OPOWIADANIE O WIECZNYM ZYDZIE
Nie bede wam przypominal dlugiej i nudnej historii Wiecznego Zyda. Powiem tylko to, ze w ciagu dwóch tysiecy lat ten pospolity starzec tulal sie po calym swiecie, nie meldujac sie w hotelach i naprzykrzajac sie obywatelom skargami na wysoka taryfe kolejowa, która zmusza go io chodzenia pieszo. Widziano go mnóstwo razy. Byl obecny na historycznym posiedzeniu, na którym Kolumb nie potrafil zdac rachunku z zaliczek wzietych na odkrycie Ameryki. Jako bardzo mlody czlowiek przygladal sie pozarowi Rzymu. Sto piecdziesiat przebyl w Indiach, zdumiewajac jogów zywotnoscia i klótliwym charakterem. Jednym slowem, gdyby w koncu kazdego stulecia starzec pisal pamietnik, móglby opowiedziec wiele ciekawych rzeczy. Wieczny Zyd byl jednak analfabeta w dodatku mial dziurawa pamiec. Jeszcze niedawno starzec mieszkal w przeslicznym Rio de Janeiro, pil tam chlodzace napoje, przygladal sie wielkim okretom i spacerowal pod palmami w bialych spodniach. Spodnie te kupil przypadkowo osiemset lat temu w Palestynie od jakiegos rycerza, który walczyl o grób Chrystusa i byly one jeszcze prawie zupelnie nowe. Naraz starzec wpadl na nowy pomysl. Zachcialo mu sie pojechac do Polski nad Wisle. Byl juz wszedzie: nad Renem, nad Gangesem, nad Missisipi, nad Jang-Tsy, nad Nigrem i nad Wolga. Tylko Wisly nigdy jeszcze nie widzial. Zachcialo mu sie, wyobrazcie sobie panstwo, rzucic okiem na te potezna rzeke.
Akurat w roku 1919 Wieczny Zyd w swych rycerskich spodniach przeszedl nielegalnie czeska granice. Chyba nie trzeba dodawac, ze ukryl na brzuchu osiem par jedwabnych ponczoch i flakon paryskich perfum, które pewna dama z Kiszyniowa prosila doreczyc jej krewnym w Pultusku. W tych burzliwych czasach przenoszenie kontrabandy na brzuchu nazywalo sie "noszeniem okladu". Wieczny Zyd spelnil polecenie, stanal nad brzegiem Wisly, zwiesil nad woda niechlujna brode. Podszedl do niego czlowiek z bialo-czerwonymi lampasami na spodniach i rogatywka i zapytal surowo:
- Zyd?
- Zyd - odpowiedzial starzec.
- Idziemy - wezwal go czlowiek z lampasami. I zaprowadzil do rotmistrza.
- Zyda zlapalem! - zameldowal, popychajac starca kolanami.
- Zyd? - zapytal mile zdziwiony rotmistrz.
- Zyd - odpowiedzial tulacz.
- Pod scianke! - lagodnie rozkazal rotmistrz.
- Przeciez jestem wieczny! - krzyknal starzec. Dwa tysiace lat czekal cierpliwie na smierc, a teraz nagle zachcialo mu sie zyc.
- Milcz, zydowska mordo! - krzyknal radosnie rotmistrz. - Hej, panowie, rabac go!
I Wieczny Tulacz przestal istniec.
Opowiastke panow Fajnsilberga i Katajewa zsalonowalem ja - Salonowiec II kategorii.



Komentarze
Pokaż komentarze (35)