Julian Arden Julian Arden
610
BLOG

Havel a rebours

Julian Arden Julian Arden Polityka Obserwuj notkę 21

W Pradze odbył się pogrzeb znanego niegdyś opozycjonisty Vaclava Havla. Ten przedstawiciel „aksamitnej rewolucji” (nasza rewolucja była z żelaza, o czym słusznie wspomina tytuł znanego filmu Joanny Lichockiej i Bohdana Poręby), a więc ten przedstawiciel miękkiej, ugodowej wobec komunizmu linii, w ostatnich latach bezradny świadek parcia Czech do przodu pod przewodnictwem przyjaciela prezesa Prawa i Sprawiedliwości Jarosława Kaczyńskiego - Vaclava Klausa, pożegnał się ze światem w ostatnich dniach odchodzącego roku. Z jego osobą skończyła się w Europie epoka „okrągłostołowców”, polityków koncesjonowanej opozycji, którzy za miejsce we władzach przyszłego Jewropejskiego Sowietu gotowi byli oddać niepodległość swych krajów, wywalczoną przez prosty lud, na którego plecach powieźli się do władzy i przywilejów.

Pogrzeb był stosunkowo skromny, bowiem nikt z liczących się przywódców nie zdecydował się wziąć udziału w tej imprezie. Najważniejszym uczestnikiem był prezydent Czech Vaclav Klaus, który wielkodusznie postanowił w takiej chwili nie chować urazy wobec swego wieloletniego przeciwnika politycznego. Pokazał w ten sposób, że wobec powagi śmierci wszyscy jesteśmy równi, nawet jeśli dotyczy to człowieka, który zbyt często szedł drogą, która w naszym kraju określana jest słusznie jako „michnikowszczyzna”. Szacunek dla Pana, Panie Prezydencie Klaus, po raz kolejny dowiódł pan, że jest Pan prawdziwym Mężem Stanu. Odnotowano również obecność byłych prezydentów USA z okresu władzy Havla oraz kilku średniej rangi polityków europejskich. Warto zwrócić uwagę na fakt niepojawienia się na pogrzebie Wałęsy. Cóż, mimo dyskusyjnych zasług nieboszczyka, obecność się na jego pogrzebie agenta i w istocie wroga wolności zakrawałoby na obrazę powagi uroczystości. Wałęsa, mimo że kiedyś afiszował się z przyjaźnią Havla, nie był łaskaw się pojawić, najwidoczniej obawiając się wyprowadzenia za bramę.

Osobną sprawą jest demonstracyjny udział w pogrzebie aż dwóch najważniejszych (niestety) przedstawicieli Państwa Polskiego, jakimi są Donaldu Tusku i Bul Komorowski. Z jednej strony można by uznać, że ranga wydarzenia nie wymagała aż tak skwapliwego udziału głównych osób w państwie i opuszczenia przez nie swoich obowiązków. Zwłaszcza w przypadku Tuska, nagły wyjazd z Afganistanu zrobił jak najgorsze wrażenie na rodzinach poległych żołnierzy. Polacy poczuli się po prostu obrażeni przez „pana premiera”. Z drugiej strony, nieprzystojny wręcz pośpiech, z jakim „prezydent” porzucił swoje obowiązki w Chinach i wyraźna ulga, z jaką udał się na pogrzeb do Pragi, po raz kolejny pokazuje, że człowiek ten nie nadaje się nie tylko na prezydenta, ale w ogóle na polityka. Powszechnie wiadomo, że Chińczycy są niezwykle czuli na wszelkie naruszenia etykiety. Znany specjalista od spraw dalekowschodnich stwierdził w wywiadzie, udzielonym Salonowi24, że zgodnie z chińskimi zwyczajami, po spotkaniu z najwyższymi władzami tego państwa oczekiwany jest tygodniowy okres wyciszenia, określany jako „chop-suey”, w przeciwnym wypadku zostanie się uznanym za prostaka. Cóż, nie jest to pierwszy taki wypadek w karierze pewnego prezydenta z przypadku.

Pozostaje jeszcze pytanie, dlaczego dwaj bądź co bądź najwyżsi przedstawiciele Naszego Kraju rzucili wszystko, i to w okresie świątecznym, kiedy cały Naród łączy się w jedność, i polecieli asystować przy kremacji (sic!) starego kumpla Michnika? Czy nie byłą to chęć kolejnego uwiarygodnienia się w oczach razwietki, pokazania salonowi: ”patrzcie, jesteśmy wasi, czcimy waszych idoli i zasługujemy na wasze srebrniki”? Które dziś mają postać euro, przydzielanych Naszemu Krajowi przez pozornie szczodrych „dobrych panów” z Brukseli, Cohn-Bendita i Buzka, którzy wyciągają je uprzednio niepostrzeżenie z kieszeni najuboższych. W świetle tego ponurego faktu trumna, nad którą kiwali się po małamedzku dwaj panowie z Warszawy, jest również trumną polskich nadziei i polskiej niepodległości.

 

(Jak wiadomo powszechnie, dobry dziennikarz jest przygotowany na każdą ewentualność. Z tą myślą powinien mieć przygotowane przynajmniej dwie wersje tekstu w każdej sprawie. Inaczej cóż by z niego był za dziennikarz? Powyższy tekst, jak łatwo poznać, został gwizdnięty z szuflady czołowego publicysty Gazety Polskiej)

Raczej bezlitosny, ale w miarę uprzejmy. Od czasu, gdy cisnąłem w brata kielichem, wiele się zmieniło.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (21)

Inne tematy w dziale Polityka