Lodowcowe Pole
Nie czyńcie Prawdy groźną i złowrogą, Ani jej strójcie w hełmy i pancerze, Niech nie przeraża jej postać nikogo
85 obserwujących
588 notek
1465k odsłon
  7538   4

"Maverick" zmarnowana szansa


Pierwszy „Top Gun” to był radosny film, o młodych ludziach ze świetnymi scenami lotniczymi. Czysta reklama lotnictwa wojskowego.

Po obejrzeniu „Top Guna”, do US Air Force wstąpiło w ciągu wielu lat ponad 100 000 chłopaków i dziewczyn. Ale ten film napędził narybku nie tylko Ameryce. Znałem wielu pilotów, którzy latali na wojskowych rurach w Polsce, a początkiem ich fascynacji był „Top Gun”. Z tego powodu twórcy kontynuacji tego filmu otrzymali od US Army wszystko, co potrzeba do nakręcenia realistycznego filmu. Najnowsze myśliwce pokładowe, a nawet lotniskowiec stał do dyspozycji ekipy filmowej.

Kontynuację nazwano „Maverick” od przezwiska głównego bohatera. Każdy niemal pilot posiada jakieś przezwisko. Jak nie masz przezwiska to znaczy, że jest z tobą bardzo źle, albo latasz jak ostatnia ofiara, albo lotnicza ferajna po prostu cię nie zauważa. Więc każdy pilot dumny jest ze swojego przezwiska.

Reżyserię nowego filmu powierzono Kosinskiemu, znanemu ze znakomitego „Obliviona”. Kosinski to ciekawa postać, studiował architekturę, zanim zajął się filmem i spodziewać się po nim można było wyczucia przestrzeni, tak ważnego dla dobrego lotniczego filmu. I tu rozczarowanie pierwsze, bo Kosinski zupełnie zawiódł oczekiwania. Zdjęcia filmowe są wykonane ciasnymi kadrami, niemal wracają do nieudolnych początków filmu lotniczego pokazującego nieustannie grymasy na twarzach pilotów filmowanych w swoich ciasnych kabinach. Wtedy to była konieczność, bo sceny kręcono studio i „samolot” składał się wyłącznie z osłony kabiny.

Ten styl przełamał znakomity film „Dambuster” choć w jeszcze niepełnym zakresie. Dopiero „Battle of Britain” pokazał naprawdę czym jest powietrzna walka i czym jest latanie, przenosząc widza w wysmakowane pejzaże krwawej walki.

To miało swój niesamowity powab, ta konfrontacja przestrzeni z ciasnymi klaustrofobicznymi wręcz wnętrzami maszyn, narażonych na prawdziwy grad pocisków przeciwnika. Znakomity szybki montaż, genialna muzyka spowodowały, że ta powietrzna walka miała mimo dwuwymiarowego obrazu pełną skalę rzeczywistej trójwymiarowej przestrzeni. Pierwszy „Top Gun” poszedł tą drogą, choć oszczędził nam widoku rozrywanych pociskami ciał pilotów. Z tego powodu, mimo obecnej w nim śmierci, film ten pomijał brudny aspekt lotnictwa, jakim są flaki porozrzucane wewnątrz kabin maszyn bojowych.

Kosiński i scenarzyści, zdecydowali się na jeszcze jeden ryzykowny zabieg i to był najgorszy z pomysłów na film.

Otóż 2/3 filmu zerżnięto niemal z jednego z najgorszych filmów lotniczych, jakim był „Squadron 633”. To był majstersztyk nieudolności w pokazaniu lotnictwa bojowego. Piloci w tym filmie muszą dokonać ataku na niemieckie instalacje położone na końcu wąskiego fiordu w Norwegii. No i wpakowano w ten zbudowany z plasteliny fiord dwusilnikowe modele „Mosquito” w skali 1/48 i filmowano modele na sznurkach, a w studio grymasy pilotów w zainscenizowanych kabinach. Aktorzy nie mieli pojęcia o lotnictwie i piloci zachowują się w tym filmie jak wozacy powożący zaprzęgiem na wyścigach. Oglądanie tych scen każdemu pilotowi sprawia wręcz fizyczny ból, nie mówiąc o chęci wybuchnięcia śmiechem. Absurd goni absurd.

W filmie Kosinskiego są prawdziwe samoloty, aktorzy wiedzą jak się zachować w kabinach, ale skala „niemożliwego”, co musi się stać możliwym, nie pozwala na zbudowanie przekonującej opowieści o lotnictwie.

No i z filmu, moim zdaniem, ostało się tyko to jedno – przeciążenie – ale nie to wnikające z zasad dynamiki Newtona, ale przeciążenie widza skalą głupoty scenariusza. Zresztą całkowicie eklektycznego „brudno scenariusza” jakby poskładanego ze ścinków z innych filmów i pierwszego „Top Guna” zapisanych w brudnopisie.

Chciałbym krzyknąć do Kosińskiego - miałeś chamie złoty róg, a ostały ci się jedynie przeciążenia! Zamknięte w kanionie maszyny i konieczność przekraczania kolejnych granic zaczynają po czasie po prostu nużyć największych fanów lotnictwa.

I kiedy na koniec Tom Cruse startuje w romantyczny lot swoim własnym zabytkowym „Mustangiem”, mamy rozpaczliwą odrobinę nadziei na ucztę dla naszych oczu.

Ale i tu operator kamery nie potrafił uchwycić piękna i radości latania. A przecież ten „Mustang” pojawia się w pierwszych scenach filmu, zgodnie z zasadą, jak coś na początku pojawia się w kadrze, to powinno na koniec zostać użyte z bombastycznym efektem. Ale nic z tego. Kilka kadrów niezbyt udanych, w tym jeden niczym z reklamy pewnej marki papierosów, czyli zachodzące słońce i preria, no i koniec. Napisy końcowe.

Czy warto obejrzeć ten film?

Dla obowiązku warto, dla przyjemności można sobie odpuścić. Mnie bardziej irytował niż bawił, a może po prostu ja nie należę do generacji gier komputerowych? Na pięć gwiazdek daję filmowi dwie. Reżyserowi zaś daję zero. Bo facet głupi nie jest, co udowodnił „Oblivionem”, ale to, co zrobił z „Top Gunem” to niewybaczalne marnotrawstwo możliwości.




ps. Odmienne od mojego zdanie prezentuje niemiecka krytyka. "Die Welt" napisał - "to nie jest dobry film, ten film jest znakomity".

Lubię to! Skomentuj52 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura