Każda partia potrzebuje w parlamencie politycznego planktonu, tzn. bezwolnych, miernych ludzików, służących do przyciskania guzików do głosowania, jak nakazał partyjny guru. Dzięki temu, w każdych niemal wyborach mamy na listach ludzi znanych, z tego, że są znani, lub z jakieś pozapolitycznej działalności. Jak mawia klasyk, Jacek Kurski, takich, których ciemny lud kupi. Nabieraliśmy się, i mimo, że zostaliśmy nabici w butelkę, nabieramy się dalej na różnej maści gwiazdy Big Brothera, marnych satyryków, piłkarzy, bokserów, czy piosenkarzy, którym notabene Sejm powinien ustawowo zakazać występów za obrażanie estetycznych uczuć rodaków. Ktoś tylko zapomniał, że parlament to nie zabawa, że ci ludzie współdecydują o kształcie naszego państwa i jego systemie prawnym. Zatem, jak sobie wybierzesz, tak się wyśpisz.
W zbieraniu politycznych wynalazków przoduje, jak na razie PiS, choć inne partie również chętnie widzą na swoich listach celebrytów. Na swój polityczny żer wychodzą dla przykładu smoleńskie czarne wdówki. Swój start w wyborach ogłosiły między innymi żona Przemysława Gosiewskiego, brat pana Malaka, czy córka posła Wassermana. Współczuję im wszystkim utraty bliskich, jednak, czy tragedia, którą przeżyli i poczucie krzywdy jest wystarczającą legitymizacją do kariery politycznej? Co ci ludzie mogą wnieść do Sejmu poza obsesyjnym zajmowaniem się tragedią smoleńską? Czy zresztą na tej tragedii Polska się kończy? NIE! Musimy żyć dalej. Sprawa musi zostać wyjaśniona, ale nie możemy zatruwać się nią do końca świata i jeden dzień dłużej.
Na liście PiS-u znalazła się również panienka, obok której swoje dupsko raczył posadzić prezes Kaczyński. Mimowolnie, piękne dziewczę (już nazwane polską Angeliną Jolie), znalazło się pod obstrzałem kamer. Nawet chwilowa sława może uderzyć do głowy, czego jesteśmy świadkami. Podekscytowana dziewczyna piała z zachwytu, jaki to prezio uroczy i szarmancki. A jakże! Nie pierdział w fotel, nie wycierał nosa rękawem i nie zdjął w ciemnościach butów – znaczy kulturalny. Te peany pochwalne nie mogły przejść bez echa. Tej dziewczynie miejsce na liście PiS należy się po prostu, jak psu zupa! Jedyny plus z tej sytuacji jest taki, że jeśli się dostanie do Sejmu, to na Wiejskiej będzie na kim oko zawiesić.
Ale Platforma nie chce być gorsza. Skusiła wizją kariery politycznej Leszka Blanika. Czegóż filigranowy mistrz fikania koziołków szuka na Wiejskiej, nie wiem. Obawiam się jednak, że wielu nabierze się na tę kandydaturę i będzie to stracony mandat. W Lublinie na liście nalazła się panienka, której jedyny udokumentowany sukces, to wręczenie kwiatów Cezarowi Grabarczykowi, co było żenującym ukoronowaniem obrony głowy ministra w sejmowym głosowaniu. Mimo, że członkowie PO zapewniają, iż ta pani jest doskonale znana z pracy w swoim regionie, dla wielu pozostaje jedynie kwiaciarką z Sejmu.
Gdzieś indziej pojawił się Władysław Kozakiewicz, mistrz olimpijski w skoku tyczce z 1980 roku. Miałem zaszczyt poznać pana Władka i wiem, że to niezwykle miły i przeuroczy człowiek, z którym można przegadać pół wieczoru. Niestety wiem również, że „Kozakowi” nie wyszło w życiu nic poza jednym skokiem. Nie powiodło mu się ani w trenerce, ani w biznesie, choć próbował różnych przedsięwzięć. A teraz chce do parlamentu. Po co? Na emeryturę? W SLD chcą z kolei panienkę, która błysnęła, jak meteor w programie TOP MODEL. Tyż piknie!
Czekam na spełnienie obietnic wyborczych i okręgi jednomandatowe. Może wówczas uda się przetrzebić przypadkowych posłów i obłąkańców, których w naszej polityce jest aż nadto.
Andrzej Prus


Komentarze
Pokaż komentarze