To Moskwa wydała kontrolerom lotu w Smoleńsku polecenie, by polski Tupolew mimo nienaturalnie gęstej mgły lądował na lotnisku Siewiernyj. Kontrolerzy chcieli wydać załodze zakaz lądowania – wynika z materiału dowodowego w sprawie katastrofy smoleńskiej. Tymczasem prokuratura rosyjska właśnie zwróciła się do strony polskiej o unieważnienie protokołów zeznań dwóch kontrolerów lotu, sporządzonych przez Rosjan zaraz po katastrofie 10 kwietnia. Zeznania, choć przeprawiane i sprzeczne ze sobą, w jednym są spójne – zakaz lądowania, wbrew twierdzeniom Rosjan, nie został wydany, a kontrolerzy lotu do chwili rozbicia samolotu utrzymywali załogę w przeświadczeniu, że jest na właściwym kursie. To oznacza, że kontrolerzy ze Smoleńska wykonali polecenie z Moskwy.
O tym, że protokoły i treść zeznań dwóch kontrolerów lotu Pawła Pliusnina (spolszczona pisownia Plusnin) i Wiktora Ryżenki można określić jako kuriozalne, wiadomo od czerwca. To wtedy wyszło na jaw, że istnieją po dwa protokoły zeznań Pliusnina i Ryżenki sporządzone przez różnych rosyjskich śledczych. Co więcej, protokoły różnią się między sobą, choć śledczy, jak wynika z protokołów, przesłuchiwali świadków w tym samym czasie i miejscu. Dodatkowo protokoły zawierają skreślenia i poprawki, tak jakby ktoś chciał usunąć rozbieżności w zeznaniach – pomiędzy Pliusninem i Ryżenką, a także między zeznaniami tej samej osoby.
Pliusnin nie może się zdecydować, czy polscy piloci znali rosyjski
W wieży kontroli lotów od rana panowała gorączkowa atmosfera. Kontrolerzy mieli na głowie płk. Nikołaja Krasnokutskiego z jednostki w Twerze, który – według późniejszych zeznań – przyjechał, choć nie miał wyznaczonych zadań. W dodatku na lotnisku pojawiła się mgła, która zaczęła gęstnieć. Wojskowy punkt meteorologiczny musiał mieć kłopoty z przekazywaniem danych, bo zamiast trzech etatowych pracowników, tego dnia wszystkie czynności związane ze sprawdzaniem stanu pogody wykonywał jeden człowiek. W dodatku punkt meteo, wbrew regulaminowi, oddalony był od dyspozytorni o 25 minut drogi. Pracownik punktu nie mógł więc przekazywać raportów pisemnie, tak jak nakazują przepisy.
Na 20–30 minut przed planowanym lądowaniem TU-154 Pliusnin nawiązał kontakt z dyżurnym „Logiki” w Moskwie, prosząc, jak zeznał, „aby zważywszy na to, iż załoga polskiego samolotu słabo zna język rosyjski i że pogarsza się pogoda, uzgodnić możliwość lądowania tego samolotu na lotniku zapasowym, bez lądowania na lotnisku w Smoleńsku”. Ten fragment zeznań to absolutne kuriozum, nad którym – sądząc po braku reakcji ze strony przesłuchujących – śledczy rosyjscy przechodzą do porządku dziennego i nie wnikają w dalsze szczegóły.
Pliusnin zeznaje dalej: – Chcę ponadto dodać, iż po nawiązaniu po raz pierwszy łączności z samolotem Tu-154 zaniżyłem widoczność do 400 metrów, ponieważ myślałem, że załoga podejmie samodzielnie decyzję o przekierowaniu na zapasowe lotnisko i że taka widoczność obudzi czujność samolotu, chociaż w rzeczy samej widoczność ta mieściła się w granicach 800 metrów.
Dwa dni później, 12 kwietnia, Pliusnin podczas ponownego przesłuchania zaprzecza sam sobie. Na pytanie: – Skąd pan wiedział, że załoga polskiego samolotu Tu-154 z 10 kwietnia 2010 r. słabo włada językiem rosyjskim? – odparł: – Stopnia władania językiem rosyjskim przez załogę TU-154 nie znałem, ale zważywszy na fakt, iż przy przyjmowaniu samolotów w dniu 7 kwietnia 2010 r. na lotnisku „Siewiernyj” niektóre załogi polskich samolotów słabo znały język rosyjski, ja, mając na uwadze ewentualne pogorszenie warunków pogodowych wtedy, kiedy załoga znajdowała się w gestii Centrum Strefowego Kierowania Ruchem Lotniczym Republiki Białorusi, zwróciłem się do operacyjnego dyżurnego Sztabu Kierowania Lotnictwem Wojskowo-Transportowym Sił Powietrznych Federacji Rosyjskiej w Moskwie, mającego hasło wywoławcze „Logika”, aby rozważono możliwość skierowania samolotu Tu-154 na inne lotnisko, tak aby nie wszedł on w strefę obsługiwaną przez lotnisko „Siewiernyj” i aby w ten sposób uniknąć ewentualnych problemów z barierą językową.
Dociskany przez śledczego Pliusnin dopowiedział: – Na podstawie obcowania z załogą samolotu TU-154 w dniu 10 kwietnia 2010 r. doszedłem do wniosku, że załoga samolotu włada wystarczająco językiem rosyjskim i że stopień ten jest wystarczający do poprawnego rozumienia komend wydawanych przez dyspozytora lotów w trakcie prowadzenia komunikacji radiowej w celu zapewnienia bezpieczeństwa lotu.
Także te zeznania Pliusnina – który na podstawie rzekomej nieznajomości języka przez polskich pilotów chciał zawrócić samolot z prezydentem na pokładzie, po czym okłamał załogę, podając jej błędne dane dotyczące widoczności jakoby po to, by zrazić ją do lądowania – nie zrobiły wrażenia na polskich i rosyjskich prokuratorach, którzy nawet nie zapytali Pliusnina o nazwisko rozmówcy w Moskwie.
– Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie w tej chwili nie dysponuje wiedzą, z kim personalnie w Moskwie łączyli się kontrolerzy ze Smoleńska – poinformował nas płk Zbigniew Rzepa, rzecznik Naczelnej Prokuratury Wojskowej. We wrześniu prokurator generalny Andrzej Seremet ujawnił, że strona polska zwracała się dwukrotnie o udostępnienie nagrań rozmów smoleńskiej wieży kontroli lotów z Moskwą – bezskutecznie.
Szeregowcy słyszą, że kontroler chce zakazać
Kuriozalne zeznania Pliusnina nabierają innego znaczenia w zestawieniu z zeznaniami szeregowych żołnierzy, których zadaniem było pilnowanie płyty lotniska i ewentualne podstawienie trapu pod rządowego Tupolewa, oraz z zeznaniami polskich pilotów z Jaka-40, którzy czekali na płycie lotniska na lądowanie kolegów z Tupolewa.
Jak ujawniliśmy w poprzednim numerze „Gazety Polskiej”, Igor Pustowiar, poborowy szeregowiec, powiedział prokuratorom, że przed przylotem samolotu rządowego z Polski warunki pogodowe wciąż się pogarszały. – Po wewnętrznym kanale łączności usłyszałem, iż dyspozytor lotów postanowił, w związku z bardzo złą widocznością, nie zezwolić polskiemu samolotowi na lądowanie na lotnisku Siewiernyj. Po około 30 minutach warunki pogodowe pogorszyły się jeszcze bardziej.
Siergiej Syrow, inny szeregowiec, usłyszał to samo: – Przez radionamiernik słyszeliśmy rozmowy kontrolera lotów z jakimiś innymi oficerami jednostki prowadzone na kanale łączności wewnętrznej, to znaczy rozmów kontrolera z pilotem Tu-154 nie słyszeliśmy. – Słyszałem, jak kontroler lotów, kanałem łączności wewnętrznej powiadamiał kogoś o tym, iż kategorycznie zabrania lądowania samolotu Tu-154 na lotnisku Siewiernyj z powodu złej widoczności – podkreślił szeregowiec Syrow.
Komu dyspozytor zapowiadał, że nie da zgody na lądowanie Tu-154? – pytaliśmy w poprzedniej „Gazecie Polskiej”. Czy jest możliwe, że chodzi o rozmowy z Moskwą?
Okazuje się bowiem, że z dowództwem w Moskwie kontaktował się płk Nikołaj Krasnokutskij. Jak podała „Gazeta Wyborcza”, Krasnokutskij miał usłyszeć, że „Polakom należy pozwolić lądować, może się im uda”. Takie polecenie przekazał kontrolerom, choć zgodnie z procedurami bezpieczeństwa, co potwierdzają świadkowie, np. płk Anatolij Murawiow, kierownik ruchu lotniczego, „zezwolenie załodze samolotu na lądowanie wydaje bezpośrednio kierownik lotów, przy czym obowiązkowym warunkiem wydania zezwolenia na lądowanie jest wizualny kontakt z samolotem, to znaczy kierownik lotów musi wizualnie obserwować samolot”.
Członkowie załogi Jaka opowiadali natomiast, że zaraz po tragedii widzieli roztrzęsionego, czerwonego na twarzy mężczyznę wybiegającego z wieży kontroli lotów. Natychmiast wzięli go w ustronne miejsce funkcjonariusze służb specjalnych. Jak nazywał się ten mężczyzna, nie wiadomo, zwłaszcza że strona polska do dziś nie wie, ile osób naprawdę przebywało w wieży – zna nazwiska czterech z nich, przy czym prokuratura rosyjska przesłuchała dwie.
Mnożenie zeznań Ryżenki i Pliusnina, czyli Tupolew znika z monitora
Przesłuchanie Ryżenki zaczęło się o godz. 14. Jak wynika z protokołów, prowadzili je równocześnie zastępca naczelnika wojskowego Wydziału Śledczego Garnizonu Smoleńskiego, kpt Aleszyn (imienia nie podano) oraz starszy śledczy tego wydziału, por. Macakow. W protokole Aleszyna i Macakowa powtarza się, że Ryżenko zezwolił załodze Tupolewa wykonać czwarty zakręt w odległości 17 km od pasa startu i lądowań i wydał polecenie na obniżenie lotu w ścieżkę schodzenia. W odległości 8 km od pasa wydał załodze komendę „po kursie na ścieżce zejścia”, co oznaczało, że samolot obniżał się prawidłowo bez odchyleń (tę komendę załoga słyszała regularnie do momentu katastrofy).
Protokół Macakowa różni się tym od protokołu Aleszyna, że w pierwszym znalazło się w tym miejscu dodatkowe zdanie: „Załoga poprosiła o pozwolenie na lądowanie, na co kontroler odpowiedział dodatkowo”.
Różnice widać także w kluczowym fragmencie.
W wersji Macakowa czytamy:
„Dalej zaczynając od 5 kilometra od pasa startów i lądowań, co kilometr wydawałem komendę załodze TU-154 »na kursie na ścieżce zejścia«. Załoga potwierdzenia odbioru nie dawała. W odległości 2 kilometrów wskaźnik na czujniku lokatora lądowania mrugnął i ślad od tego mrugnięcia znajdował się na linii zejścia. W odległości 1,5–1,7 kilometra od pasa startów i lądowań wydałem załodze TU-154 komendę »Horyzont«, ale przy tym na monitorze czujnika nie widziałem już TU-154. Po tym, jak TU-154 zniknął z ekranów monitora, wydałem załodze TU-154 komendę »Horyzont, Horyzont«”.
W wersji Aleszyna: „od 5 kilometra od pasa startów i lądowań, co kilometr wydawałem komendę załodze TU-154 »na kursie na ścieżce zejścia«. Przy odległości 1,1 km [wielkość początkowa, poprawiona na 1,5 km – uwaga tłum.] od pasa startu i lądowań przekazałem załodze powyższą komendę, przy tym na indykatorze monitora ja widziałem Tu-154. Po tym samolot Tu-154 zniknął z ekranu monitora, po czym wydałem załodze Tu-154 komendę »Horyzont, na drugi krąg«”.
Niezależnie od rozbieżności w obu wersjach, zgodne są one w jednym punkcie: Tupolew zniknął z czujników, choć kontroler lotu wydawał mu komendę, że leci „po kursie”.
Protokół Aleszyna kończy się akapitem, którego brakuje w wersji Macakowa: „Samopoczucie moje w dniu 10 kwietnia 2010 r. było dobre. Około godziny 7 tego dnia ja i Plusnin odbyliśmy badanie lekarskie w punkcie zdrowia Jednostki Wojskowej 06755: [Uwaga tłumacza: przed słowem „odbyliśmy” dodane jest słowo „nie”. W oryginale protokołu skreślone były słowa: „w wyniku którego stwierdzono, iż jestem zdrowy], ponieważ w punkcie zdrowia nikogo nie było, ale jak już powiedziałem, moje samopoczucie było dobre i nic nie stało na przeszkodzie, abym ja mógł wykonywać swoje obowiązki służbowe”.
Również Pliusnin protokołowany był podwójnie – przez Macakowa i zastępcę szefa Wydziału Śledczego kpt Agepiłę. Podobnie jak w przypadku Ryżenki, czasowo przesłuchania nakładały się, choć Macakow przesłuchiwał Pliusnina o 45 minut dłużej. Dwa dni później Pliusnin podtrzymał swoje zeznania (także te najbardziej kuriozalne).
Teraz wiadomo, że powstały kolejne wersje zeznań kontrolerów – tym razem przesłuchiwano ich w sierpniu. Pułkownik Zbigniew Rzepa nie chciał ujawnić, na ile nowe zeznania różnią się od kwietniowych i czy prawdą są doniesienia „Naszego Dziennika”, że kontrolerzy dostali do podpisu „gotowce”.
Ponad wszelką wątpliwość wiadomo, że Rosjanie oczekują, by polska prokuratura unieważniła wcześniejsze zeznania.
Anita Gargas



Komentarze
Pokaż komentarze (23)