Nie umiem sobie wyobrazic jak mozna pogodzic bycie katolickim ksiedzem i wspolpracownikiem sluzb komunistycznych. Jak ksiadz, ktory powinien byc wzorem, moze decydowac sie donosic na swoich kolegow i przelozonych, donosic na Kosciol? Podejmujac decyzje o pojsciu do seminarium, czy pojsciu do klasztoru podejmuje sie jedna z najwazniejszych decyzji w zyciu. ma ona ogromne konsekwencje i musi byc, przynajmniej w wiekszosci wypadkow, skutkiem wielomesiecznych, a moze wieloletnich, przemyslen, glebokiej wiary. Co moglo grozic ksiedzu, ktory odmowi wspolpracy? W zasadzie nic - utrata paszportu, a - w konsekwencji - mozliwosci np. studiow za granica, czy robienia kariery w Watykanie? Pojscie do wiezienia? Przesladowanie przez ubecje? Czyz cierpienie nie jest wpisane w nasza wiare? Czy ciezkie proby, zg. z Ewangelia, nie maja byc testem na nasza wiare i sposobem na zasluzenie na zycie wieczne w niebie? Dlaczego Maksymilian Kolbe oddal zycie za blizniego?
Szczegolnie ksieza powinni byli pokazac, co mozna zrobic w obronie wlasnych przekonan, w obronie wiary. Kto mial pokazac, dac nam przyklad, jesli nie ksiadz, jak byc uczciwym, jak nie klamac, jak byc silnym, by nie donosic, nie poddawac sie? Ja nie rozumiem postawy ksiezy i zakonnikow, ktorzy decydowali sie na wspolprace. Rozumiem czesc innych, slabych ludzi, ktorzy sie bali, byli malej wiary, nie sprostali temu wzwaniu. Ktos powie - ksiadz tez czlowiek; pewnie, ale swoim wyborem dal sygnal, ze chce pozostac dla nas wzorem i nadzieja. Bycie donosicielem jest sprzeczne z droga zycia, ktora zdecydowali sie podazac.



Komentarze
Pokaż komentarze