Lodowcowe Pole
Nie czyńcie Prawdy groźną i złowrogą, Ani jej strójcie w hełmy i pancerze, Niech nie przeraża jej postać nikogo
74 obserwujących
514 notek
1265k odsłon
  2890   0

O śmierci słów kilka


Żyjemy w cywilizacji, która nie zna śmierci. 

Ludzie umierają anonimowo w szpitalach, a jedyne, co ich identyfikuje to zaplombowana opaska z danymi zakodowanymi w kodzie paskowym, imieniem i nazwiskiem i datą urodzenia. Opaska, którą dostajemy na izbie przyjęć i ściągają ją nam dopiero przy wypisie, kiedy wyleczą nas lub przy wydaniu naszych ciał rodzinie. Innej możliwości nie ma.

Parę lat temu nasza ukochana osoba odeszła w jednym z największych szpitali niemieckich. Trafiła tam w wieku 91 lat z ciężkimi objawami niedoczynności serca, która doprowadziła do reakcji łańcuchowej, trwale wyłączającej czynności wielu organów wewnętrznych. Osoba ta, po tym jak została poinformowana i stanie zdrowia przez zespół lekarzy, zwołała całą rodzinę, aby się z nami pożegnać i wyraziła swą ostatnią wolę zanim straci przytomność, aby nie być podłączaną do aparatury podtrzymującej życie. Wszyscy od dawna wiedzieliśmy, że miała jedno marzenie, aby kiedy przyjdzie ta ostatnia godzina, ktoś był przy niej i aby trzymał ją za ręce.

Podzieliliśmy dobę na godziny dyżurów, aby w ten sposób spełnić prośbę ukochanej Marii. Tak się złożyło, że wylosowaliśmy z żoną drugi dyżur. Zanim Maria straciła przytomność, przyjęła ostatnie namaszczenie i komunię. Ksiądz stale dyżurujący w tym szpitalu zostawił nam numer swojego telefonu i poprosił, aby powiadomić go, kiedy nadejdzie „ta chwila”. To był gorący dzień i duszna upalna noc, i ksiądz ten miał już za sobą 18 powołań do „Domu Pana” podczas swojego dyżuru, jak nam opowiedział potem.

Mam za sobą kilka reanimacji prowadzonych w górach i po drodze. Najdramatyczniejszą przeżyłem, kiedy jadąc PKS-em do Zakopanego tuż przed nami doszło to makabrycznego wypadku i czołowego zderzenia minibusa z Fiatem 125p, w którym było 5 osób. Zanim udało się nam wydobyć z wraku najbardziej poszkodowaną kobietę minęło 40 minut, a potem prowadziłem reanimację tej kobiety mimo beznadziejnej sytuacji przez całe 1,5 godziny, do przybycia karetki pogotowia i stwierdzenia jej zgonu przez zespół ratunkowy. I w górach zdarzały się nieudane reanimacje, o czym już tu kiedyś pisałem. Ale te reanimacje, mimo że długotrwałe, to jednak była to aktywna walka – walka do końca, do ostatniego promyka nadziei.

W szpitalu bierna asysta umierającej bliskiej osobie to zupełnie coś innego.

Wracając do naszej Marii… Lista organów, które przestały działać nie dawała żadnej nadziei na jej uratowanie, obserwowaliśmy jak dusza pogodzona ze śmiercią spokojnie zasypia, ale cały organizm walczy o każdą sekundę życia, o ile dusza naszej Marii pragnęła odejść, jej ciało walczyło do końca… I to były najdłuższe godziny i obserwacja odchodzenia nigdy nie była dla mnie tak trudna. Trzymając Marię za rękę, tak jak tego pragnęła, czułem niemal jak opuszczają mnie siły.

Ksiądz mimo przemęczenia zjawił się natychmiast po naszym telefonie i odmówił modlitwę z nami, a potem rozmawialiśmy chyba z godzinę, był pod wrażeniem głębokiej wiary Marii, już po rozmowie z nią i spowiedzi.

W pewnym momencie nasza rozmowa zeszła na możliwości technologiczne sztucznego utrzymania ciała przy życiu i ich granice. Ksiądz ten powiedział zgodnie z prawdą, że szpital ten potrafi zdziałać „cuda” i utrzymać ludzi w stanie wegetatywnym latami przy życiu, bez ich świadomości.

Uważał, że obecnie najważniejsza jest świadomość możliwości technicznych i świadomość umierania. Zwracał uwagę, jak bardzo ludzie obecnie o śmierci nie mają pojęcia i trywializują jej znaczenie, spychając ją przez całe życie do tematu tabu, jakby w ogóle jej nie było. Rozmawialiśmy o naszej kochanej Marii, która wręcz przeciwnie, przez całe życie do tej śmierci się przygotowała i była jej świadoma. Wręcz modliła się o dobrą śmierć.

Kiedy rozmawiamy z pokoleniem, które wyparło śmierć ze swojej świadomości trudno wytłumaczyć im, co ten termin dobrej śmierci oznacza.

Widziałem w życiu wystarczająco dużo przypadków różnej śmierci.

Identyfikowałem zwłoki zaginionego przyjaciela po 6 miesiącach procesu rozkładu jego ciała, patolog opowiadał co działo się z nim w ostatnich minutach życia. Na moich oczach zabił się wspinacz mający zaledwie 17 lat, prowadziłem jego reanimację mając zaledwie 16 lat. Wiem jak pachnie rozbryzgany mózg, wiem jak pachnie śmierć…

Mój kochany kuzyn – z którym wychowywaliśmy się jak bracia - zginął w wypadku, przysypany przez dziesiątki ton skały. Z moim drugim młodszym kuzynem – wtedy studentem medycyny - pojechaliśmy do prosektorium obejrzeć ciało, bo złe ludzkie języki opowiadały jego rodzicom, że trumnę trzeba będzie zamknąć, bo tak strasznie jest zmasakrowany. O tak - ludzie uwielbiają opowiadać o masakrach. Więc pamiętam te miękkie nogi, kiedy ciało kuzyna zostało odsłonięte, a opowiadania ludzi okazały się ich fantazjami, bo o dziwo nie było na ciele kuzyna śladów zadrapania.

Lubię to! Skomentuj149 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo