy wchodzili do polskiej chaty, najpierw sprawdzali, czy wszyscy są obecni. A gdy nie było wszystkich domowników, starali się wymusić informację, gdzie oni przebywają. – Mieli doskonale sporządzone listy mieszkańców. Wiedzieli ilu w danym domu powinno być ludzi – potwierdza Terlecka znany schemat.

W jednym z domów, na przykład, nie zastali mężczyzn, a tylko obłożnie chorą matkę. Mąż i synowie skryli się w piwnicy. „Gdzie oni są?” – zapytali mordercy. „Nie wiem. Poszli do miasteczka za pracą” – odpowiedziała („Bo tak rzeczywiście wtedy się robiło”). Wówczas Ukraińcy nie szukali dalej. Na środku izby zrobili palenisko z sienników i połamanych mebli. Mieli doświadczenie i zawsze postępowali podobnie. Mieli szmatę nasączoną naftą, taką na długim kiju. Smarowali nią belki pod dachem i wokoło ścian. Potem wylewali trochę płynu na przygotowane wcześniej palenisko. Podpalali. I czekali. Czekali na zewnątrz, aż wyjdą osoby ukryte w środku. I mordowali lub żywcem wrzucali do ognia. – Kobiecie udało się jakoś wyczołgać z płonącego domu. Ale oni nie darowali. Nie… – głos Krystyny drży – wrzucili ją do ognia. Oczywiście, spłonęła.
I głos przechodzi w szept.

Jak Chrystus gwoździami do drzewa przybity

Którejś nocy słyszała głośne krzyki i jęki. – Mówiono, że to inżynier Zaremba. Jak Chrystus został ukrzyżowany. Przybili mu ręce gwoździami. On tak strasznie jęczał… – mówi z trudem Terlecka – „Boże mój, Boże, za co Ty mnie karzesz? Co ja ci takiego złego zrobiłem? Skróć mój męki!”. Także pewien młody piekarczyk, schwytany przez UPA, modlił się przed śmiercią i wzywał Boga na pomoc.

Po tych makabrycznych wydarzeniach rodzina Terleckiej zdecydowała się ukryć. Schowali się w opuszczonym domu na odludziu. Na strychu. Tam czuwali bezsennie i tylko nasłuchiwali. Faktycznie. Zaczęły jechać furmanki. Na ten odgłos dziećmi zaczęło rzucać ze strachu. – Mama nas błagała, by zachować spokój. Bo przyjdą banderowcy i nas stąd zdejmą – opowiada Terlecka. A wokoło pożary i łuny. Uciekli więc z domu nad Czeremosz. Do wykrotów wyżłobionych przez dziką, górską rzekę. Stamtąd mała Krysia widziała, jak nocami Ukraińcy przekazują sobie sygnały. Strzelali na stronę rumuńską. W ciemności migały ogniki…

Gdy biorę nóż, odkładam krzyż

Dojrzali mężczyźni w większości leżeli w zbiorowych mogiłach. A do ledwie żywych, udręczonych Polaków dotarła druga wiadomość o bliskim pogromie. – Tego konkretnego dnia, a była niedziela, mają mordować tylko i wyłącznie młodych chłopców. Wszystkich, którzy zostali jeszcze w domach. – Jak ukryć młodszego brata? – Macocha poszła z prośbą do dalekiej kuzynki. To była Polka, której mąż Ukrainiec na własną prośbę wyjechał na roboty. I w domu kuzynki rządził teraz… jej 10-letni syn. Nacjonalista, jak ojciec. To właśnie Roman nie zgodził się na schowanie polskich dzieci. – Nie to, że się nie zgadza. On jej nie pozwala! – unosi się Terlecka. Jego matka, dorosła kobieta, nie miała w tej sprawie nic do powiedzenia. Tak silny był wpływ idei nacjonalistycznej. I tak silny był terror ze strony pobratymców.

Ale w podwórzu stał kurnik. Klitka taka. – Jak zamknąć 14-letniego dryblasa w małej klatce? Albo wystaje głowa. Albo wystają nogi. Macocha była bezradna. W końcu domknęła drzwi. A sama z dziewczynkami skryła się w krzakach pod płotem. Czekały z niepokojem, aż nadjechała furmanka. Na wozie obciążonym baryłką nafty siedział banderowiec – chłop ukraiński. A obok niego pop. W czarnych spodniach i białej koszuli z zawiniętymi rękawami. – I niestety, miał krew na rękach. O tym wiedziała i ciocia, u której akurat mieszkali. Była osobą pobożną. Chodziła co niedzielę do cerkwi. Powtarzała polskim krewnym słowa, które słyszała od popa. „Ja kiedy biorę nóż, odkładam krzyż. A kiedy biorę krzyż, odkładam nóż” – mówił do wiernych kapłan.

Lubię to! Skomentuj35 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura