30 lat temu przeżyłam chwile, których do dziś nie zatarł czas... Wspomnienie o 13 grudnia 1981 r., czyli o tym, jak zaczęła się dla mnie noc stanu wojennego, napisałam 10 lat temu. [Pierwodruk: „Przegląd Polski”, Nowy Jork, grudzień, 2001r.]
Noc zaraz nie minie
Jeszcze noc
Jeszcze nic
Jeszcze nie boli nóż dzwonka podważając powieki snu
Jeszcze nie rozumiem: łomami
w kajdankach
ojca i syna
Jeszcze puste słuchawki
puste ulice
puste oczy
puste godziny
Ale powoli wypełniają się
dreptaniem ptasich łapek wojny przez snieżne arkusze
bagnetami na sztorc
śpiewem w kościele
rozjaśnianiem się i zmierzchaniem
błotem spod kół
aż ten drugi dzwonek
trzej w cywilu
i ulga to już
(„Jeszcze nie” z cyklu „Dziennik internowania” Wiktora Woroszylskiego)
Kiedy 13 grudnia 1981r. przyszło po ojca trzech w cywilu i dwóch mundurowych, nie było ulgi. Nie było rezygnacji. Ojciec za wszelką cenę chciał uciec. I wydawało się, że mu się to uda. Kiedy zadzwonili do drzwi, nie byliśmy zaskoczeni. Nie był to środek nocy. Nie był to mroczny świt, ale środek dnia. Pukanie w nocy usłyszała tylko mama, ale nie wstała. Do dziś nie wiemy, czy ktoś nas ostrzegał, czy byli to oni, niezbyt uporczywi w dobijaniu się, bo przekonani, że ojca i tak nie ma w domu. Rzeczywiście miał być w Gdańsku, na posiedzeniu „krajówki”. W ostatniej chwili zrezygnował z podróży. Postanowił popracować wreszcie w spokoju. Przez całą sobotę pisał, a my z mamą odbierałyśmy bardzo liczne tego dnia telefony i zgodnie informowałyśmy anonimowe głosy w słuchawce, że „pana Lenkiewicza nie ma w domu, wyjechał”. Widocznie uwierzyli. Jak się potem okazało, czekali przed domem na jego powrót. Czuwali...
Rano w niedzielę, 13 grudnia obudziło mnie charczenie radia. Rodzice słuchali w sąsiednim pokoju „Wolnej Europy”. Rozmawiali półzdaniami. „Zaraz po mnie przyjdą” - usłyszałam spokojny głos ojca. W telefonach zamiast sygnału - cisza. W telewizji zamiast niedzielnego „Teleranka” dla dzieci - spikerzy w mundurach z kamiennym wyrazem twarzy recytowali oficjalne formułki. Jak w poetyckim opisie Woroszylskiego w powietrzu zawisła pustka. W osłupieniu, w pogrzebowym milczeniu trwał ściśnięty mrozem grudniowy poranek i natrętne stawało się pytanie „Co dalej?”.
Przez minionych 16 miesięcy, w domu panował nieprzerwanie nastrój euforii. Ojciec rzucił się w „Solidarność” w pierwszych dniach września 1980r. Poszedł jak w dym, jak w ogień. Bez cienia wątpliwości, bez chwili zwątpienia. W tej atmosferze podniosłych nadziei, radosnego poświęcenia i zapału zaczęłam pisać patriotyczne wiersze. Straszliwie były grafomańskie. Brak wyczucia literackiego usprawiedliwiał wiek. Miałam 12 lat. Akurat wtedy czytałam po raz pierwszy „Pana Tadeusza”. Uznałam, że żyję w przełomowych czasach, godnych narodowego eposu. Podjęłam nawet próbę pisania epopei, ale po trzech pierwszych trzynastozgłoskowcach, zrozumiałam, że zadanie mnie przerasta.
Entuzjazm tamtego okresu okupiony był oczywiście nieustannymi kryzysami, napięciami, groźbami. Zdążyłam się przyzwyczaić do czarnych proroctw taty, który często nucił „Tę ostatnią niedzielę...” i dodawał już bardziej poważnie: „Skoczą nam do gardła. Zaatakują. To kwestia czasu...”.
I oto stało się. W skuty lodem grudniowy ranek, pozbawiony błękitu, zgięty pod ciężarem szarego nieba, w naszym niewygodnym mieszkaniu w poniemieckiej kamienicy przy ul. Pułaskiego we Wrocławiu, poruszając się z wolna, bez nerwowej paniki, w pełnym zadumania przygnębieniu trwaliśmy niczym w antrakcie, przed kolejnym aktem dramatu.
Najpierw przyszła siostra ojca Majka z mężem Czarkiem i synami. Potem Tadeusz – brat. Wszyscy na widok ojca oddychali z ulgą. Ciotka zaprosiła nas na obiad. „U mnie będzie bezpieczniej, spokojniej” – namawiała. Ojciec zastanawiał się, czy nie powinien zgolić brody i wymknąć się z domu w przebraniu. Bardzo mi się ten pomysł podobał, dorosłym – mniej. Uznali, że byłaby to jednak przesada.
Wyszliśmy wszyscy. Rodzice z ciotką odjechali maluchem stryja. Ja z wujkiem Czarkiem i kuzynami poszliśmy na piechotę. Był to ponury spacer. Przewróciłam się na oblodzonym chodniku i nikt się nie śmiał. Kiedy dotarliśmy na miejsce, w mieszkaniu panowała nerwowość. Z urwanych, wypowiadanych w pośpiechu zdań trudno było zrozumieć od razu, co się stało: „Wsiedli z nami do windy. Kiedy winda stanęła, przytrzymali sobie drzwi i długo przyglądali się, gdzie wchodzimy. Zaraz tu będą”. Ojciec nie miał wątpliwości, że to oni. Takie twarze rozpoznaje się na odległość. Bez przerwy ktoś podbiegał do okna. Nie musieliśmy długo czekać. „Są! Milicja! Idą!”. Ojciec wybiegł na klatkę i wspiął się po schodach na wyższe piętro. Po chwili dzwonek. Dwóch milicjantów i trzech w cywilu, z których jeden, najstarszy, najwyraźniej z rozrzewnieniem wspominający czasy stalinowskie, był szczególnie agresywny. „Teraz wszystko możemy. Możemy nawet strzelać.” – cedził z satysfakcją. Usłyszawszy to, ciotka wpadła w szał. „To strzelajcie, strzelajcie!” – wypięła dumnie pierś. – „Zabijcie mnie we własnym domu!”. Legitymowali wszystkich, także dzieci, dzięki czemu od razu zorientowali się, że jestem córką „poszukiwanego”. Zaglądali do szaf, pod łóżka i byli wściekli, że akcja nie idzie im jak z płatka. „My tu jeszcze wrócimy.” – mówili na odchodnym. „Do pani na pewno wrócimy” – obiecywali mamie. Chyba wtedy po raz pierwszy poczułam strach. Nie chciałam ich już więcej widzieć. Nie chciałam, żeby wracali, pukali, dzwonili do drzwi. Zrozumiałam, że będę się bała powrotu do domu. Zrozumiałam, że nasz dom nie będzie bezpieczny.
Polowanie na ojca miało jeszcze trochę potrwać. Mama z ciotką wychodziły ciągle na spacer z psem. Bez trudu rozpoznawały gęby w samochodach osobowych na parkingu przed blokiem. Byli wszędzie. Dom był otoczony. W akcji brało udział co najmniej dwudziestu funcjonariuszy.
Tato zdołał jeszcze na moment wpaść do mieszkania po ciepłe rzeczy, ale zaraz potem zniknął na dobre. W mroźnym uścisku oczekiwania wypełnionego lękiem i niepokojem o niego tylko modlitwa szeptana z uporem przynosiła ulgę. Pamiętam – działała jak balsam.
Nazajutrz dowiedzieliśmy się, ze ojca złapali. Wyciągnęli go z taksówki. Jak się potem okazało, zastukał do jednego z mieszkań na parterze w sąsiedniej klatce, do której dotarł strychowym korytarzem. Niewiele wyjaśniał, tylko tyle, że go gonią. Wyskoczył przez balkon. Zdążył dobiec do postoju. Wsiadł. Kilkaset metrów dalej samochód zatrzymano.
Ustalenie, gdzie ojca przetrzymują graniczyło z cudem. Rodzinom internowanych nie udzielano żadnych informacji. Pod więzieniem na Kleczkowskiej stały tłumy zmarzniętych kobiet. Wśród nich mama. Parę dni później udało się dzięki lekarzowi więziennemu nawiązać z ojcem kontakt grypsowy. Pierwsze słowa od nas, pierwsze słowa od niego. Były na wagę złota. To była jedyna pomiędzy nami przedświąteczna nić. Widzeń nie udzielano.
W wigilijny wieczór wywieziono ich do więzienia w Grodkowie. Wywleczeni brutalnie z cel w chwili, gdy mieli się właśnie dzielić przemyconym w grypsie opłatkiem, popędzani razami zadawanymi przez uzbrojonych zomowców, wepchnięci do „suk” – zaplombowanych, ciemnych wozów transportowych, jechali w nieznanym kierunku. Po drodze transport zatrzymano, internowanych mężczyzn wyprowadzono, niedwuznacznie sugerując, że za chwilę pod osłoną nocy w leśnym pustkowiu zostanie wykonany na nich wyrok...
Po Grodkowie były Strzelce Opolskie. Tam po raz pierwszy pojechałam z mamą na widzenie. Może właśnie wtedy, przy szczęku więziennych bramek, zgrzycie otwieranych przez klawiszy zamków, wkroczyłam w dorosłość? W szarym tłumie jednakowo ubranych mężczyzn nie poznałam taty. Nigdy wcześniej nie widziałam go bez brody. Był spuchnięty. Tylko oczy te same. I głos. I ręce. Lakonicznie opowiedział nam, że go pobili za odmowę zdjęcia medalika i o tym, że w celach zimno – woda zamarza w kiblach.
Był luty. Listy od ojca przychodziły zziębnięte i ... odarte ze słów - wycięte. Centymetrowy pasek papieru na górze: „Najukochańsze Moje” i wąski pasek na dole: „Całuję Was i ściskam, Wasz...”, a w środku kartki dziura, dziura wycięta nożycami cenzora.
Potem były następne wywózki. Zwiedzałyśmy kolejne PRL-owskie więzienia, obozy: Rzeszów Załęże, Nowy Łupków w Bieszczadach, Kielce i znów Rzeszów, i znów Łupków. Do Łupkowa podróż z Wrocławia zajmowała co najmniej 16 godzin. Dodatkowym utrudnieniem był fakt, że była to strefa przygraniczna, w której zgodnie z prawem stanu wojennego nie wolno było przebywać bez specjalnej przepustki. Aby ją uzyskać, nie można było oczywiście wyjawiać, jaki jest faktyczny cel wyprawy. Obładowane żony i matki udawały rozmiłowane w Bieszczadach turystki.
Władze reżimowe dbały o utrzymanie atmosfery terroru. Co jakiś czas krążyły groźne wieści o planowanych wywózkach na wschód, za sowiecką granicę, od której Nowy Łupków oddalony był zaledwie 30 km.
Ojca zwolnili „w ostatnim rzucie” - 23 grudnia 1982r. W Wigilię rano mama wyszła po niego na dworzec beze mnie. Do ostatniej chwili bała się zawodu. Tato wrócił z Markiem T., dziennikarzem wrocławskiej telewizji. Towarzyszyli sobie od początku, od pierwszej celi na Kleczkowskiej.
Pamiętam nagłe przebudzenie. Wybiegłam prosto w ramiona ojca. Przez długie miesiące powtarzałam sobie ciągle słowa Miłoszowej „Trwogi” – „Ojcze, gdzie jesteś?”. Oto realizowała się odpowiedź prześwietlonego blaskiem nadziei „Odnalezienia” – „Tu jestem. Skądże ten lęk nierozumny? Noc zaraz minie, dzień wzejdzie niedługo(...)”. Po wszystkich zziębniętych listach, bezsennych nocach, ściśniętych kurczowo na widzeniach dłoniach – był. Był w domu. Niewyobrażalna radość. Lecz byłam już wtedy dorosła i wiedziałam, że drzwi naszego domu są kruche, że można je w każdej chwili bezkarnie wyważyć, a ojca wyprowadzić w kajdankach jak bandytę. Bo „Jeszcze noc; Jeszcze nic...”. Nic tak naprawdę się nie zmieniło. Świt był jeszcze daleko. Noc miała jeszcze trwać i hartować naszą wytrwałość.
Agata Kłopotowska



Komentarze
Pokaż komentarze (2)