35 obserwujących
271 notek
532k odsłony
  2428   8

Skończmy z PIS bo duszna atmosfera jest

To co się działo przez ostatnie trzy dekady w Polsce, za wyjątkiem kilku epizodów, to naprzemienne okresy rządów dwóch frakcji. Jedną nazwałbym: "nie opłaca się", a drugą: "piniędzy nie ma". W pewnych czasach obie te opcje przeplatały się, tak że dziś trudno odróżnić wyznawców jednej ideologii od drugiej. Dopiero rządy prawicy od 2015 roku pokazały Polakom, że można skutecznie uprawiać bardziej ambitna politykę.

Zapytałem kiedyś wysokiego przedstawiciele SLD, dlaczego Miller wywrócił do góry nogami kontrakt podpisany przez Buzka, kontrakt ze Statoil na budowę gazociągu do Polski, odparł, że dlatego, że to było nieopłacalne. Kiedy rozmawialiśmy o liczbach, a w szczególności o wynikach dochodzenia w tej sprawie komisarza UE, który prowadząc swego czasu śledztwo w sprawie dominującej, monopolistyczna pozycji Gazpromu zajął (dosłownie, przez organy przymusu) dokumentację, czyli umowy Gazpromu z jego środkowoeuropejskimi partnerami i stwierdził wielomiliardowe, nieuprawnione dochody koncernu na naszych rynkach, to nie był w stanie już nic rzec. Podobnie dziś utrzymuje, że przekop mierzei Wiślanej albo budowa CPK są nieopłacalne. 

W zbliżony sposób działała w Polsce partia: "piniędzy nie ma". W pewnym sensie Polacy powinni być wdzięczni tej partii, bo już na początku transformacji oświadczyli, że nikt nic nie dostanie, a wręcz przeciwnie... Więc przedsiębiorczy Polacy rzucili się na straganowy handelek, szmugiel tego na czym można było zarobić i otwierali na potęgę nowe usługi a potem uruchamiali produkcję wszystkiego co było wcześniej zabronione. Przysłowiowa pralka Frania, jako uniwersalne, przemysłowe mieszadło, stała się zaczątkiem dzisiejszych milionowych a nawet miliardowych fortun w branży kosmetycznej i chemicznej. Tak rodziła się polska przedsiębiorczość. Niemniej z drugiej strony opcja: "piniędzy nie ma" pozbawiła setki tysięcy ludzi miejsc pracy i  zdruzgotała całe gałęzie polskiej gospodarki, oddając je w pakt zachodnich właścicieli, rujnując je w procesach upadłościowych albo, jak w przypadku rolnictwa, skazując ludzi na nędze i dziedziczone ubóstwo. Z przedstawicielem tej partii rozmawiałem późnym latem 2015 roku, świeżo po opublikowanym w "Rzeczpospolitej" wywiadzie z prezesem Orlenu Dariuszem Krawcem, który  oświadczył , że sprzedaż paliw nie rośnie mimo wzrostu gospodarczego, bo rynek paliw w 15% opanowany jest przez szarą strefę. Powiedziałem temu politykowi, że gdyby zlecono ABW odpowiednie zadania, to po trzech miesiącach na biurku premiera powinny pojawić się propozycje podjęcia decyzji by skończyć z tym procederem.  15% szarej strefy paliw w Polsce to ubytek dla budżetu państwa około 8 mld złotych rocznie. Wzruszył tylko ramionami i stwierdził, że skoro jest jak jest, to są jakieś mocne siły uniemożliwiające wprowadzenie zmian. Imposybilizm, a mówiąc  po polsku: niemoc, to najlepsza charakterystyka rządów spod znaku: "piniędzy nie ma". Niemoc wobec sił rozkradających majątek Rzeczpospolitej i żerujących na słabości polskiego państwa. To wówczas jeden z najbardziej inteligentnych polityków partii rządzącej porównał nasze państwo do kupy kamieni i czegoś tam jeszcze. Czy niemoc ta wynikała ze słabości i bezmyślności, czy też z wyrachowania, aby odbierać frukty pod stołem w stolicach innych państw? To osobny i niezwykle ciekawy temat, ciągnący się u nas przynajmniej od Stanisława Augusta. Tym rozkradaniem na różne sposoby nie zajmowała się bowiem banda 40 rozbójników, tylko wykształceni, inteligentni biznesmeni otoczeni renomowanymi kancelariami prawnymi. Lobbujący u nas albo u siebie - bo gro z nich reprezentowało kapitał zagraniczny - tak by zmiany prawa polskiego szły po ich myśli.

Od 2015 roku mamy nową politykę, to nie zmiana ilościowa tylko jakościowa. Interes państwa polskiego znalazł się w centrum działań rządu. Interes rozumiany przez pryzmat Solidarności, tej przez duże i małe "s". Ekipa gospodarcza obecnego premiera odwróciła wiele niekorzystnych zjawisk w gospodarce, które w skrócie określano jako pułapka średniego dochodu, albo średniego rozwoju. Trzeba zdawać sobie sprawę z tego, biorąc przykład z tych gospodarek, którym to się udało, że wyrwanie się z tego stanu odbywa się wbrew krajom dominującym ekonomicznie, które reglamentują dostęp do wyższej produktywności takim krajom jak my. Udawanie, że można to osiągnąć współpracując z Berlinem czy Paryżem jest czystą naiwnością. Oczywiście jesteśmy na początku tej drogi, jeśli będziemy się jej trzymać to po jakimś czasie zmiany będą nieodwracalne. Największym zagrożeniem jest powrót do władzy partii "nie opłaca się" i "piniędzy nie ma".

Dlaczego ludzie w swoich demokratycznych decyzjach mogliby chcieć takich zmian? Dobre pytanie. Za taką zmianą nie ma żadnych racjonalnych argumentów. Przy czym za racjonalne uważam liczby i tylko liczby płynące z gospodarki. Po kilku latach bicia piany na portalach ekonomicznych, w większości niechętnych obecnej władzy, nawet tam coraz częściej dziennikarze wstydzą się cytować opinie Balcerowicza bo rzeczywistość pokazała, że ów niegdysiejszy guru awansował do miana ekonomicznego oszołoma, a wraz z nim cała rzesza podobnych ekonomistów i przedstawicieli organizacji biznesowych. Na ostatnim spotkaniu elity partii: "nie opłaca się" kolportowano elaborat dr Dudka o nadciągającej katastrofie budżetu państwa polskiego. Ten dawny urzędnik ministerstwa finansów wyliczył tzw. zadłużenie strukturalne, czyli koncept wymyślony przez naukowców, żeby zbadać co się dzieje kiedy zostajemy z nowymi wydatkami budżetu państwa a przychody się kurczą np. w związku z dekoniunkturą, kryzysem albo nieudolnością rządzących. Nieźle się ubawiłem, bo tak naprawdę ten ekonomista związany z partią: "piniędzy nie ma" pokazał co będzie z budżetem jak zostaniemy z wydatkami Morawieckiego i Kaczyńskiego, do których wszyscy się już przyzwyczailiśmy, a dochody będzie zapewniać Tusk z Czarzastym.

Jeśli nie można użyć racjonalnych argumentów to należy użyć nieracjonalnych albo kłamać, co już sugerował dawny ideolog partii "piniędzy nie ma". Zostawmy to drugie na boku, pozostają argumenty nieracjonalne. Skąd się one biorą i dlaczego są niebezpieczne? Niebezpieczne są dlatego, że większość z nas przy podejmowaniu decyzji, nie tylko tych politycznych, posługuje się emocjami a nie logiką i rozumem. I to bez względu na status wykształcenia,  niektórzy uważają nawet i pewnie Gombrowicz by się dziś pod tym też podpisał, że im wyższe wykształcenie, w szczególności humanistyczne, tym mniej logiki i zdrowego rozsądku, czyli "im mądrzej tym głupiej"

Skąd brać te nieracjonalne argumenty? Tu sprawa jest prosta. Jak nie można stanąć na ubitej ziemi w pojedynku na liczby trzeba ten pojedynek przenieść na inną płaszczyznę. Komuniści mieli dobre rozróżnienie: Byt i Nadbudowa. Złośliwi - do których też się zaliczam - mówili Byt i Odbyt. I kto by pomyślał przed laty, że te szydercze określenie nabierze dziś dodatkowych skojarzeń. Chciałem napisać: "dodatkowych smaczków" ale w tym kontekście to nie pasuje.

Trzeba przenieść spór w sferę imponderabilii, takich jak demokracja, praworządność, autorytaryzm, prawa człowieka, pluralizm itd. Gdyby wziąć na poważnie argumenty przeciw obecnej władzy płynące z tej strony i przeanalizować każdy,  pojedynczy argument, rozebrać go do spodu, porównać z tym jak było za poprzedniej władzy, porównać z tym co jest w Europie Zachodniej, to w garści nie zostaje nic, a w wielu dziedzinach np. pluralizm wypowiedzi jest znacznie lepiej niż wcześniej, a często znacznie lepiej niż na Zachodzie. Wszystko przypomina mi pewną dyskusję w studiu TV po zmianie rządów w 2007 roku, dociekliwy dziennikarz wypytywał jednego z profesorów dlaczego należało skończyć z rządami PIS? Kiedy wszystkie argumenty kolejno dziennikarz obalał profesor na końcu powiedział: "bo duszna atmosfera była".






















Lubię to! Skomentuj90 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka