"Wprost" (02.09.br., nr 35) przedstawia "ranking ambasadorów". W zwiazku z tym artykulem nasuwa sie szereg pytan:
Dlaczego opublikowano ten artykul wlasnie w okresie kampanii wyborczej? Na czyje zlecenie? Dlaczego wymieniono w nim wlasnie tych, a nie innych ambasadorow? Dlaczego na liscie najlepszych ambasadorow, wg Wprost, znalazl sie wsród "ambasadorow solidarnosciowych" takze J. Solimowski? (itd.)
Mysle, ze artykul inspirowany jest przez europosla B. Sonika (PO), ktory kiedys byl bodajze dyr. Instytutu Polskiego w Paryzu. Celem artykulu jest dac jasny sygnal wyborcom, w tym pracownikom MSZ: nie cieszcie sie, ze beda wybory; PO bedzie nadal czyscic MSZ i realizowac "rewolucje kadrowa" (tylko ze tym razem odsuniemy takze ludzi PiS, a damy na ich miejsce "swoich"). Pokazac zapewne bylo tez trzeba, jacy fantastyczni ludzie pelnia funkcje ambasadorow w czasach PiS.
'Wprost' w zasadzie nie podaje, jakie byly kryteria oceny ambasadorow ("rozmowy z ekspertami i ludzmi znajacymi kulisy polskiej dyplomacji") - jak wiadomo, zalezy z kim sie rozmawia. Wg mnie, kazdy taki ranking jest bez sensu. Jak oceniac ambasadora? W zasadzie moze to zrobic, i to tylko w jakims stopniu, bezposredni przelozony, czyli Minister SZ (+ ew. Premier i Prezydent). Mozliwe jest to tylko w ograniczonym stopniu, gdyż ambasador jednak dziala daleko od Warszawy, a jego raporty (czesto pelne przypisywanych sobie zaslug i plynacego z nich samozadowolenia) wymagaja weryfikacji, czego sie zwykle nie robi. Gdy przecietny posel mowi o jakims ambasadorze np. "wspanialy", ma na mysli zwykle jedno: "w czasie mojej wizyty zorganizowal fantastyczne przyjecia, gdzie bylo pelno dobrego jedzenia i alkoholu, pokazal mi wszystkie atrakcje turystyczne w okolicy, a wieczorem swietny klub z muzyka na zywo i dobrym piwem". Podobnie ma sie z Polonia. Swietny ambasador to taki, ktory "zaprasza mnie na wszystkie imprezy w ambasadzie, czyli czuje sie dowartosciowamy, bo X i Y nie zostali zaproszeni, a przyjecia bufetowe sa po prostu wysmienite" (czasami do tego jeszcze dochodzi "dopieszczenie" Polonusa w postaci odznaczenia). Ambasador, z kolei, czesto jest mistrzem autoprezentacji. W raportach pisze, ile to nie zrobil imprez promocyjnych - 125, ale juz nie pisze, ile osob bylo obecnych i ile z tych osob to osoby wplywowe i z "najwyzszej polki" (najczesciej zapraszane jest "towarzystwo wzajemnej adoracji" - duzo przyjaciol z Polonii, sporo zaprzyjaznionych "nativow", lubiacych polska wodke - przychodza na wszystkie przyjecia i mowia jak piekne sa Polki, ale nic z tego nie wynika dla kraju - i malzenstwa mieszane, zaprzyjaznione z Ambasada). Kiedys pokusilem sie w jednym z panstw europejskich o policzenie ilu wsrod obecnych osob bylo "nativow", a przyjecie bylo zwiazane z promowaniem atrakcji turystycznych Polskich. Na ok. 400 osob bylo tam 9 "nativow" i to glownie tych oznionych z Polkami. Prezentowalismy wiec Krakow i Warszawe Polonusom i przyjaciolom z roznych spolek polskich. Inny problem to skuteczna autopromocja opierajaca sie na polprawdach. Znam Ambasadora, ktory mowil: "dzis rozmawialem z samym Premierem X" (robi w kraju dobre wrazenie) - po weryfikacji okazywalo sie, ze wygladalo to tak: stala grupa ambasadorow, przechodzi Premier X, nasz ambasador powiedzial: (zalozmy) Good morning, Prime Minister, a Premier X odpowiedzial: Good morning Ambassador. Takie polprawdy czesto sluza naszym ambasadorom, mistrzom PR i autopromocji, do imponowania w kraju,a naiwni daja sie na to nabrac. Pozniej jednak kraza opowiesci typu: on ma doskonale kontakty, rozmawia z samym Premierem X, takie ma dojscia. Slowem, super ambasador.
Tymczasem "wspanialy" ambasador to ten, ktory pracuje kilkanascie godzin dziennie dla swego kraju; wykonuje zmudna, czesto trudna do wymierzenia prace; ktory zna swietnie jezyki obce, w tym jezyk kraju przyjmujacego; ktory wie, czym jest dyplomacja publiczna - publikuje w miare czesto w miejscowych gazetach artykuly, ktore pokazuja zasadnosc polskiego stanowiska, wystepuje czesto w audycjach TV i radiowych (w tym, lokalnych), jezdzi po calym kraju z wykladami o Polsce, spotyka sie z mlodzieza w szkolach, studentami, klubami, stowarzyszeniami itp., by prezentowac stanowisko polskie i zabiegac o jego poparcie, pisze swietne depesze, notatki (i te wszystkie rzeczy, np. liczbe artykulow, wywiadow, odczytow, wkladek promocyjnych w gazetach itp. mozna "wymierzyc"); tworzy "polskie lobby", wie, czym jest networking, etc. Nie sadze, by 'Wprost' sie tym przejmowal, czy bral to pod uwage, piszac artykul o "ekstraklasie".
W artykule jest sporo stwierdzen, ktore, bez poglebienia, albo sa tak podane celowo, albo swiadcza o plytkosci i niechlujstwie autorow. Wezmy np. zdanie o "wielkich pokrzywdzonych" przez Min. Cimoszewicza (str.38). Autorzy nie pisza, ze niejaki Michal Wojtczak, ktory mial pojechac do Irlandii ani nie mial pojecia o polityce zagranicznej, ani nie znal j. ang. Byl to okres zabiegania Polski o czlonkostwo w UE. Glos na "nie" w Irlandii w 2. referendum nicejskim mogl oznaczac zablokowanie na lata poszerzenia UE. Ambasador RP mial za zadanie jezdzic po calym kraju i przekonywac Irlandczykow jak wazne jest dla Polski oddanie przez nich glosu na "tak" w referendum. Czy mogl zrobic to lokalny dzialacz samorzadowy, chyba z Torunia, ktory dopiero zaczynal uczyc sie j. ang. przed wyjazdem na lekacjach prywatnych? Tam musial byc czlowiek doswiadczony w sprawach miedzynarodowych, dyplomata swietnie poslugujacy sie j. ang. (pojechal tam czlowiek spelniajacy te kryteria i zwiazany z "opcja solidarnosciowa", a nie SLD, mimo ze wyslal go Min. Cimoszewicz). Troche podobnie bylo z R. Sikorskim, ktory moglby byc swietnym ambasadorem np. w USA,. w WB, przy NATO itp., ale nie na placowce dwustronnej, w Belgii, gdzie zapewne nudzilby sie i dopiero uczyl francuskiego.
Smieszne jest, ze w rankingu znalazl sie P. Cieplak, mily, kulturalny, cichy chlopak, o ktorym prawie nikt w MSZ nie slyszal, bo niczym sie nigdy nie wyroznial i nie zasluzyl. Zadnych sukcesow, raczej analityk, godny funkcji najwyzej I sekretarza w Amb. Znal rosyjski i byl mlody, wiec pojechal troche "z braku laku" do Kazachstanu, bo PiS nie byl w stanie nikogo innego "godnego" znalezc. Umieszczenie w rankingu J. Skolimowskiego to, z kolei, chyba "pocalunek smierci" dla tego ambasadora. Ktos chyba go bardzo nie lubi. Inni w tym rankingu nie budza zastrzezen, choc mam jedna uwage: to, ze ktos jest swietnym dyplomata nie oznacza koniecznie, ze powinien byc ambasadorem w danym kraju, np. anglofil nie powinien jechac do Paryza, rozwiedziony do Watykanu, zaciekly wrog Rosji do Moskwy itp. Schorowany, nawet jesli swietny, dyplomata nie powinien np. jechac do Londynu, czy Waszyngtonu, bo tam trzeba pracowac kilkanascie godzin dziennie. Przy wyborze kandydatow tez trzeba sie tym kierowac. Obecna Pani Ambasador w Londynie jest swietnym dyplomata. To madra, kulturalna i elegancka kobieta z "wlasciwym zyciorysem" - tyle ze nie zna zupelnie WB, mentalnosci tych ludzi i ich kultury oraz nie potrafi z nimi rozmawiac, a to trzeba umiec, gdyz Brytyjczycy sa narodem dosc specyficznym. Jest do tego watlego zdrowia, co nie pozwala jej dzialac na taka skale, jaka jest wymagana w WB. Pani Suchocka, z kolei, bardziej skupia sie na interesach polskiego episkopatu niz na realizowaniu polityki panstwa - to w Watykanie tez trzeba potrafic zrozumiec; tam Ambasador reprezentuje w panstwie Watykan panstwo polskie.
Myli sie Min. Kowal, mowiac, ze "to, iz placowka pozostaje bez obsadzenia kilka miesiecy nie stanowi zadnego problemu". Zalezy. Jesli to wielki, znaczacy kraj, to jest to problem i budzi taki fakt watpliwosci w kraju przyjmujacym oraz zastanowienie, czy w stosunkach dwustronnych czasami "cos nie idzie w zlym kierunku", skoro w 40 mln kraju nie mozna w miare szybko znalezc dobrego kandydta na ambasadora. Podobnie taka zwloka nie jest zrozumiala, gdy chodzi o kraj wazny z innego punktu widzenia - np. Portugalia, sprawujaca Prezydencje w Radzie UE, czy organizacje, np. ONZ, w ktorej nasz kraj pelni jakas wazna role (np. jest niestalym czlonkiem RB). Wtedy nie mozna sobie pozwolic na zwloke.
Smieszna jest teza, ze "poniewaz Meller musial odwolac w 2005 r. 10 ambasadorow to, m.in. w wyniku tej operacji, obecnie jest nie obsadzonych kilkanascie amabasad" (przypominam: mamy prawie IX 2007 roku). Ale ten Meller narobil PiS klopotow! Nie wiem, co ma z tego zdania wynikac: czy Meller zrobil zle odwolujac "komuchow" i "agentow", co martwi PiS? A moze to, ze 2 lata to strasznie krotko (w Polsce), by znalezc dobrego kandydata na ambasadora.
Pozdrawiam autorow artykulu.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)