Dzieją sie ciekawe rzeczy. Owszem, kwestia kiedy mianowicie Kaczyński załatwi Ziobrę, dla każdego przytomnego obserwatora była aktualna przynajmniej od 2007 roku, tu żadne zaskoczenie nie miało miejsca. Jednak warto spojrzeć wnikliwie na nieco inny scenariusz. Mam na myśli zjawisko, które nazwę wyciąganiem partii J. Kaczyńskiemu po kawałku spod siedzenia.
Historia funkcjonowania PiS w ciągu ostatnich lat dobitnie dowiodła, że J. Kaczyński nie planuje przekazać władzy w swoim ugrupowaniu politycznym nigdy. Jak już w końcu padło nazwisko konkretnego następcy, okazał sie on bezpiecznie nieboszczykiem. Prawdopodobnie w partii PiS czegoś takiego jak stanowisko następcy po prostu nie ma. Spójrzmy zatem, co w tej sytuacji robią zdesperowani politycy, którzy wiążą swą karierę polityczną jednak właśnie z PiS.
Najpierw PJN wyciągnął Kaczyńskiemu pozostałości po bracie - dość skutecznie, bo zgromadziła sie tam duża grupa współpracowników Lecha, muzealnicy, oraz sama Jakubiak, nazywana za życia prezydenta "polityczną córką Lecha Kaczyńskiego". Oczywiście okazało się, że Jarosławowi cudze potomstwo polityczne nie jest do niczego potrzebne. Ta część Pisu okazała sie słabsza, bo od dawna partia była pasem transmisyjnym dla działalności Jarosława, a nie Lecha. Dziś jednak Ziobro dokonuje wiekszej ekwilibrystyki: ryzykownego zadania wyciągnięcia spod Kaczyńskiego własnej, "jarosławowskiej" części PiS-u. Założenie jest takie, że gdy również ten fragment kocyka w jakiejś istotnej części wysunie sie spod siedzenia Jarosława Kaczyńskiego, bęcnie on o nagą ziemię, a rozdzielone dwie części PiS wzniosą się jak husarskie skrzydła i zaczną kopulować ponad jego głową (wybaczcie Państwo ten kawałek patriotyczno-turpistyczny). W efekcie powstanie nowo-stary PiS, gdzie rolę Lecha przejmie Kowal, a Jarosława - Ziobro, zaś prezes-założyciel będzie dożywotnio grał rolę zbawiciela dla grona starszych pań i nadal co miesiąc chodził pozłorzeczyć pod pałac prezydencki, jako tak zwany żywy symbol.
Takia jest teoria, która być może stoi za dzisiejszymi wydarzeniami. Natomiast kwestią praktyki pozostaje po pierwsze, jak wiele poparcia straci projekt Ziobry po drodze (Kaczyński ma osobisty, bardzo oddany elektorat, który stworzył sobie podczas pobytu Ziobry w Brukseli), a także, czy Ziobro będzie w stanie współpracować z PJN. Warto pamiętać, że pozycja Ziobry w PiS i powszechne kiedyś przekonanie, że jest on następcą prezesa, brało się w dużej mierze z podobieństw w charakterze i metodzie między dwoma panami. Czy Ziobro okaże sie większym pragmatykiem niż Kaczyński i uzna, że dla dobra budowania swojej przyszłości warto nagiąć się chwilowo i udawać miłego faceta? Oto jest pytanie, na które odpowiedź poznamy do czasu nowych wyborów parlamentarnych.
Oczywiście można chcieć wiedzieć, czy autor tych słów przewiduje ostateczny sukces Ziobry, czy raczej Kaczyńskiego, czy też jakieś rozwiązanie pośrednie, obejmujące obu tych polityków. Otóż osobiście jestem zdania, że to w sumie jedna żulia. Pokłócona czy nie, siebie samej nie przeskoczy, i że w zwiazku z tym całe to towarzystwo wróci do władzy, kiedy rak świśnie. Albo nawet o dzień później.
580
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (8)