Tusk porównał PO do RFN, a PiS do NRD. Ryzykownie, chłopie. Jak będziesz dalej tak gadał, to zrobimy ci takie STASI, że Bundeswehra ci nie pomoże. Mówiłem to ja, zmutowana enerdowska lekkoatletka z brodą.
Pewne zakłopotanie uczestników konwencji PO w Poznaniu wywołali dwaj sympatycy kandydata tej partii na prezydenta Konina. Ilekroć ten wstawał, obaj fani skandowali: „Wiesław, Wiesław!”. Niezbyt pasuje mi to do chłopaków z RFN. Towarzysz „Wiesław” za zachodnioniemieckim rewizjonizmem raczej nie przepadał. Kiepsko widziałbym go w obecnej PO, gdzie same Hupki i Czaje.
Bloger „antybohater” sensownie zderzył dwa wydarzenia. Jeśli posłanka SLD popełnia samobójstwo, to jest to wina PiS. Jeśli zamordowany zostaje polityk PiS, to też jest to wina PiS. Logiczne?
Byłem na meczu Lecha z Lechią Gdańsk. Sędziował, w ramach wymiany z PZPN, Japończyk. Kiedy wydał jedną z nielicznych błędnych decyzji, stadion zaczął krzyczeć pod jego adresem życzliwe słowa, w rodzaju „sędzia”, no powiedzmy, „kalosz”. Po chwili uświadomiłem kolegom, że przecież gość nic z tego nie rozumie. „A, faktycznie...” – zdali sobie sprawę. Skandujmy: „Seppuku, seppuku!” – zaproponowałem. Z kolei japońskim kibicom, którzy oglądać mają polskich sędziów, radzę szybką naukę słowa „kalosz”, a także innego, krótszego i brzmiącego nawet z japońska.
Przygoda niby zwyczajna, ale zaraz powiedzą Państwo, że innym jakoś takie się nie zdarzają. W niedzielny wieczór gadam przez telefon z Jarosławem Czarneckim, rysującym Zyzia i Hyzia. Gadam, stojąc w moim ulubionym miejscu koło ławki w krzakach w okolicach domu, wyjątkowo (jak na siebie) trzeźwy. Chowam telefon do kieszeni, ale spada on na trawę i rozpada się. Składam go, idę dalej, ale włączyć się go nie da. Zepsuł się? Nie, po prostu w środku brak baterii, nie zauważyłem, że wypadła. Znaleźć jej nie daję rady, na trawie pełno liści, a do przeszukania parę ładnych metrów kwadratowych... Skąd by tu zdobyć latarkę? Obok jest akademik. Portier mówi, że kojarzy happeningi Naszości. Jak ustalamy, poglądy mamy podobne. Biorę latarkę i ryję w liściach na czworakach jakiś kwadrans. Wobec braku efektów postanawiam na chwilę iść do domu, by wytłumaczyć, czemu się spóźniam (zadzwonić nie mam z czego). Oddaję latarkę, portier mówi, że jak wrócę, będzie już kolega, który przychodzi na nockę, ale też pożyczy mi latarkę, bo to swój człowiek. Wracam po jakichś 20 minutach. Drugi portier kojarzy mnie z meczów Lecha. Jak się okazuje, w zeszłym sezonie siedzieliśmy w tym samym sektorze. Przechodzimy więc na „ty”, bo głupio, żeby kibol z kibolem na pan gadał. Omawiamy pucharowe zwycięstwa i ligowe porażki Lecha. Portier nie chce dowodu osobistego w zastaw za latarkę, bo od kolegi kibica brać nie wypada. Ryję w liściach jak kret i baterię znajduję niemal od razu, więc wracam i gadamy dalej. Na pożegnanie ustawiamy się na jakieś piwo przedmeczowe. Pora na wnioski generalne. Nie jest prawdą, że w III RP nic nie poprawiło się na lepsze. Za komuny portier kojarzył się, nie bez powodu, z kapusiem. Dziś, jeśli chcesz pogadać z kimś normalnym i kumatym, gadaj z portierem. Portierzy w III RP nam się udali. Czemu? Niestety, m.in. dlatego, że jest to kiepsko płatna praca. Cóż, to III RP.
Rozłamowcy w PiS to ludzie, którzy trafili dawno temu do tej partii w wyniku szeregu zbiegów okoliczności, a potem w niej już tkwili siłą rozpędu. Gdyby zbiegi okoliczności były inne, byliby w PO. Czy są wybitnymi politykami? Nie, bo wtedy wiedzieliby, że wybrali najgorszy z możliwych moment na rozłam. Po Smoleńsku polaryzacja poglądów na scenie politycznej jest wyjątkowo ostra. Dla elektoratu PO i tak na zawsze będą wrednymi pisowcami. Dla nas – zdrajcami najważniejszej sprawy. 100 procent świadomych wyborców tej partii popiera koncepcje polityczne Jarosława Kaczyńskiego. Czy można budować poparcie partii na tych nieświadomych, których przyciągnąć ma PR? Owszem. Ale na samych nieświadomych naprawdę nie da rady.
W mediach rozwinęła się dyskusja na temat wspominanej przeze mnie tydzień temu propozycji socjologa Radosława Markowskiego, że skoro już tak mocno się podzieliliśmy, to powinniśmy to zinstytucjonalizować. „Każdy powinien wybrać sobie swój filar i w nim płacić podatki, leczyć się, posyłać dzieci do szkoły” – scharakteryzował Jacek Żakowski w „Polityce”. Jak wyjaśnił sam Markowski, budowa takiego państwa wymagałaby współpracy elit obu stron sporu. Propozycja Markowskiego zakłada, że my jesteśmy podobni do nich, to znaczy wystarczy dać nam, w charakterze ubogich krewnych, nieco dostępu do żłoba, a się przymkniemy. Potem to samo nakażemy naszym dołom i przystąpimy do radosnej konsumpcji. No bo na jakim innym kompromisie miałoby się opierać to porozumienie? Póki co wygląda na to, że moglibyśmy się tu dogadać jedynie na poziomie gombrowiczowskim: zobowiążemy się uroczyście uniezależnić się od rosyjskiego gazu albo i nie uniezależnić, suwerenność państw na Wschód od nas wspierać albo i nie wspierać, agentów do rządu dopuszczać albo i nie dopuszczać, sądowe kliki rozbijać albo i nie rozbijać, wpływy oligarchów ograniczać albo i nie ograniczać, jednym słowem – niepodległość posiadać albo i nie posiadać. Uff... Z naszej strony warunki porozumienia przedstawił parę tygodni temu w „GP” Józef Darski, ale czy mogą one zainteresować Markowskiego? Chyba nie za bardzo, bo w „GW” powiedział on, że stoi za nim trzy czwarte społeczeństwa. Cóż, obalić trzy czwarte to dla mnie pestka. Na początek „prof.” Markowskiemu zamierzam przeciwstawić swój skromniejszy skrót przed nazwiskiem: „dr”. Przysługuje mi, od kiedy rąbię drewno do kominka. „Dr” od „drwal”.
Oczywiście skoro Markowski chce rozmów, są one możliwe. Mój warunek brzegowy, z którego nie zrezygnuję ani o milimetr, brzmi: podczas tej nowej Magdalenki zero wspólnego picia wódki. Pijemy oddzielnie, każda strona we własnym towarzystwie.
Markowski mógłby być jakąś nową odmianą partyjnego ideologa w stylu Jerzego Wiatra czy Janusza Reykowskiego. Tyle że jest, ujmijmy to łagodnie, zbyt porywczy. Tamci zanim przystąpili do kreślenia wizji transformacji, starali się w miarę realnie ocenić rzeczywistość. Było im łatwiej, bo nie zabiegali o medialną popularność. Pisali do swoich – w różnych „Nowych Drogach”, „Myślach Socjaldemokratycznych”, „Dziś” itp. Markowski różni się od nich tym, że udziela się w mediach masowych. A to raczej nie sprzyja mówieniu prawdy.
Awantura wokół Marszu Niepodległości wzbudziła we mnie uczucia odmienne niż u wielu prawicowych komentatorów. Powód – cała sprawa to powtórka z lat 90. A w tychże latach obserwowałem podobne wydarzenia z perspektywy specyficznej – 20-letniego kontestatora. Na czym polegała operacja wokół marszu? To „GW” postanowiła zrobić z niego głośne wydarzenie, reklamując jego blokowanie. Ona wybrała pole bitwy. W latach 90. „GW” wyraźnie lansowała Bolesława Tejkowskiego oraz popierających go skinów. Bez decyzji „GW” o ich poglądach nie słyszałby pies z kulawą nogą. Teraz postanowiła nagłośnić marsz, w którym brał udział ONR. W ten sposób z czegoś, co jest po prawej stronie skrajnością, uczyniono jej główny nurt. Zaszantażowano w ten sposób prawicę i niezależną lewicę. Prawica musiała bronić marszu, bo przecież bezprawnie atakowano legalną manifestację i zrównywano niepodległość z faszyzmem. Niezależna lewica nie mogła wymigać się od protestu przeciwko tym łysym faszystom. Zarówno prawica, jak i niezależna lewica posłużyły więc za mięso armatnie w cudzej wojnie. Kiedy różniący się ideologicznie niezależnie myślący ludzie rzucają się sobie wzajemnie do gardła, wygrywa zawsze pogardzająca jednymi i drugimi oligarchia.
Piotr Lisiewicz



Komentarze
Pokaż komentarze (17)