Wywiad z Czesławem Bieleckim
Obecna prezydent stolicy jest partyjnym funkcjonariuszem delegowanym na Warszawę. Ja nim nie jestem, a prezes Kaczyński, z którym znamy się od dwóch dekad, doskonale wie, że mam poczucie niezależności. Co nie znaczy, że problemy sprawia mi definiowanie dwóch słów: solidarność i lojalność – z Czesławem Bieleckim, kandydatem na prezydenta Warszawy, popieranym przez Prawo i Sprawiedliwość, rozmawia Szymon Pryczak.
Na czym polega zmiana jakościowa, którą Pan proponuje wyborcom w stolicy?
Przede wszystkim zawieram kontrakt z warszawiakami, a nie z partią polityczną. Prawo i Sprawiedliwość zdecydowało się poprzeć mój autorski program. W odróżnieniu od wielu obiecanek pani Hanny Gronkiewicz-Waltz, zamierzam swój kontrakt z mieszkańcami stolicy wypełnić.
Tych niespełnionych obietnic ze strony obecnej prezydent Warszawy było rzeczywiście wiele.
Wymieńmy te najbardziej znane. Budowa trzech mostów w czasie kadencji, z których nie skończono nawet jednego, Północnego. W 2009 r. miała powstać druga linia metra z Bemowa na Targówek i Białołękę, a tymczasem budowa dopiero niedawno się rozpoczęła. Kolejna obiecanka to integracja transportu szynowego w mieście, połączenie szynowe z lotniskiem na Okęciu. Z kilkunastu zapowiadanych w programie wyborczym parkingów podziemnych w centrum nie powstał ani jeden. To dowód urzędniczej impotencji. Miasto – jak spekulant – pyta, kto mu da więcej, zamiast wziąć odpowiedzialność za przestrzeń publiczną. Mojej konkurentce udało się zakończyć projekt Centrum Nauki „Kopernik”, ale to była tylko kontynuacja koncepcji śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego i ówczesnego ministra nauki, prof. Michała Kleibera. Dlatego dziwię się, kiedy mówiąc o swoich działaniach, zapowiada, że „ciąg dalszy nastąpi”. Uważam, iż wszystkim nam przynosi wstyd, że stolica jest niedostępna – nie można do niej normalnie wjechać ani normalnie z niej wyjechać. Że jest zaśmiecona reklamami wielkoformatowymi, niczym prowincjonalne Las Vegas. Żadne przedmieścia amerykańskie, które znam, nie wyglądają tak okropnie jak Warszawa.
Wierzy Pan, że obietnic można dotrzymać?
W moim programie podaję zadania do realizacji na połowę i na koniec kadencji. To nie są rozproszone inwestycje, które dają warszawiakom jedynie poczucie, że coś się w ogóle posuwa naprzód. Tworzą całościowy system albo przynoszą wymierne efekty w jakiejś części miasta. Krótko mówiąc, na wprost chłodnego bankowca i prawnika (jak sama się przedstawia moja konkurentka), występuję jako menedżer, działacz społeczny i profesjonalista. Zapowiadam moim wyborcom, że spotkamy się na placu Wolności przed Pałacem Kultury między budynkiem Muzeum Sztuki Nowoczesnej – nawiasem mówiąc, przez cztery lata budowa nie ruszyła z miejsca – Muzeum Pamięci Komunizmu w podziemiach pałacu i jakimś budynkiem handlowo-usługowym, który stworzy trzecią pierzeję nowego placu. Taka skończona całość będzie gotowa do końca kadencji. Do rozpoczęcia Euro 2012 zrealizuję budowę obwodnicy śródmiejskiej za niecały miliard zł.
Nie chce Pan chyba powiedzieć, że tym samym korki w Warszawie się skończą? Obecna prezydent nierealnie zapowiada to na 2012 rok.
Mogę powiedzieć tyle, że korki w mieście w godzinach szczytu nie skończą się nigdy. Ale nie będą tak długotrwałe i bezsensowne jak dzisiaj. Mogę zapowiedzieć, że pod koniec kadencji miasto będzie przejezdne z jednego końca na drugi, za pomocą różnych typów komunikacji, średnio w ciągu godziny. A wracając do budowy obwodnicy, to jej zarzucenie wynika z braku profesjonalizmu Ratusza. Urzędnicy dostali projekt węzła Wiatraczna, który kosztował mniej więcej tyle, ile most Północny według zaniżonych kosztów. Jeżeli ktoś nie umie analizować projektu, a w setkach milionów widzi tylko martwe cyfry, to jest śmieszne. Obwodnicę śródmiejską można wybudować w ciągu dwóch lat. I nie przyjmuję do wiadomości, że przeszkodzą procedury urzędnicze. One zależą od stylu rządzenia w Ratuszu. Dziś panuje obyczaj prawny, który streścić można słowami: „zrobimy, kiedy zrobimy”. Ratusz warszawski, co zresztą dzieje się w całej Polsce, gwałci prawo. Jeżeli zdecydowałem się konkurować w wyborach samorządowych, to z przekonaniem, że trzeba wreszcie zacząć w naszym kraju pewne rzeczy porządkować. Początkiem tego ładu publicznego, który zagwarantuje nam rozumiane elementarnie prawo i sprawiedliwość, będzie zgodne z kodeksem postępowania administracyjnego wydawanie decyzji w ciągu maksimum 30 dni lub 60, gdy są skomplikowane. Uważam, że obowiązkiem urzędnika i nadzorującego go prezydenta jest koordynowanie tych prac. Jeśli Ratusz ma być przyjazny ludziom, urzędnicy nie mogą prawa nadużywać i być ciągle w zwłoce, goniąc petentów między swoimi biurkami. Musi stosować się do ustawy o e-administracji: urzędnik nie ma prawa żądać od obywatela danych, które sam może sobie znaleźć w sieci.
Status quo, w którym urzędnicy Ratusza nie są dla samych siebie, ale dla mieszkańców – choć z pozoru oczywisty – wydaje się wciąż bardzo odległy.
Chcę, żeby Warszawa była przyjazną stolicą. Ale zanim to się stanie, przyjazny musi stać się sam Ratusz. Odbywam wiele spotkań z organizacjami pozarządowymi, zorganizowanymi społecznościami i wiem, że w naszym mieście nie istnieje dialog społeczny. Dowcipni internauci twierdzą: „pan ma wizję, ale ona ma telewizję”. Dodaję więc, że lubię ludzi i nie chowam się przed nimi za biurkiem. Nie można zrealizować żadnej wizji bez dialogu społecznego. Jeżeli z ludźmi się nie rozmawia, to mamy protesty, zadymy i procesy sądowe. Startujemy tutaj z poziomu zero, bo miasto w tej chwili nie prowadzi dialogu z warszawiakami. Jeśli ich nawet wysłuchuje, to następnie lekceważy i wybuchają kolejne konflikty. Nie można twierdzić, że coś się nie uda, bo ludzie protestują. Tak się dzieje wówczas, kiedy próbuje się ich oszukać. Jeżeli komuś na przyczółku mostu Północnego zapłacono za połowę działki i zrujnowano prowadzoną firmę, to protestuje, póki mu zdrowia starczy. Kolejny przykład to przedłużający się, bezsensowny konflikt ze słynną rodziną Gmurków z ulicy Powstańców Śląskich. Zaczęło się od tego, że ludziom za wybudowany z trudem za komuny dom miasto zaproponowało mieszkanie w bloku. Gdyby od początku uczciwie rozmawiano o zgodnej z prawem rekompensacie, sytuacja wyglądałaby inaczej. W moim programie proponuję rozwiązywanie konfliktów poprzez dialog z ludźmi. Sprawa krzyża przed Pałacem Prezydenckim jest tylko jednym z przykładów ucieczki przed ludźmi, gdy trzeba stanąć na wprost nich.
Sporo czasu w kampanii spędza Pan na rozmowach z warszawiakami. Jak Pan ocenia ich aspiracje i potrzebę zmian w mieście?
Uważam, że mamy fantastyczną społeczność. Warszawiacy mają niezwykłą energię. To jest miasto awansu wielu Polaków. Niestety, najsłabszym punktem w tym organizmie jest samo zarządzanie stolicą, administrowanie zamiast rządzenia w dobrym stylu. Przesadnie centralizuje się sprawy, które lepiej mogą być rozwiązywane w dzielnicach, bliżej mieszkańców. Niedowładem i brakiem odwagi wykazuje się natomiast zarządzanie infrastrukturą miejską, która powinna być zarządzana centralnie. Miasto dzisiaj co krok stwarza fikcyjne problemy. Mamy niepotrzebne konflikty z koleją, mieszkańcami. Pani prezydent zapewnia, że na decyzje środowiskowe trzeba czekać dwa lata. Tak jakby ptaki zmieniały trasy przelotów albo rośliny inaczej się ukorzeniały. Po prostu piarowską papką zastępuje się brak odwagi w podejmowaniu decyzji i rządzeniu.
Przykład rodziny Gmurków to dobra okazja, by wspomnieć o stosunkach własnościowych w stolicy. Jak Pan ocenia sytuację w tej dziedzinie?
Ład przestrzenny i estetyczny w mieście wynika z ładu własnościowego. Grunty warszawskie zostały dekretem z czasów Bieruta odebrane właścicielom. Trzeba zrozumieć, że oni nie są niebezpieczni dla obecnych lokatorów czy właścicieli, którzy w dobrej wierze nabyli nieruchomości za komuny czy w okresie transformacji. Właśnie przedstawiłem opracowany przez wybitnych specjalistów projekt Warszawskiego Funduszu Regulacji Własności. Stosunki własnościowe zamierzam uregulować nie poprzez mechanizm biurokratyczny. Urzędnicy nie mogą być monopolistami od decyzji własnościowych i graczami na rynku nieruchomości. Zamiast tego powstanie instytucja finansowa, która wypuści papiery wartościowe, które pozwolą zdjąć roszczenia z nieruchomości w szybszym tempie. Przystąpienie do funduszu osób, które mają roszczenia, będzie dobrowolne. Ale trzeba sobie uświadomić, że to nie tylko problem byłych właścicieli. Zwłaszcza na tych działkach, gdzie zostały wzniesione po wojnie budynki publiczne. Terenów rozwojowych wolnych od roszczeń jest w Warszawie bardzo mało i to hamuje rozwój infrastruktury technicznej i społecznej (szkoły, szpitale itp). W związku z tym każdy proces inwestycyjny jest permanentnie poddany presji konfliktów. Uważam, że należy je rozwiązywać z pomocą instrumentów rynkowych, kontrolowanych jak wszystkie instytucje finansowe.
Jakie znaczenie dla rozwoju Warszawy ma integracja transportu szynowego, którą zarzuciły obecne władze miasta?
Trzeba połączyć obie linie metra i tunel średnicowy z systemem okrężnej linii kolejowej. Wykorzystać istniejące tory dla szybkiej kolei miejskiej, która stworzy odpowiednik londyńskiej Circle Line. W ciągu połowy kadencji powstanie obwodnica śródmiejska rozpoczęta jeszcze za Gierka budową Trasy Łazienkowskiej. I dopiero wtedy będzie można poprzez parkingi „parkuj i jedź” wyhamować nawał samochodów, który prze na centrum stolicy. Nieprzypadkowo mówię w tej kampanii o bezpartyjnym zegarku. Obecna prezydent nie liczy czasu i pieniędzy. W każdym roku jej kadencji miliard złotych nie został wykorzystany na inwestycje. Przyjmijmy więc, że to ten miliard, którego brakuje do wybudowania obwodnicy śródmiejskiej. Ta władza księguje pieniądze w słupkach, jak notowania Platformy Obywatelskiej. Mnie nie chodzi o władzę dla władzy. W tej kadencji nie istniał związek czasu, pieniędzy i efektów czytelnych dla mieszkańców. W mojej kadencji ten związek będzie istniał na pewno.
Jak Pan ocenia wydatki Ratusza za rządów PO? Zamiast przyjaznego miasta i państwa mamy np. miasto urzędników, którzy podatnika sporo kosztują.
Zatrudnienie 1200 nowych urzędników kosztowało kilkaset milionów! Na tym samym poziomie umieszczono budowę domku dla hipopotama w zoo i odmowę niewidomym zainwestowania 2,7 mln zł na zradiofonizowanie 200 wagonów transportu szynowego dla ułatwienia życia niewidomym. To jest po prostu nieludzkie. A jednocześnie na premie roczne dla urzędników wydano 52 mln zł. Moje podejście do budżetu jest księgowo-menedżerskie, a nie w stylu pani księgowej. Partia mieniąca się liberalną i wolnorynkową, która nie odważyła się w ciągu całej kadencji na żadne przedsięwzięcie w systemie partnerstwa publiczno-prywatnego, dowodzi swojej ideowej plajty. Moim zdaniem w mieście można wiele rzeczy w ten sposób zrealizować. Również tych z bardzo wrażliwych dziedzin, jak oświata czy służba zdrowia. Rządząca miastem PO wolała wydać pół miliarda złotych na stadion Legii. Świetnie, że powstał, ale dlaczego za publiczne pieniądze? Skoro pani prezydent z dokładnością do paruset złotych robiła bilans otwarcia swojej kadencji, wypominając koszty przyjęcia wydanego w Ratuszu przez swego poprzednika, to dobrze, żeby przy bilansie zamknięcia wytłumaczyła warszawiakom, dlaczego skreśliła rozbudowę Polonii? Również to, dlaczego brukuje się ulicę Emilii Plater przy Dworcu Centralnym, skoro miał tam powstać parking podziemny. Ten bruk będzie się potem zrywać i wróci się do budowy parkingu. Ten „cdn.” kosztował podatnika już kilkanaście milionów.
Wybory samorządowe to jednak również starcie polityczne, starcie dwóch największych partii. Pan idzie do nich jako kandydat bezpartyjny, popierany przez PiS. Czy to nie za mało?
Miasta takie jak Wrocław czy Gdynia są znakomicie rządzone i prowadzą dobry dialog z mieszkańcami. Dobry samorząd powinien być odpartyjniony. To, że siły polityczne organizują kampanie wyborcze i popierają kandydatów, to inna sprawa, jesteśmy zorganizowaną demokracją. Numer jeden w tych wyborach ma prerogatywy w rządzeniu miastem nawet większe niż prezydent państwa. I wyłącznie od osobowości i energii rządzącego zależy, w jaki sposób działa Ratusz i na ile jest przyjazny obywatelom. Moja konkurentka lubi rządzić przez zastępców, a sama zajmować się tylko PR-em. Ja mogę zagwarantować warszawiakom, że biorę odpowiedzialność za przestrzeń publiczną, ład własnościowy, tempo inwestowania i ścisłą kontrolę postępów prac. Typowym zabiegiem obecnych władz jest powołanie pełnomocnika do spraw powstania Muzeum Pamięci Komunizmu, zamiast stworzenia go. Mimo że zaproponowałem bezpłatne wykonanie dokumentacji projektowej. I nie my na placu Wolności obchodziliśmy 30-lecie powstania Solidarności czy 20-lecie Wolnej Polski, lecz wydarzeniem był piknik w Berlinie. Będę walczył o markę stolicy Polski.
Powodem, dla którego kandyduję na prezydenta Warszawy, jest przekonanie, które mam. Wolę niższą niepodległość, niż wyższą podległość. Polska jest dzisiaj podzielona na dwa zwalczające się obozy polityczne. Chwilami w tych sporach zapomina się, że zginął człowiek w mordzie politycznym w Łodzi. Zapominamy, że to nasze państwo skompromitowało się w katastrofie smoleńskiej. Pielęgniarka odpowiada za pomyłkę przy kroplówce, a strażak za pomyłkę przy odbiorze systemu oddymiania budynku – a odpowiedzialność za tragedię prezydenckiego samolotu pewnie w końcu rozmyje się między dwóch pilotów i nawigatora. To jest ćwiczenie ludzi w nieodpowiedzialności zbiorowej. Chcę pokazać tu, w Warszawie, że nie może być tak, iż obiecuje się wiele inwestycji, a nie realizuje żadnej. I niepoważne są rządy ludzi, u których przepływy czasowe następują bez żadnego związku z przepływami finansowymi. Warszawiaków stać na więcej. To jest również decyzja elektoratu, kto lepiej i mocniej od lat chronił elementy tradycji narodowej i chrześcijańskiej w naszym kraju. A kto, być może bardzo spolegliwie się modlił, ale tam, gdzie trzeba było wykazać się wolą, odwagą i zdecydowaniem, tam go już nie było. Może dlatego Hanna Gronkiewicz-Waltz unika debaty ze mną. Jest wiceprzewodniczącą PO, partyjnym funkcjonariuszem delegowanym na Warszawę. Ja nim nie jestem, a prezes Kaczyński, z którym znamy się od dwóch dekad, doskonale wie, że mam poczucie niezależności, ale nie mam kłopotu z definiowaniem dwóch słów: solidarność i lojalność.
Jaka jest Pańska opinia na temat budowy pomnika ofiar tragedii smoleńskiej na Krakowskim Przedmieściu, w pobliżu Pałacu Prezydenckiego?
Tragedia pokazała bardzo dramatyczne pęknięcie w polskim społeczeństwie. Prezydent miasta nie bierze odpowiedzialności za przestrzeń publiczną. Bałamutnie spycha decyzję na konserwatora zabytków lub Kancelarię Prezydenta. Na granicy pałacu i placu przed kościołem pokarmelickim jest miejsce na taki monument. Dla mnie to będzie nie tyle monument ofiar, ile dramatu narodowego, którego katastrofa jest przykładem. Powstanie pomnika smoleńskiego wiąże się też z budowaniem pamięci miasta, a w tej dziedzinie mamy wciąż wiele do zrobienia.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)