Ponad 40 lat temu swiat jeszcze byl w porzadku. W wielki tydzien wielkanocny kazdy wiedzial, co i kiedy ma robic. Dzisiaj zupelna katastrofa, w Wielki Piatek wklepuje te pare slow. I mam niedobre sumienie - wlaczyc dzisiaj komputra to jakby mieso jesc. Dzieci poza domem. Na dworze w pierwszy dzien wiosny bije grad.
Ale wtedy...
I tak w srode "palilem posta". Majstrowalo sie z blaszanki po grochu czy ogorkach ognisty instrument. W blasze robilo sie dziurki gwozdziem, u gory skrecilo sie druciane trzymadlo. Profesjonalowie mieli jeszcze drewniane raczki, zeby drut nie parzyl. Do puszki material latwopalny i huzia na pola. I krecic, krecic, niech bedzie ogien widac az po gwiazdy. Mistrzowie fachu strzelali karbidem z aluminiowych konew do mleka, niejeden przyplacil uszkodzona konczyna czy tez obrazeniami glowy.
W czwartek wieczorem rebiata myla starszyznie nogi. W srodku pokoju stawialo sie mise z woda i krzeslo. Na krzesle siadali kolejno: dziadek, wujek, etc. I kiedy sie pilnie mylo te nogi i intensywnie patrzylo w miske, to wtedy z nieba spadal brzeczacy pieniazek. Przewaznie 5 zlotych. Dlugo nie moglem skapowac, jak ten pieniazek spadajac z nieba przebija sie bez sladu przez sufit.
W piatek szlo sie do kosciola. Pocalowac wystawiony krzyz. I w momencie kiedy sie calowalo Pana Jezusa w nogi, to za krzyzem pojawialo sie zawinatko ze slodyczami. Prosto cud.
W sobote robilo sie kraszanki, po polsku pisanki. Na kopy farbowalo sie jajka cebula, potem skrobalo zyletka skomplikowane wzory. Z czasem pojawily sie farbki, pod koniec mojej kariery nawet tzw. abcibildry z DDR. Tak ze roboty bylo mniej, za to przybylo tej poza domem. W sobote wieczor ministranci mieli po sluzbie pelna szychte. Od polerowania dzwonkow i swiecznikow po trzepanie wielgachnych i ciezkich koscielnych dywanow. Raz dostalem w ucho za czyszczenie - wyczyscilem popiolem mosiezne wiaderko na wode swiecona tak doglebnie, ze zdarlem to mosieczne pokrycie i wyszla miejscami jakas miedziana blacha.
W niedziele wiadomo. Konstrukcja, bicie dzwonow, swiatlo zycia. Rodzina.
Rancem szukanie gniazda wielkanocnego, ktore to zlosliwe zajace wielkanocne zawsze chowaly gdzies skomplikowanie w ogrodzie czy okolicy. W gniazdu jajeczko,osterhaz z czekolady i baranek wielkanocny z cukru.
W poniedzialek smigus dyngus. Zaczynalo sie od plastikowych jajek z rurka i dziurka. Miszczem byl ten, kto mial pistolet na wode. Starsi uzywali wiader.
Ja najlepsze wyniki osiagalem lejac woda z otwartego okna jadacego samochodu na panienki idace na sume. Znaczy, wyniki niematerialne. Bo za malego celem zasadniczym bylo nazbieranie jak najwiecej kraszanek (klasyka!) i kupnych slodyczy (stopniowe zanikanie tradycji za poznego Gomulki).
We wtorek bylo po zabawie. Jakby. Gdzieniegdzie panienki odplacaly sie za poniedzialek miotla w plecy.
Tak bylo.
A dzisiaj? Bialych jajek juz wczoraj nie dostalem, to bedzie przerabial brunatne. Z braku krolika zrobie sobie sam zajaczka wielkanocnego z naszej Piepsi. Wzorzec wzialem z "Misia":
(pani Barbarze z Viersen dzieki za zdjecie! http://naturweg.de/blog/)
Radosnych Swiat Wielkiej Nocy wszystkim ktorzy tu sie zablakaja w te dni!



Komentarze
Pokaż komentarze (23)