Przez ładnych parę dekad Holendrzy importowali sobie tanią siłę roboczą skąd popadło, ze wskazaniem na ciapiatych wyznawców Proroka. Do pewnego momentu nawet się to sprawdzało, ale niestety dla gospodarzy – podobnie jak było z Turkami w Niemczech – w pewnym momencie import rozejrzał się wokół i stwierdził, że otaczający ich system da się świetnie wykorzystać, na przykład ściągając krewnych i znajomych Królika z paragrafu o łączeniu rodzin. Ponieważ druga fala importu nie była przesadnie zmotywowana do pracy, w Krainie Wiatraków zaczęli się lęgnąć islamiści wrzeszczący o niewiernych psach i tak dalej.
I zaczęło się robić niewesoło. Pierwszym człowiekiem mówiącym o tym głośno był Pim Fortuyn – podzielił los wielu prekursorów. Potem reżyser Theo van Gogh – ofiara ciężkiej ołowicy płuc, spowodowanej wycelowanym w niego gniewem marki HS2000. Aktualnie mamy do czynienia z odsłoną trzecią pod hasłem Geert Wilders (tym razem chyba wyciągnięto wnioski z przeszłości, bo facet ma 24-godzinną ochronę policji). Szefujący partii PVV Wilders oscyluje w sondażach w okolicach 43% i rządząca CDA czuje na karku jego ciepły oddech – a nasz bohater nie odpuszcza żadnej okazji, żeby wykrzyczeć głośno to, co bardzo wielu Holendrów myśli po cichu… Przy okazji takich występów w parlamencie,sondaże maszerują dziarsko w górę z regularnością godną podziwu.
Położenie rządu nie jest przesadnie korzystne: odmawiając postulatom Wildersa racji bytu, ignorują część elektoratu podzielającą jego ciepłe uczucia do islamu; popierajac – podkładają się lewicy, która oczywiście nie mówi o PVV inaczej niż per “faszyści”… Przez jakiś czas rząd próbował unikać tematu, ale na dłuższą metę chyba zmienili zdanie – w każdym razie takie wnioski można wyciągnąć z ostatnich wypowiedzi ministra ds integracji Eberharda van der Laana.
Poszło o małżeństwa. W swoim lipcowym występie w Tweede Kamer, przedstawiciel PVV wygłosił długą listę plag, które ściągają na Holandię emigranci, i znalazły się tam też koszta opieki zdrowotnej wynikające z faktu, że wśród ciapiatych popularny jest chów wsobny: śluby między kuzynostwem pierwszego stopnia to, według gazety Trouw, 25% małżeństw wśród marokańskiej i tureckiej mniejszości w Rotterdamie. Cóż na to premier Balkenende?
Ni mniej ni więcej, zapowiedział w niższej izbie parlamentu wprowadzenie zakazu ślubów między blisko spokrewnionymi obywatelami Holandii, jak również mieszanych małżeństw holendersko-cudzoziemskich. Autochtoni są znani z paru rzeczy, ale masowo kazirodztwo się do nich nie zalicza – no ale tego oczywiście powiedzieć otwartym tekstem nie można, bo lewacy o spienionych mózgach ściągną smutnemu okularnikowi J.P.B. spodnie przez głowę… Na dodatek kursy integracyjne kończyć się będą egzaminami!
Nie jestem ani ciapiaty, ani żonaty z zaimportowaną kuzynką, więc sprawę obserwuję z pewnego dystansu – choć ciekawi mnie, z której strony przyjdzie kontratak (bo że przyjdzie, to więcej niż pewno). A jeszcze bardziej interesująca byłaby odpowiedź na pytanie, czy nie jest już za późno na powstrzymanie rozrostu turbaniastej rekonkwisty.
Ale to wie tylko dobry Pan Bóg – i może jeszcze służby specjalne.



Komentarze
Pokaż komentarze (4)